Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Przewodnik  
  home

Jan Hartman

Izrael dla ubogich, czyli po Izraelu przewodnik prymitywny

Tu znajdziecie krótką informację, pożyteczną w kilku- kilkunastodniowym zwiedzaniu Izraela, bez wielkich mądrości o historii, religii, sztuce i polityce, ot, tyle tylko, aby się połapać, gdzie się jest. Szczegółów szukajcie w przewodnikach, impresji – we wspomnieniach podróżników. W „przewodniku prymitywnym” padną odpowiedzi na pytania najprostsze: co to za kraj, ten Izrael?; gdzie warto jechać?; czego mam się tam spodziewać?; co mi wolno, a czego nie wolno?; jak tam właściwie jest?; czy powinienem się czegoś obawiać? Słowem, Izrael dla ubogich – dla normalnych ludzi, którzy nie mają wielkich „pasji poznawczych” ani wielkich pieniędzy, po prostu dla turystów. Kto chce dowiedzieć się o Izraelu więcej, niechaj sobie przeczyta Eli Barbura „Właśnie Izrael” i Pawła Smoleńskiego „Izrael już nie fruwa”.

Na początek dekalog turystyczny Ziemi Świętej:

1. Turysta dla wszystkich jest głupkiem – nie przejmuj się tym

2. Najlepszym przyjacielem turysty jest jego własny portfel

3. Czasem naciągną cię na parę groszy – nie przejmuj się tym

4. Nie bój się Arabów ani Palestyńczyków – ich dzielnic, miast ani autobusów

5. Nie bój się ortodoksyjnych Żydów – ich dzielnic i sklepów

6. Pamiętaj, że Zachodni Brzeg stoi przed tobą otworem

7. Generalnie jest trochę bałagan – dopytuj się o wszystko dokładnie

8. Szukasz fanu i normalności – jedź do Tel Awiwu

9. Żydzi są w porządku, ale nie są wylewnie serdeczni – ty też nie musisz

10. Jadaj u Arabów – na ogół gotują lepiej od Żydów

No, ale traktujcie to z przymrużeniem oka, jak wszystkie dekalogi

I. Informacje ogólne o Izraelu

Izrael jest republiką, państwem demokratycznym, istniejącym od 1948 roku i regularnie staczającym wolny ze swoimi sąsiadami. Arabowie, a zwłaszcza Syryjczycy i Libańczycy, ale także Persowie, czyli Irańczycy, woleliby, żeby Izraela w ogóle nie było. Ale Izrael jest i to nawet, jak na swoje rozmiary, bardzo silny. Ma bombę atomową, poparcie Ameryki, wysoki dochód narodowy i nowoczesne technologie. Ma też doświadczenie wojskowe i potężną armię, w której służą rekruci obojga płci, widoczni na każdym kroku na ulicach, a zwłaszcza na dworcach autobusowych. Stolicą Izraela jest Jerozolima („Miasto pokoju”), ale najbardziej izraelskim i w pewnym sensie najbardziej żydowskim z miast Izraela jest Tel Awiw („Wiosenne wzgórze”), założony w 1909 roku. Tel Awiw jest tak fajny, że nie bacząc na status stolicy, przysługujący Jerozolimie, wszystkie ambasady przeniosły się właśnie tam (tym bardziej, że stołeczność Jerozolimy bardzo nie podoba się Arabom i nie tylko…).

Starożytny Izrael, powstały ponad trzy tysiące lat temu, istniał z przerwami do I wieku p.n.e. (przez kilka stuleci podzielony na dwa królestwa: Izraela na północy i Judy na południu). Najwięksi królowie to David z Betlejem i jego syn Salomon. To w ich czasach, trzy tysiące lat temu, okrzepła religia Żydowska, zgodnie z tradycją ustanowiona przez Mojżesza w Egipcie. Religia starożytnych Żydów związana była ze Świątynią, zbudowaną przez Salomona, stojąca niegdyś na obecnym Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie, gdzie Abraham ofiarował Bogu swego syna Izaaka (stoi tam teraz meczet Al Aksa i złota Kopuła Skały). Przechowywano w niej Dekalog (Kamienne Tablice) w Arce Przymierza, ale nie wiadomo gdzie dokładnie i z tego powodu, aby nie profanować tego najświętszego miejsca, wierzący Żydzi nie mogą wchodzić na Wzgórze Świątynne (ale czasem to robią, mieszając się z tłumem nas, turystów). Świątynię najpierw zburzył w VI w. p.n.e. król Babiloński Nabuchodonozor, a Żydów pognał w niewolę. Wkrótce potem ją odbudowano, ale skromnie. Dopiero w I w. p.n.e. rozbudował ją pięknie zależny od Rzymian, lecz potężny żydowski król Herod (Żydzi też lubią go średnio), ale po niespełna stuleciu, w roku 70 n.e. Rzymianie znowu ją zburzyli, za karę, iż Żydzi buntowali się przeciwko ich panowaniu. Od tego czasu Żydzi tęsknią za swą Świątynią, z której pozostał tylko kawałek muru okalającego jej teren (Mur Zachodni, czyli Ściana Płaczu, w żydowskiej części starego miasta w Jerozolimie, najświętsze miejsce modlitw Żydów). Po upadku Rzymu (Zachodniego Cesarstwa) i stuleciach hegemonii Konstantynopola (Bizancjum – Wschodniego Cesarstwa) ziemie te, zwane z łacińska Palestyną, zostały odbite przez zjednoczonych nową religią Arabów i przez wiele stuleci należały do muzułman – Arabów, Turków (od XVI wieku) i innych – a w ciągu XII wieku do katolików (krzyżowców, którzy dokonali krwawego podboju tych ziem w tzw. krucjatach, czyli wyprawach krzyżowych). Pod rządami chrześcijan i muzułmanów prawie wszyscy Żydzi musieli znów opuścić kraj, udając się na emigrację w wielu kierunkach (diaspora). Po I Wojnie Palestyna dostała się pod kontrolę („mandat”) brytyjską i wtedy już dawały o sobie znać konflikty między miejscowymi Arabami a przybywającymi coraz liczniej z całego świata Żydami, myślącymi o odbudowie żydowskiego państwa. Po II Wojnie, Żydzi, którym udało się przeżyć, zaczęli dość masowo ściągać do Palestyny, wierząc, że na ziemi przodków unikną w przyszłości losu 6 mln ofiar holokaustu, a utworzenie państwa żydowskiego zdawało im się bliskie i realne. I rzeczywiście: w 1948 r. ONZ wydała rezolucję ustanawiającą podział Palestyny na dwa państwa: żydowskie i arabskie. O rezolucją taką zabiegali Żydzi, a Arabowie starali się zapobiec jej przegłosowaniu. Po jej uchwaleniu mimo to, Żydzi natychmiast proklamowali niepodległość (było ich wtenczas ledwie 600 tys.), a Arabowie natychmiast zareagowali wojną, którą przegrali. Na pamiątkę proklamowania Izraela obchodzi się Dzień Niepodległości (Palestyńczycy obchodzą go jako Nakba – Dzień Klęski), który wedle kalendarza księżycowego, stosowanego w Izraelu, wypada w kwietniu lub maju. Do roku 1967 Izrael był znaczenie mniejszy niż teraz i uboższy w zabytki, nie obejmując np. Starego Miasta w Jerozolimie. Po wojnie, którą państwa arabskie wypowiedziały Izraelowi w 1967 roku (tzw. Wojna Sześciodniowa), Izrael powiększył się znacznie. M. in. objął w posiadanie całą Jerozolimę, wcześniej podzieloną pomiędzy Izrael i Jordanię. Z wielu terenów się jednak wycofał. Na początku lat 80. zwrócono Egiptowi Półwysep Synaj (będący dla wierzących Żydów częścią Świętej Ziemi Izraela, wcześniej zresztą, w czasie konfliktu Sueskiego w 1956 r., na krótko zdobyty przez Izrael) trwale zaanektowano zaś Wzgórza Golan na północy, zdobyte w `67. Od 1968 roku Żydzi zaczęli tworzyć osiedla na kontrolowanym przez siebie od czasu Wojny Sześciodniowej Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy (czyli, znów, na terenach dla wierzących Żydów świętych, bo pełnych miejsc wymienianych w Biblii), jakkolwiek raczej z powodów religijnych niż w zamiarze aneksji tych ziem. Zachodni Brzeg Jordanu i Strefa Gazy faktycznie nie zostały nigdy zaanektowane, lecz jedynie znalazły się pod kontrolą Izraela (od czasu powstania Autonomii Palestyńskiej – kontrolą tylko częściową; w przypadku Strefy Gazy – obecnie wyłącznie dotyczącą granic). Całkowitej integracji z Izraelem uległa tylko część wschodniej Jerozolimy (ku wielkiemu niezadowoleniu Palestyńczyków), pewne niewielkie tereny wokół Jerozolimy oraz, jak wspomniałem, Golan (ku największej złości Syrii i Libanu). Jak wszyscy wiedzą, wojna 1967 r. została w spektakularny sposób wygrana przez Izrael, przy niewielkich stratach. Był to istny cud (świętowany przez Żydów do dziś jako dzień zjednoczenia Jerozolimy) i wielka zgryzota dla arabskich wrogów oraz wspierającej ich Rosji sowieckiej. Znaczenie większe straty poniósł Izrael w wojnie zwanej Wojną Jom Kipur w 1973 r., kiedy to Egipt i Syria podjęły próbę odzyskania utraconych terytoriów. Izraelowi udało się jednak obronić swą integralność, swe zdobycze z 1967 r., a zapewne i swoje istnienie. Najbardziej wyniszczająca była jednak pierwsza wojna libańska, ciągnąca się przez kilka lat, począwszy od roku 1982. Państwa arabskie nadal żądają zwrotu utraconych ziem i prawa powrotu wysiedlonych z nich mieszkańców oraz uciekinierów do dawnych siedzib. Palestyńczycy domagają się ponadto utworzenia całkowicie niezależnego państwa, najchętniej w granicach sprzed 1967 roku (tj. na terytoriach, które przedtem należały do Jordanii, a potem przeszły pod kontrolę Izraela – Palestyńczycy nigdy nie mieli własnego państwa, ale nie spodziewają się uzyskać terytoriów od muzułmanów, nawet od Jordanii, gdzie stanowią większość mieszkańców), jakkolwiek nie chcą uznać istnienia Izraela, przynajmniej jako „państwa żydowskiego”. Tylko okresowo w Izraelu panuje spokój, a Żydzi współżyją z Palestyńczykami we względnej zgodzie. Jako że warunki są od dawna na wpół wojenne (liczne zamachy terrorystyczne na żydowskich cywili, nasilające się w okresach intifad, czyli powstań), rozmowy z Palestyńczykami i arabskimi sąsiadami (zwłaszcza Syrią, bo stosunki z Egiptem i Jordanią są obecnie niezłe) idą bardzo powoli, a przerywają je incydenty wojenne, w których Izrael wysyła wojska do Libanu (2006) czy Strefy Gazy (2008), aby zgnieść ośrodki terroryzmu, przy czym giną także liczni cywile. Na przeszkodzie rozmów pokojowych staje terror palestyński (żydowskie akty terroru również się zdarzały, ale na szczęście od lat już nie słychać o kolejnych), odwetowe akcje wojskowe Izraela, ekstremizmy polityczno-religijne po obu stronach konfliktu, spory pomiędzy partiami w Izraelu, a także spory pomiędzy partiami palestyńskimi i wreszcie spory między państwami arabskimi. A nad wszystkim razem wisi zagrożenie dominacją Iranu w całym regionie i obawa, że będzie on w stanie uzależnić od siebie nowe państwo palestyńskie. Konflikt i spór toczą się o ziemię i granice, o prawo powrotów uchodźców z 1948 i 1967 roku (chodzi o kilkaset tysięcy ludzi wysiedlonych bądź uciekających przed Żydami, zwykle na odległość kilkudziesięciu kilometrów, na Zachodni Brzeg, do Gazy, do Libanu, gdzie przyjęto ich chłodno, utrzymując przewlekle na statusie uchodźców), o dostęp do zasobów wody, o los osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu (te w Strefie Gazy Izrael zlikwidował siłą w 2005 r., inne, na Zachodnim Brzegu, broni i wspiera), o militarny potencjał przyszłego państwa palestyńskiego, o przyszły status Jerozolimy i wiele innych kwestii. Ogromnym utrudnieniem dla procesów pokojowych jest właśnie osadnictwo żydowskie na Zachodnim Brzegu. Religijni nacjonaliści żydowscy pozakładali tam osiedla, w żydowskich miejscach znanych z Biblii, co wywołuje w Palestyńczykach wrogie emocje i co nie podoba się też mniej religijnym Izraelczykom. Liczba mieszkańców tych osiedli idzie w setki tysięcy (250-350, zależnie od tego, jakie miasta i osiedla wziąć w rachubę).

Mimo ciężkich warunków politycznych, wśród Izraelczyków dominuje przekonanie, że prędzej czy później terror ustanie, sprawa osiedli zostanie jakoś kompromisowo załatwiona (wymiana terytoriów) i powstaną wreszcie warunki dla utworzenia państwa palestyńskiego, co zapewni trwały pokój w regionie. Nie brak jednak i pesymistów, którzy utrzymują, że wrogowie Izraela nie spoczną, zanim nie zniszczą całkowicie państwa izraelskiego, zaś stan taki jak obecnie może z powodzeniem potrwać jeszcze kilkadziesiąt lat. Wielu Żydów byłoby nawet z tego zadowolonych. Czas pokaże. Tak czy inaczej, Izrael żyje i długo jeszcze żyć będzie w cieniu wojny. Na armię wydaje się tu kilkakrotnie więcej niż w państwach europejskich, w służbie jest jednocześnie 150 tys. rekrutów i żołnierzy zawodowych (do wojska idzie ok. 2/3 młodzieży płci obojga, w wieku 18 lat, chłopcy na trzy lata, a dziewczyny na dwa; potem przez wiele lat mężczyźni muszą zgłaszać się na ćwiczenia jako rezerwiści). Tymczasem jednak, Izrael, choć wciąż walczący i bardzo zmilitaryzowany, jest bezpiecznym miejscem dla turysty. Możecie przyjeżdżać spokojnie. Większe zamachy terrorystów-samobójców, detonujących bomby w kawiarniach i innych miejscach publicznych, pochłaniające po kilkanaście ofiar, zdarzają się ostatnio (piszę te słowa latem 2009 r.) rzadko – co kilkanaście miesięcy; większość terrorystów wpada w ręce policji, zanim uda im się zdetonować ładunki. Tak więc znacznie łatwiej w Izraelu wpaść pod samochód niż wylecieć w powietrze. Wszechobecne służby bezpieczeństwa (strażnicy przy wejściach do budynków publicznych, policjanci, często ochotnicy i często nieumundurowani, żołnierze przemieszczający się z bronią na ramieniu) sprawiają za to, że zwykłe zagrożenia uliczną przemocą prawie w Izraelu są mniejsze niż gdzie indziej. Co innego kradzieże samochodów, ale to turystę mniej obchodzi.

Po Izraelu można się poruszać swobodnie, a żydowskie autobusy jeżdżą też po Zachodnim Brzegu, z wyjątkiem strefy A, czyli miast pod pełną kontrolą Palestyńczyków (np. Ramallah, Betlehem, Jerycho). Jadąc na Zachodni Brzeg lub tylko przejeżdżając tamtędy (np. w stronę Tyberiady, doliną Jordanu na północ) należy mieć ze sobą paszport, na wypadek kontroli na check-poincie przy wjeździe z powrotem na teren Izraela centralnego. Paszport lepiej zresztą zawsze nosić przy sobie, bo teoretycznie władze tego wymagają i zdarza się (bardzo rzadko), że jakiś tajniak wylegitymuje biednego, Bogu ducha winnego, turystę.

Izrael jest małym krajem i można go dość porządnie zwiedzić w dwa tygodnie. Do roboty jest tu tyle mniej więcej, co np. w Czechach. Jest to kraj zamożny, ale wciąż na dorobku. Wiele miejscowości wygląda niemal jak Szwajcaria, ale tu i ówdzie widać jeszcze biedę, a obecny kryzys mocno daje się we znaki. W każdym razie od lat 90. buduje się na potęgę i bardzo solidnie – domy, drogi, koleje. Większość kraju jest taka sobie, ale jest wiele pięknych okolic: pustynia, półpustynia, kaniony, zalesione wzgórza i doliny, ciepłe morze. A nawet jeśli gdzieś nie jest pięknie, to kawałek dalej znowu robi się ładniej. Krajobraz zmienia się bowiem jak w kalejdoskopie – na małym obszarze mamy góry, niziny, pustynię i wybrzeże. Czymś wyjątkowym i naprawdę jedynym w swoim rodzaju jest Morze Martwe. Czegoś takiego, jak Morze Martwe (we wspólnym posiadaniu Izraela i Jordanii) nie ma nikt na świecie – wyobraźcie sobie wielki basen z okropnie słonym i gorzkim olejem kujawskim, położony 400 m. poniżej poziomu morza. Góry na północy są przeciętne (ale sama północ Golanu – przy granicy z Syrią i Libanem, koło góry Hermon – jest piękna jak Karkonosze), morze jest wspaniałe, zwłaszcza w okolicach Hajfy i w samym Tel Awiwie oraz w okolicy tego miasta (np. Herzlia 15 km na północ od Tel Awiwu albo Netanya, jeszcze trochę dalej na północ, a także miejscowości zaraz na południe od Tel Awiwu), w Aszkelonie i Ashdod (główny port Izraela) oraz pomiędzy tymi miastami (godzinka jazdy z Tel Awiwu lub Jerozolimy!), natomiast Ejlat nad Morzem Czerwonym jest dość banalnym kurortem, choć poniekąd zabawnym. Jerozolima jest zadziwiająca i męcząca – trzeba tam pobyć ze trzy dni, żeby w miarę dobrze ją poznać. Zmęczeni Jerozolimą wsiadają w busa (żółta taksówka wyglądająca i działająca tak jak nasze busy) do Tel Awiwu (odjazdy co chwila, 50 min. jazdy), gdzie panuje atmosfera luzu i zabawy, a ludzie tańczą na ulicach:

Po kraju najlepiej poruszać się autobusami i owymi taksówkami-busami (zwanymi czasem szerut – „service”, czyli w tym przypadku: linia autobusowa albo „busowa”) – często jeżdżą i są niedrogie (przeciętna podróż na odległość ok. 150-200 km kosztuje ok. 40 zł). Podróż autobusem można zaplanować, sprawdzając połączenia w sieci, na stronie kampanii Egged: http://mslworld.egged.co.il/EggedTimeTable/WebForms/wfrmMain.aspx?width=1024&language=en&company=1&state=

Autobusy miejskie jeżdżą często, ale na przystankach nie uświadczysz rozkładów jazdy – cóż, Azja. Wynajęcie małego samochodu kosztuje ok. 50 dolarów za dzień (najczęściej automaty, Izraelczycy prowadzą przyzwoicie, ale mało używają kierunkowskazów; wynajem samochodu najlepiej załatwić przez internet). Dziewczyny mogą podróżować stopem. Wygodna kolej jeździ na trasie Beer Sheva – Tel Awiw – Hajfa i dalej na północ. Drogi na północy są szybkie – podróżowanie na południe zajmuje trochę więcej czasu; nowa autostrada nr 6, na północ, jest płatna (fotoradar sczytuje tablice). Korki przy wjeździe do dużych miast są normą. Można oczywiście wykupywać fajne wycieczki autokarowe (zwykle jednodniowe lub dwudniowe), ale to trochę kosztuje (60-100 USD za całodzienną wyprawę – mamy biura żydowskie, rosyjskie, palestyńskie; te ostatnie w pobliżu Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie, oferują bogaty program propagandy antyizraelskiej). Zaletą wycieczek jest to, że można odwiedzić miejsca trudno dostępne dla niezmotoryzowanego „turysty indywidualnego” – jakieś ruiny na pustyni, kościółki, dolinki itp. Generalnie można przyjąć taką zasadę, że jak jedziemy na południe, to samochodem, a jak na północ, to autobusem (oczywiście, wynajem samochodu zawsze jest najlepszy – jeśli tylko mamy pieniądze). Jeśli jednak chcesz tylko podjechać na południe, nad Morze Martwe, żeby się wykąpać, to oczywiście są autobusy. Infrastruktura turystyczna i oznakowanie są dobre, ale czasami tylko średnie – bywa, że trzeba się dopytywać, gdzie jest to cudo, dla którego jechałeś 100 km. Hoteli nie brakuje (100 USD za noc to norma), ale warto szukać tańszych noclegów w przybytkach chrześcijańskich, np. w Jerozolimie albo wokół Jeziora Galilejskiego; jest też sieć kilkudziesięciu hosteli młodzieżowych. Generalnie jest drogo, także w większych miastach arabskich i palestyńskich (jakkolwiek jak jesteś na dłużej, to opłaca się podjechać po zakupy na Zachodni Brzeg, np. do Ramallah, autobusem 18 z Jerozolimy, spod Bramy Damasceńskiej). Mniejsze miejscowości palestyńskie oraz Hebron są wyraźnie tańsze. Jedzenie nie jest najlepsze – lepiej kupować je od Arabów niż od Żydów (nie dotyczy to żydowskich ciast – te są wyborne, zwłaszcza makowce i strudle). Żydzi jedzą wszystko, czyli łączą kuchnię europejską z orientalną, byle było koszerne (no, nie wszyscy przestrzegają koszeru; znany dowcip: czy jesz koszernie? – Owszem, koszernie też). W zasadzie żywność sprzedawana w Izraelu jest koszerna, ale bywają, nawet w Jerozolimie, sklepy i knajpy niekoszerne, gdzie można dostać wieprzowinę. Jak lokal jest czynny w sobotę, znaczy, że na pewno nie jest koszerny. Ekstrawagancji kulinarnych raczej nie ma, jakkolwiek można czasem oberwać arbuza z fetą albo inny niejadalny zestawik. U Arabów dobre są falafele (smażone kulki warzywne z zieleniną, upchane w cieście pita, przyrządzane i jadane także przez Żydów) i kebaby (większe lub mniejsze kawałki jakiegoś mięsa z warzywami, często w cieście pita), a zwłaszcza brązowawa pasta humus (wspólny przysmak Arabów i Żydów – jak kto lubi, bo jak nie, to nic nie poradzę). Dania te są zresztą niedrogie (pita z falafelami kosztuje ok. 8-10 zł). W restauracjach ceny są dość wyrównane. Za porządny obiad z piwkiem trzeba zapłacić 50 zł. W sklepach raczej nie ma co szukać tanich towarów – Izrael nie jest miejscem do robienia okazyjnych zakupów. Są za to świetne owoce (najlepsze na targach), a w tym narodowy owoc Izraela – szesek, czyli taka mała pomarańczowa gruszeczka z dużymi pestkami. Przeciętnie biorąc, towary izraelskie są nieco gorszej jakości niż zachodnioeuropejskie (także żywność), chociaż to się może zmienić, bo Izrael bogaci się w oczach.

Kraj jest podzielony na wszystkie możliwe sposoby. Różne grupy ludności żyją w pewnej izolacji od siebie, a niektóre się bardzo nie lubią. Chcąc, nie chcąc, muszą dzielić wspólny los, jak to ładnie ilustruje ten oto mural w Betlejem:

Główny podział to: Żydzi (ok. 5,5 mln), Arabowie/Palestyńczycy (czasami zainteresowane osoby wahają się co do tego, jak mają się określać) będący obywatelami Izraela lub nie (ok. 1,5 mln; w tym liczni Palestyńczycy, zamieszkujący Izrael centralny, czyli nie mieszkający w Autonomii Palestyńskiej, bez obywatelstwa – czy to powodu odmowy jego przyjęcia, czy to z powodu braku uprawnień do niego – osoby te mają dokumenty tymczasowe, nie dające uprawnień do udziału w wyborach) oraz Palestyńczycy, nie będący obywatelami i zamieszkujący Zachodni Brzeg Jordanu (wschodnia część Izraela – dolina Jordanu i dalej na południe; dość zamożnie, bezpieczniej) lub Strefę Gazy (wąski pas wybrzeża na południowym zachodzie, aż do granicy z Egiptem; biednie i niebezpiecznie, pod pełną kontrolą terrorystów z Hamasu – brak wstępu). Zachodni Brzeg oraz Strefa Gazy to „terytoria palestyńskie” lub Autonomia Palestyńska (dokładnie: Palestyńskie Władze Narodowe), czyli pół-państwo, formalnie jednolite, faktycznie oddzielnie rządzone przez radykałów (Gaza) i rząd umiarkowany (Zachodni Brzeg); mieszka tam łącznie ok. 4 mln ludzi. Żydzi od dawna już nie jeżdżą na Zachodni Brzeg, chyba żeby odwiedzić znajomych zamieszkujących w mniej czy bardziej zamkniętych enklawach żydowskich (można przejechać się po nich np. jedną z linii autobusowych z Jerozolimy do Beer Sheevy, kursującą drogą 60; to i owo zobaczymy tez jadąc autobusem na północ, np. do Bet Shean, drogą 90, przez Dolinę Jordanu). Do Betlehem, Ramallah, Nablusu czy Jerycha, czyli do miast strefy A oraz rzecz jasna do Strefy Gazy, czyli do miejsc w latach 80 i 90 (do czasu wybuchu drugiej intifady, czyli powstania palestyńskiego z lat 2000-2004), pełnych żydowskich zakupowiczów i plażowiczów, dziś Izraelczycy wstępu nie mają – gdyby tam wjechali, groziłoby im realne niebezpieczeństwo. Polacy za to mają wstęp wszędzie i wszędzie są mile widziani. Autonomię Palestyńską oddzielają od Izraela centralnego zasieki, a miejscami wysoki mur bezpieczeństwa, zapobiegający przerzutom broni przez terrorystów, tu i ówdzie wcinający się nieco w terytoria palestyńskie. Mur wygląda tak (zdjęcie zrobione w pobliżu wzgórza Syjon, w centrum Jerozolimy):

Faktycznie, liczba zamachów bardzo spadła od kiedy powstał mur, ale sam w sobie jest on czymś okropnym. Mur zaczęto budować w 2002 roku, po tym, jak w ciągu dwóch lat intifady Palestyńscy zamachowcy zamordowali w izraelskich kawiarniach, autobusach i szkołach ponad 600 osób. Mur ogląda się co i rusz, jeżdżąc po Izraelu, a ponadto organizowane są specjalne „study tours” wokół Jerozolimy, żydowskie i palestyńskie. Jak wspomniałem, mur przeplata się z zasiekami. Czasem więc widzimy wysoki betonowy parkan, a czasem tylko płot z drutem kolczastym. Zasieki odgradzają zresztą nie tylko terytoria palestyńskie od Izraela, ale także osiedla żydowskie, położone na tych terytoriach. Osadnicy żydowscy siedzą w swoich wsiach jak w jakichś rezerwatach. Zasieki otaczają też te miejscowości na Zachodnim Brzegu, gdzie nie stacjonuje wojsko izraelskie (tzw. strefa A), np. Jerycho. W Izraelu ciągle przekracza się jakieś granice i przejeżdża przez jakieś posterunki.

Status mieszkańców Izraela jest niejednolity – Arabowie będący obywatelami mają pełnię praw publicznych i tym samym mają ich znacznie więcej, niż w jakimkolwiek kraju arabskim (korzystają z demokracji, tj. mają własne partie, wybierają swoich posłów, mają wolną prasę itp.), a ponadto mają pewną liczbę przywilejów socjalnych i edukacyjnych, niedostępnych dla Żydów. Mimo to są poniekąd obywatelami drugiej kategorii, gdyż wysokie stanowiska państwowe są dla nich prawie nieosiągalne; ich patriotyzm w związku z tym też jest raczej drugiej kategorii; z tego też powodu nie muszą służyć w wojsku (podobnie jak Żydzi ultraortodoksyjni). Są mniejszością żyjąca trochę w zawieszeniu pomiędzy Żydami i Palestyńczykami. Znacznie gorsza jest sytuacja Arabów i Palestyńczyków, którzy znaleźli się po `48 lub po `67 roku w granicach Izraela, nie uciekli i nie zostali wysiedleni i nie posiadają obywatelstwa, jak również tych, którzy mają do niego prawo, lecz obywatelstwa izraelskiego nie przyjęli. Mają się co prawda lepiej niż ci Palestyńczycy, którym przyszło żyć np. w mało demokratycznym Libanie, ale ich poczucie krzywdy można zrozumieć; taki gorszy, nieobywatelski status mają np. palestyńscy mieszkańcy Starego Miasta w Jerozolimie oraz wielu dzielnic palestyńskich we wschodniej Jerozolimie. Palestyńczycy z Autonomii Palestyńskiej (będącej na wpół odrębnym państwem, z własną administracją, lecz bez armii) mają rozmaite uprawnienia – niektórzy w ogóle nie mogą wjeżdżać do Izraela centralnego (zwłaszcza osoby do lat 40), inni przejeżdżają dość swobodnie (np. do pracy; osoby powyżej 40 roku życia); prawie zawsze są jednak kontrolowani przy opuszczaniu Autonomii (my, turyści będziemy również przechodzić przez te check pointy, gdzie polski paszport pokazuje swą magiczną moc – nie zapomnijcie go zabrać, jadąc na Zachodni Brzeg, zwłaszcza zaś do strefy A, czyli do miast pod wyłączną kontrolą palestyńską). Nie zapobiega to do końca zamachom terrorystycznym, które nie musza się przecież wiązać z przekraczaniem granicy. Są to zwykle incydenty z udziałem pojedynczych poszkodowanych – najczęściej na terenie Zachodniego Brzegu, gdzie osadnicy żydowscy są przez Palestyńczyków traktowani jak wrodzy koloniści (oczywiście, tamtejsi Żydzi też nie kochają Palestyńczyków); większe zamachy zdarzają się teraz rzadziej (raz na kilkanaście miesięcy), podobnie jak ataki rakietowe z terytorium Gazy, z rzadka przynoszące pojedyncze ofiary. Zamachowcami bywają też Arabowie i Palestyńczycy mieszkający w Izraelu i tym właśnie zamachom najtrudniej jest zapobiec.

Palestyńczycy są nieszczęśliwym narodem, gdyż wydaje się, że nikt ich nie chce. Gdziekolwiek mieszkają – w Libanie, na Zachodnim Brzegu czy w Jordanii – wszędzie są lekceważeni (jakkolwiek piękna królowa Jordanii jest Palestynką…). Pewnie jednak uzyskają własne państwo, jeśli pogodzą się z istnieniem Izraela; paradoksalnie utworzenie owego własnego państwa umożliwią im właśnie tak nielubiani przez nich Żydzi, gdyż Arabowie z krajów ościennych, gdzie mieszka większość Palestyńczyków, z pewnością nie podzielą się z nimi swoją ziemią. Gdy pojedziecie do miast Autonomii Palestyńskiej, będziecie mieli wrażenie, że opuściliście Izrael i wjechaliście do innego kraju. Przekonacie się, że mieszkańcy tej ziemi są tam rzeczywiście u siebie, a ich autonomia nie jest tylko malowana. Zobaczycie też, iż powodzi im się nieźle. Takie na przykład Ramallah, stolica Palestyny, jest miastem bogatszym niż którekolwiek z polskich miast średniej wielkości. A jednak niektóre miejsca podupadły z powodu terroru i powstań, które doprowadziły do ich częściowej izolacji. I tak nap. Jerycho, przez lata żyjące z turystów i robiących zakupy oraz grających w kasynie Izraelczyków, stało się ubogie i zaniedbane. Izraelczykom nie wolno tam jeździć, a zbudowane dla nich kasyno stoi puste.

Oprócz podziału na Arabów i Palestyńczyków, a tych ostatnich na mieszkańców Gazy i Zachodniego Brzegu, jest jeszcze kilka innych podziałów w tej części społeczeństwa; najważniejszy dla Polaka jest być może ten religijny: ogromna większość Palestyńczyków i Arabów jest muzułmanami, ale dobrych kilka procent stanowią chrześcijanie; jest ich np. sporo w Betlehem, gdzie m. in. z tego powodu bardzo lubiani są Polacy. Natomiast społeczeństwo żydowskie dzieli się, w skrócie, na: Żydów urodzonych w Izraelu, czyli sabra (to nazwa takiego dużego kaktusa, opuncji) oraz przybyszów, czyli olim; ponadto: Żydów niemieckich (aszkenazyjskich – o jasnej karnacji, najlepiej wykształconych, najzamożniejszych), sefardyjskich (pochodzących pierwotnie z półwyspu iberyjskiego lub północnej Afryki – są ciemniejsi i urodziwi, zwykle nieco gorzej sytuowani od aszkenazyjskich), jemeńskich (pochodzących z krajów Półwyspu Arabskiego – zwykle biednych, z wyglądu bardzo podobnych do Arabów; dziewczyny piękne!), „Rosjan” (ok. półtora miliona emigrantów z byłego ZSRR, mówiących zwykle po rosyjsku, gdzieś w środku drabiny społecznej), „Amerykanów” (Żydzi przybyli z USA, zwykle mocno religijni i dobrze sytuowani, zwykle mówiący na co dzień po angielsku), „Francuzów” (zamożna emigracja z Francji; rozmawiają po francusku), „Latynosów” (emigracja z Ameryki Południowej), wreszcie Murzynów wyznających judaizm (gł. Żydów etiopskich, czyli Falaszy, nisko osadzonych w hierarchii społecznej). Jest też, oczywiście, kilka tysięcy rodzin, w których wciąż mówi się po polsku, a ogólnie Żydów z polskimi korzeniami jest mnóstwo. Wielu polskich Żydów, którzy niegdyś przybyli u z naszego kraju, darzy Polskę sentymentem (chociaż bywa i odwrotnie), a niektórzy spotykają się na „polskich” piknikach i innych imprezach. Najbardziej związani z Polską czują się ci Żydzi, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski w 1968 r. (czasem nawet są jakby wdzięczni Gomułce, że ich „wypuścił”). Inny podział Żydów jest religijny. Być może połowa społeczeństwa żydowskiego jest mało religijna albo wcale niereligijna. W Tel Awiwie i Hajfie na przykład większość mężczyzn nie nosi jarmułek, a ulica ma wygląd zupełnie europejski i świecki. Pewna liczba Izraelcz