Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Klonowanie człowieka jako wyzwanie

[Opublikowane w: Medycyna Wieku Rozwojowego 1999, (suplement I do nr 3, „Czy klonować człowieka? Kontrowersje wokół klonowania”), ss. 27-40.]

W artykule tym, odbiegającym stylistycznie i strukturalnie od typowych form humanistycznej refleksji towarzyszącej przemianom społecznym i technologicznym, podejmuję się jawnego sformułowania pewnej wizji tego, co w istocie pozostaje na razie jedynie zupełnie niesprecyzowaną możliwością dalekiej przyszłości. Z reguły nie czyni się takich rzeczy w literaturze naukowej, gdyż zbyt wiele musi tu podpowiadać fantazja, a zawrotne perspektywy naszej przyszłości są dla nas zbyt nieokreślone, aby wolno było o nich rozprawiać z powagą właściwą nauce. A jednak, w takich przypadkach, gdzie uczony traci swe uprawnienia na rzecz literata, zawsze jeszcze wolno zabrać głos filozofowi, który cieszy się szerszymi przywilejami niż przyrodnik. Właśnie z tych nadzwyczajnych prerogatyw akademickich filozofa przychodzi mi w tym miejscu korzystać.

 

1. Czym jest wyzwanie

Ład społeczny, ład prawny i obyczajowy zakładają względną trwałość swych instytucji. Dlatego wstrzemięźliwość, a nawet podejrzliwość w stosunku do nowości jest warunkiem działania instancji powołanych do strzeżenia takich czy innych obszarów publicznego porządku. Ciśnienie okoliczności, napór zmian zmusza jednakże w końcu owe społeczne instancje - państwa, kościoły, sfery opiniotwórcze - do głębszych lub choćby tylko powierzchownych przystosowań. W tej dialektyce konserwatywnego oporu i przystosowania do zmian lepiej zasługują się społeczeństwu ci, którzy dzięki swej roztropności umieją znaleźć właściwą proporcję pomiędzy lojalnością wobec tradycji a koniecznością uznania przemian. W ostateczności zmiany zaakceptować muszą wszyscy - i to niezależnie od tego, czy gotowi byliby uznać w nich postęp, czy też widzą w nich rozkład - wszelako ci tylko, którzy potrafią przyjąć je bez przymusu, lecz suwerennie zaakceptować, mogą stać się rzeczywistymi współuczestnikami wielkich i nieuchronnych procesów. Współczesna mentalność dysponuje pojęciem określającym to powołanie do właściwej otwartości i roztropnej gotowości na przyjęcie i współuczestnictwo w nieuchronnych zmianach. Jest to pojęcie wyzwania. Eksplozja demograficzna jest wyzwaniem, komputeryzacja jest wyzwaniem, techniki genetyczne są wyzwaniem. W każdym z tych - i wielu innych - przypadków łatwizna wygodnego konserwatyzmu i fałszywej pryncypialności zagraża stanowi spraw na równi z nieodpowiedzialną euforyczną fascynacją nowością. Umiejętność znalezienia się wśród tych sprzecznych tendencji i skutecznego działania pomimo nich jest zadaniem w stosunku do tego wszystkiego, co współczesna kultura - właśnie z uwagi na tę trudność - nazywa wyzwaniem. Dlatego też stawiając sobie za cel dokonanie przeglądu kwestii ogólnych związanych z pojawieniem się perspektywy klonowania człowieka przyjąłem to sformułowanie: klonowanie jako wyzwanie. Wyzwanie ma zawsze charakter moralny i praktyczny - jako powołanie do rzeczywistego działania - i jeśli ma zarazem charakter intelektualny - a tylko w takiej mierze dotyczyć może ono filozofa - to wyłącznie tego rodzaju, że refleksja ma tu uzupełniać faktyczne działania.

 

2. Opanowanie ciała i dezindywidualizacja człowieka

Problem klonowania jest w istocie tylko pewnym casusem, przykładem zagadnienia ze znacznie szerszej sfery problemów, jakie stwarza perspektywa opanowania poprzez techniki manipulacyjne - genetyczne, immunologiczne, transplantacyjne, protetyczne - całokształtu cielesnego życia człowieka w takim stopniu, który umożliwi substytucję organów, reprodukcję, transpozycję i transformację elementów materiału genetycznego posuniętą poza granice, w których indywidualność ludzkiego ja gwarantowana jest indywidualnością jego ciała. Ujmując rzecz prościej: stoimy w obliczu wykształcenia się technik uplastycznienia ciała (w sensie manipulacji genotypem oraz na poziomie fizycznej substytucji elementów ciała), których stosowanie może zakłócić nasze dotychczasowe pojęcie o tym, co to znaczy „być nadal tą samą istotą”, „być niepowtarzalnym indywiduum”, „przynależeć gatunkowo do rodzaju człowiek”, „wieść życie w rozstępie pomiędzy urodzeniem a nieuchronną śmiercią”.

To wszystko jest jak najbardziej realne, a w powiązaniu z perspektywą rozwoju sieciowych technik komunikacyjnych, które mogą doprowadzić do daleko idącego zintegrowania indywidualnych ludzkich mózgów i aparatu zmysłowego (być może znacznie udoskonalonego) z uniwersalną strukturą techniczną środków komunikacji i wytwarzania wiedzy, stawia niektórych ludzi przyszłości przed możliwością bardzo znacznego zredukowania znaczenia, jakie normalnie w życiu ludzkim ma poczucie indywidualnej jego tożsamości - jako ugruntowanej w całkowicie indywidualnym ja przeżywającym swój los z ciągu danego mu życia. Inaczej mówiąc, zanosi się na to, że w przyszłości, w najbogatszych krajach, człowiek nie będzie tak bardzo przywiązany do siebie samego jako niepowtarzalnego indywiduum, „w imieniu którego” i „dla którego” spełnia wszystkie swe czynności. Nie będzie przywiązany - bo też i jego indywidualność, konkretna subiektywność nie będzie dla niego podstawową ramą wszelkich doświadczeń, zostając w jakimś stopniu ograniczona. Jak daleka to perspektywa? Nie byłoby nic nieracjonalnego w przypuszczeniu, że jest to perspektywa najbliższych kilku pokoleń, a więc osobiście, rodzinnie już nas interesująca.

Udział problemu klonowania w wielkiej kwestii dezindywidualizacji jest znaczący, ale nie zasadniczy. Przede wszystkim bowiem jest to kwestia nieograniczonej substytucji organów, technik regeneracji tkanek układu nerwowego, technik transgenicznych i mutacyjnych w ogóle. A jednak bardzo często i w technikach klonowania upatruje się zagrożenia zatratą jasnego pojęcia indywidualności osoby ludzkiej. Owszem, faktem jest, że posiadanie własnego klona, który byłby od swego prototypu zależny prawnie w sposób umożliwiający coś w rodzaju planowego „odtwarzania siebie samego w młodszym ciele”, wprowadza zagadnienie klonowania w sferę problematyki dezindywidualizacji - wszelako przecież na zasadzie pewnej dającej się przewidzieć i uniknąć społecznej i psychologicznej patologii. Nie ma natomiast obawy, że samo bycie czyimś klonem zaburza w niebezpieczny sposób poczucie indywidualności, skazując na nieusuwalne odium wtórności i zależności względem prototypu, dla którego klon byłby czymś w rodzaju zastępcy. Takie obawy znowu dotyczą co najwyżej stanów pewnej patologii społecznej, którą wprawdzie trzeba przewidzieć i prawnie zwalczać, ale nie mają charakteru rozstrzygającego. Relacja kloniczna pomiędzy dwojgiem (lub większą ilością) ludzi jest w przybliżeniu złożeniem dwóch relacji, które wprawdzie zawsze dotąd występowały osobno, lecz za to są nam doskonale znane: relacji bliźniaczego rodzeństwa jednojajowego oraz (ewentualnie) relacji starszeństwa. Mieć starszego brata-bliźniaka jednojajowego, a za to nie mieć rodziców to z pewnością sytuacja nowa i wymagająca wielostronnego rozważenia, ale powiedzenie, że jest to zasadnicza tragedia, której za wszelką cenę należy unikać, byłoby całkiem nieuzasadnione.

W wielkiej sferze bioetycznego wyzwania, jakim jest uplastycznienie ciała, klonowanie nie odgrywa roli najważniejszej i nie z tego punktu widzenia o klonowaniu należy mówić przede wszystkim. Powoływanie się natomiast na ten aspekt zagadnienia jako rzekomo rozstrzygający na rzecz wprowadzenia całkowitego zakazu klonowania człowieka jest po prostu naiwne, gdyż nieporównanie większe zagrożenie dla porządku moralnego, obyczajowego, prawnego wypłynie z tych czynników dezindywidualizacji człowieka, które wiążą się z przełamywaniem indywidualności immunologicznej i otwarciem wrót dla nieograniczonej transplantacji organów i transpozycji materiału genetycznego. W rzeczywistości przyszłych pokoleń sama konkretna technika (techniki) klonowania z pewnością będzie tylko jednym z elementów rewolucyjnie nowej sytuacji technologicznej w dziedzinie panowania nad ciałem.

Pozostaje jeszcze możliwość „totalnego zakazu” - odnoszącego się nie tylko do klonowania, ale i do terapii genowej jako takiej, transplantacji i w ogóle wszystkiego, co stawia przed nami wyzwanie moralne. Otóż jest to tylko czysto moralna możliwość - możliwość owej konformistycznej łatwizny tradycjonalizmu, wygodnego alarmizmu i dogmatyzmu. Nie ma natomiast takiej możliwości w znaczeniu realnym. Nikt nie powstrzyma w wymiarze globalnym żadnego rodzaju badań naukowych, a już w szczególności badań medycznych, natomiast wyobrażenie, iż można przeciwstawić postępowi technik naukowych administracyjne zakazy i moralistyczne deklaracje jest po prostu dziecinne. Trudno sobie nawet wyobrazić, aby dało się uzyskać choćby kilkuletni odstęp pomiędzy pojawieniem się realnych możliwości - naukowych, technologiczncyh i finansowych - dokonania pewnego ważnego eksperymentu naukowego, a faktycznym jego wykonaniem. Dlatego też pisząc te słowa w marcu 1999 roku nie mogę racjonalnie przypuszczać, że żyję w świecie, w którym jeszcze żadnemu klonicznemu embrionowi ludzkiemu nie pozwolono się rozwijać, miast czynić z niego - ze strachu przed konsekwencjami prawnymi - kilkudziesięciokomórkowy preparat. Zakaz może tu oznaczać co najwyżej geograficzne przemieszczenie eksperymentu i jego podrożenie.

 

3. Mit publiczny i rutyna medyczna

Nad medycyną, a w konsekwencji i nad etyką medyczną ciąży problem kompetencji. W dziedzinie życia medycznego, z oczywistych względów zajmującej bardzo eksponowane miejsce w życiu publicznym i będącej przedmiotem powszechnego zainteresowania, jedynym depozytariuszem kompetencji i dystrybutorem wiedzy - a w konsekwencji i źródłem wszelkiej opinii - jest środowisko fachowe, czyli lekarze i uczeni pracujący dla medycyny. Oznacza to dramatyczną niesamodzielność intelektualną publiczności, która nawet dla wyrażenia fantastycznych lęków potrzebuje jakiejś pożywki spopularyzowanej - uczciwie bądź bałamutnie - wiedzy medycznej. W tej sytuacji pełnej zależności intelektualnej zatraca się możliwość jakiejkolwiek poważnej kontroli społecznej nad światem medycznym. Ekspertami społecznych, politycznych i prawnych instytucji kontroli po prostu muszą być sami lekarze, a przynajmniej fachowcy z branży medycznej i biotechnologicznej. Dlatego też cała niemal odpowiedzialność za przebieg i skutki rozwoju technik badawczych i terapeutycznych spoczywa na samym świecie medycznym, który nie wiele z tej odpowiedzialności może scedować na legislatywę, której siłą rzeczy sam musi podpowiadać decyzje.

Dramatyczny rozziew pomiędzy punktem widzenia lekarza czy uczonego pracującego na polu medycyny, a wyobrażeniami publiczności nie da się rzetelnie ująć przez pryzmat opozycji „poinformowania” i „niedoinformowania” społeczeństwa. Nauka bowiem ma strukturę sporu, a nie doktryny i dotyczy to w szczególności zagadnień nowych i tym samym bardziej kontrowersyjnych. Nie tylko nie ma możliwości „poinformowania społeczeństwa” o tym, co to jest klonowanie, gdyż społeczeństwo nie zna i nie chce znać podstaw biologii, ale nie można tego zrobić ze znacznie bardziej istotnego powodu, a mianowicie dlatego, że naukowo rzecz biorąc klonowanie - pomimo swej względnej prostoty - jest jednak kwestią badawczą - węzłem pytań, teorii, argumentów i technik - a więc dziedziną sporu i dyskusji naukowej dającej się sformułować jedynie w języku technicznym nauk biomedycznych. Taka dyskusja nie poddaje się żadnemu popularyzującemu zreferowaniu, a co więcej - publiczność tego rodzaju specjalnej sytacji intelektualnej, jaką jest kontrowersja badawcza, w ogóle nie zna i nie może zrozumieć. Nie ma żadnej szansy na to, aby nawet najbardziej rzeczowy ton fachowej popularyzacji wiedzy medycznej miał przybliżyć ludziom, którzy nie zajmują się uprawianiem nauki, sytuację czy też aurę intelektualną i moralną placówki badawczej i prowadzonych w nich badań.

Labolatorium genetyczne (podobnie jak i mikrobiologiczne) jest więc dziś niczym twierdza oblegana przez cudzoziemskie wojska mówiące zupełnie obcym językiem. W twierdzy strzeże się nadzwyczajnych mocy uzdrawiania, ale i groźnych sił, które w rękach uczciwych i kompetentnych mogą przedzierzgnąć się w owe zbawienne moce, lecz przecież mogą też wymknąć się spod kontroli lub zostać użyte przez złych ludzi w niecnych celach. Dlatego oblegająca tę laboratoryjną twierdzę zaniepokojona publiczność domaga się gwarancji, a zapewnić je mają środki kontroli moralnej, przede wszystkim zaś wiedza. Wiedzy jednak uzyskać publiczność nie może, a sprawowanie pieczy moralnej nad czymś, co pozostaje nieznane, musi być fikcją. Czy jest wyjście z tej paradoksalnej sytuacji? Sądzę, że tak. Świat medyczny musi pozbyć się złudzenia, że będzie w stanie podzielić się odpowiedzialnością za swe działania z resztą społeczeństwa, zaprosić je do kontroli swych poczynań, poddać się jego ocenie. W kwestiach medycznych i naukowych tylko lekarze i uczeni są autorytetami i nic nie jest w stanie tego zmienić. Dlatego też jedyną uczciwą i racjonalną postawą świata medycznego jest postawa autorytarna intelektualnie i pryncypialna moralnie. Pełnię wiedzy i pełnię odpowiedzialności muszą lekarze zachować dla siebie. Jedynie to może zresztą oddziałać kojąco na niepokoje publiczności, a nie dezorientujący spektakl plotek dziennikarzy i dementi uczonych, którego świadkami jesteśmy obecnie.

Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że wszelka popularyzacja wiedzy medycznej jest zła, a społeczeństwo jest nieedukowalne. Wręcz przeciwnie - jest edukowalne, ale to jest zadanie właśnie placówek edukacji, a więc szkół, których nie mogą wyręczać gazety. Nie ma wątpliwości co do tego, że przeprowadzanie w laboratoriach szkolnych prostych doświadczeń genetycznych po jakimś czasie odczarowałoby tę dziedzinę i odjęło jej publiczną aurę niezdrowych emocji. To jest jednak kwestia przyszłości, a tymczasem wolności i spokoju badań naukowych trzeba bronić już dziś.

Podsumowując to, co dotychczas chciałem wykazać: zagadnienie klonowania ma naturę wyzwania, a nie zagrożenia; wyzwanie to jest tylko częścią znacznie szerszej perspektywy, jaką stwarza rewolucja w technikach panowania nad ciałem i konieczność przygotowania się na jej nadejście; wyzwaniu temu sprostać musi sam świat medyczny, nie mogąc liczyć na scedowanie części odpowiedzialności na społeczeństwo - jego środki opiniotwórcze, legislatywę czy też instytucje autorytetu moralnego.

 

4. Korzyści moralne z klonowania ludzi

Cały wysiłek moralny, jakiego dokonała ludzkość w przypuszczalnie początkowym tylko stadium swego gatunkowego bytu, w jakim się obecnie jeszcze znajduje, koncentrował się wokół unormowania stosunków pomiędzy samoistnymi i egotycznie zorganizowanymi ludzkimi indywiduami. Przewyciężenie skutków naturalnego egoizmu istoty, która ma niejako „zadane” swoje własne ja, służąc mu i wysługując się mu w każdej chwili swego bytowania - tak określić można ideę kierowniczą całej etyczności - historii obyczaju, moralności i ładu prawno-politycznego. Taki bowiem jest już człowiek, iż wciąż zabiega o siebie - czy to starając się o przyjemność, czy to starając się o cnotę i zbawienie. Wielka nadzieja moralna ludzkości zasadza się na ufności, że obowiązujący ład etyczny jest taki, iż najwyższe cele i dobra indywidualne jednostek są zbieżne z ostatecznym dobrem całej ludzkiej wspólnoty. Ten pryncypialny postulat, na Zachodzie sformułowany w etyce stoickiej i łączący prawie wszystkie kultury moralne świata, jest naszą wiarą i naszą normą. Wydaje się nam, że człowiek jako powołany do rozumności i szlachectwa moralnego (cnoty) jest tym samym powołany do wyrzekania się niskiego egoizmu, a przynajmniej uzgadniania swego dobra i swych celów z dobrami i celami innych ludzi. Tylko na marginesie głównego nurtu etyki pojawiały się propozycje postępu moralnego poprzez zredukowanie roszczeń osobowego indywidualizmu bytu ludzkiego. Propozycje takie - rzadkie i zawsze ostro zwalczane - dawały prymat całości (ludzkości czy państwu) przed indywidualnym dobrem osobowym. Uważamy je - po doświadczeniach totalitaryzmu wieku XX - za ostatecznie skompromitowane.

Rysuje się jednak dzisiaj zupełnie nowa perspektywa dla dezindywidualizacji życia społeczności ludzkiej i tym samym perspektywa częściowej odmiany egologicznego pryncypium etyczności. Nie ma ona charakteru utopijnego programu rewolucji politycznej, lecz o wiele bardziej realny charakter rzeczywistej perspektywy rewolucji technicznej. Oto bowiem znacząca liczebnie część ludzkości może znaleźć się pod osłoną technik panowania nad ciałem zacierających granice cielesnej identyczności jednostki i rozmywających dramatyczną wyrazistość wydarzenia śmierci. Człowiek mogący liczyć na kloniczną rekonstrukcję chorych tkanek i organów, na wzbudzenie bardzo daleko idących procesów regenaracji tkanek własnych lub adaptacji tkanek przeszczepionych musi mieć odmienny stosunek do własnej cielesnej identyczności i własnej śmiertelności niż my. A jeśli dodać do tego stan permanentnego skomunikowania z globalną siecią informatyczną, a więc znacznie głębszego niż dziś uczestnictwa w sferze publicznej, to rysuje się prawdopodobny obraz człowieka o wiele mniej niż współcześnie zatroskanego egzystencjanie o swe indywidualne ja, o wiele mniej neurotycznego i słabego, wyzwolonego w jakiejś mierze z niewolnictwa wobec własnego ego i trwogi o zachowanie jego bytu i dobrobytu. Społeczeństwo takich ludzi być może nie będzie społeczeństwem egoistów, którzy z mozołem budują wyższą rzeczywistość moralną i publiczną znoszącą prymitywny konflikt interesów, czyniącą z niego duchową siłę twórczą. Gdyby tak miało się stać rzeczywiście, to życie wspólnotowe uzyskałoby nową jakość samoistności, nie będąc już tylko nadbudową czy emanacją życia indywidualnego wielu ludzi. Byłaby to być może rewolucja moralna na miarę tej, jaka dokonała się wraz z powstaniem obiektywnej etyczności w formie państwa i jego prawa.

To jednak jeszcze nie wszystko. Oto bowiem trzeba stawić czoła jeszcze jednemu wyobrażeniu, które jest tyleż realistyczne, co przerażające. I właśnie w ramach tego budzącego grozę obrazu trzeba umieć znaleźć dobro, którego widok przesłania nam nasz strach. Wyobrażenie to dotyczy ingerencji prawa i techniki w ludzką rozrodczość, a w konsekwencji ograniczenie jej swobody, z jaką mamy do czynienia teraz, i to nawet w państwach niewolnych. I znów: nie czyńmy sobie złudzeń, że ta wielka sfera wolności, sfera wolnej prokreacji, nadal pozostanie poza kontrolą ludzkiego prawa i ludzkich instytucji. Skoro pojawiły się narzędzia techniczne takiej kontroli i skoro kwestia demograficzna staje się coraz bardziej paląca - musimy przyjąć za pewne, że kontrola taka zaistnieje.

W demografii dominuje wprawdzie hipoteza o istnieniu punktu nasycenia demograficznego, poza którym ludzi na Ziemi przestanie przybywać, lecz nawet jeśli miałaby ona okazać się prawdziwa, to wydaje się mało racjonalna wiara w to, że jeśli ludzkość uzyska techniczne środki kontroli nad rozrodczością - zarówno w sense ilościowym jak i jakościowym - to jednak nie zechce z nich korzystać. Zechce. Musimy też liczyć się z tym, że związane z idiosynkrazjami wieku XX aksjomaty antyrasistowskie, czy szerzej - antyeugeniczne, w przyszłości stracą na znaczeniu. Korzyści jakie wynikałyby z możliwości zapobiegania zawiązywaniu się ułomnych płodów i przychodzeniu na świat ułomnego potomstwa, jak również z możliwości uzyskiwania u potomstwa cech pożądanych są zbyt wielkie, aby jakakolwiek moralistyka mogła odwieść ludzi od ich konsumowania. Jest przy tym mało prawdopodobne, aby w przyszłych procedurach tego rodzaju jakiekolwiek istotne znaczenie odgrywały - tak zmitologizowane społecznie - akty sterylizacji i aborcji. Natomiast typowe dla państw tendencje do konstruowania procedur prawno-kontrolnych i koncesyjnych każą, przez analogię, spodziewać się raczej prawnego koncesjonowania prokreacji, z uwagi na warunki ekonomiczne i eugeniczne. Oczywiście, ta przerażająca dzisiejszego człowieja wizja związana jest ze znacznie szerszym spektrum technik (znanych już i nieznanych) niż samo tylko klonowanie. Wszelako klonowanie będzie zapewne miało wśród nich swoje miejsce.

Stawienie czoła temu wyzwaniu wymaga zdolności do spojrzenia na życie ludzkie niejako ponad partykularyzmem moralności heroicznej budowy dobra wspólnego na indywidualnych egoizmach. Jeśli dokonamy takiej próby, to okaże się, że wyrażenia w rodzaju „jednostka ludzka jest najważniejsza”, „życie ludzkie jest dobrem najwyższym”, „każdy ma prawo do życia” mogą być potraktowane jako formuły zabezpieczające w ostatecznym rozrachunku indywidualny egoistyczny interes osoby mającej pod warunkiem takich zabezpieczeń deklarować współudział w budowie nieegoistycznego dobra wspólnego. Tego rodzaju dekonstrukcja norm publicznych, która zaczyna się od podobnych uwag, została już przeprowadzona w etyce, a najbardziej poważnym opracowaniem podobnych argumentów jest moralistyka Fryderyka Nietzschego. Pisząc przed ponad stu laty Poza dobrem i złem czy Z genealogii moralności Nietzsche - prorok okropieństw XX wieku - nie mógł jednak przewidzieć, że kiedyś człowiek być może będzie mniej bał się o siebie, mniej obawiał się śmierci i mniej kochał samego siebie, bo jego indywidualność zostanie nieco zredukowana dzięki technikom biologicznym i informatycznym.

Dla nieobeznanych z filozofią może się wydawać szokujące twierdzenie, że indywidulana ludzka jaźń nie jest wartością najwyższą i że uzyskuje ona swą godność (i swą wolność) przez to, że staje się częścią i podporą dla tego, co ogólne: prawdziwej wiedzy, rozumnej wspólnoty, sprawiedliwego prawa. Tym bardziej szokujące, gdyby do tego szeregu wartości rodzaju ludzkiego dopisać doskonalenie gatunkowe. Tylko że teza w rodzaju „nie jest dobrze, aby gatunek ludzki stawał się doskonalszy w sensie biologicznym i w sensie możliwości, które z doskonalenia biologicznego wynikają” równa się tezie, że „mniej doskonałe jest lepsze od doskonalszego”, a więc czystej sprzeczności. W istocie, indywidualizm i personalizm w filozofii nie stanowi dyskusji z tezą o prymacie tgo, co ogólne, bo jest to teza aprioryczna, a nie mniemanie, którego można bronić lub je obalać. Jeśli się tezę tę rozumie, to można pokusić się o próbę zdławienia w sobie - choćby na chwilę, w ramach eksperymentu myślowego - uprzedzeń oraz fobii i spojrzeć na klonowanie jako jeden z wielu technicznych czynników prawdziwego zwycięstwa ogólności nad egoistycznym, prywatnym indywidualizmem. Człowiek częściowo uwolniony od strachu przed śmiercią, mający choćby niejasną perspektywę kontynuacji cielesnej tego, co w nim dobre, w organizmach, które będą jego potomkami na takich czy innych drogach - od kontrolowanej genetycznie prokreacji, poprzez przeżycie w transplantowanych organach, regenerację organizmu, aż po rekonstrukcję kloniczną - taki człowiek być może w sposób bardziej wiarygodny będzie mógł być nie tylko sobą, lecz również członkiem wspólnoty, przyjmującym za nią współodpowiedzialność. Choć bardzo trudno nam to sobie wyobrazić, to jednak być może człowiek przyszłości będzie miał poczucie, że jest nośnikiem dobrych i złych własności - w sensie biologicznym i moralnym - własności, z których nie wszystkie zasługują na zachowanie. Trudno nam o tym myśleć, bo nasze przywiązanie do nas samych takich, jakimi jesteśmy jest dziś niezachwiane i gotowi jesteśmy bronić do końca etyki kompromisu pomiędzy prywatnym egoizmem a wzniosłością ogólnych ideałów moralnych. Jeśli by zaś ktoś pytał o to, czy znajdzie się uprawniona instancja orzekająca, co jest w ludziach dobre (i powinno być zachowane), a co nie (i powinno być unicestwione), to pewnie pytając wyobrażałby sobie jakiegoś indywidualnego sędziego apodyktycznie decydującego o życiu i śmierci. Instancja waloryzacji eugenicznej nie musi być jednak wcale samowolna czy uzurpatorska. W istocie całe życie społeczne to - z pewnego punktu widzenia - wielki system oceny tego, co jest dobre, a co złe i egzekwowania wyników tej oceny - „państwo eugeniczne” może być tak samo sprawiedliwe bądź niesprawiedliwe, tak samo wolne lub niewolne, tak samo represyjne lub nierepresyjne jak i „państwo przedeugeniczne”, w którym jeszcze żyjemy.

Mówiąc o korzyściach, jakie dać może technika klonowania, wypuściłem się w dalekosiężną perspektywę historiozoficzną, w której technika klonowania może być tylko jednym z elementów całości obrazu. W sposób bardziej bezpośredni trzeba oczywiście mówić o medycznych i terapeutycznych korzyściach z klonowania. To wykracza jednakże poza kompetencje filozofa. Podobnie jak wszystkim rozsądnym ludziom, wypada mi tu jednak uznać - a jako filozof mam obowiązek podkreślić, że właśnie taki jest tu podział ról - iż o tych korzyściach mogą poinformować mnie tylko specjaliści, a ja nie mam prawa wypowiadać się w tej kwestii. Świat medyczny zaś informuje nas o tym, że lecznicze znaczenie technik klonowania w dziedzinie neurologii, medycyny prenatalnej, a w przyszłości pewnie także w dziedzinie transplantologii i w innych obszarach medycyny, jest duże. I tyle. Nie mnie, i nie dziennikarzom, i nie organizacjom społecznym, i nie parlamentom, i nie sądom się w tej materii wypowiadać. Możemy jedynie słuchać i powtarzać to, co mówią specjaliści. A że specjaliści nie mówią jednym głosem, to już inna sprawa - i wcale nie upoważnia nas to do wtrącania się w fachowe dyskusje i zabierania w nich głosu.

 

5. Społeczeństwo eugeniczne

Mamy obowiązek już dziś wysilać wyobraźnię i starać się antycypować sytuację moralną, polityczną, kulturową, w jakiej znajdzie się ludzkość, gdy techniki panowania nad ciałem dalece się rozwiną. Nasza dzisiejsza futurologia być może okaże się kiedyś naiwna - i pewnie tak właśnie będzie - ale byłoby dowodem małoduszności rezygnować z niej tylko z tego powodu. Musimy starać się przewidzieć przyszłe kłopoty - tego wymaga od nas istota wyzwania. Odpowiedzialność za przyszłość jest zresztą jedyną rzeczą, za którą cenić nas mogą nasi potomkowie i następcy - nawet jeśli nasz udział w podpowiadaniu im rozwiązań trudności, których my możemy się tylko domyślać, podczas gdy dla nich będą dojmującą realnością, miałby być bardzo skromny i mało wymierny.

Wyobraźmy sobie więc społeczeństwo (państwo), w którym:

- pełny genotyp (lub to, co w przyszłości, na gruncie przyszłych teorii może stanowić postać wiedzy o elementarnych uwarunkowaniach biologicznych) każdej jednostki ludzkiej jest informacją dostępną pod pewnymi warunkami organom państwa (instytucji następczej w stosunku do państwa);

- istnieją techniczne możliwości bardzo daleko idącego planowego modyfikowania genotypu i kontrolowania procesu mnożenia się, różnicowania i mutowania komórek różnych tkanek, całych organów i wreszcie całych organizmów ludzkich;

- pojęcia płci zostaną rozmyte i częściowo oderwane od wyobrażenia podziału ról w procesie prokreacji;

- prokreacja nie jest całkowicie dowolna i w ogóle nie stanowi jedynego środka rozmnażania istot ludzkich;

- pojęcia paranteli, a przede wszystkim ojcostwa, macierzyństwa i rodzeństwa zostają istotnie zrekonfigurowane albo uzupełnione określeniami odnoszącymi się do stopnia jedności genetycznej, różnicy wieku (względem tak czy inaczej określonych umownych punktów „początku życia” czy „początku nowego życia”) i aktualnie przejawianej płci;

- indywidualne zasoby doświadczenia, przeżyć i w ogóle to, co przynależy dziś do sfery indywidualności i jest absolutnie osobiste i niepowtarzalne, przynajmniej częściowo podlega transkorporalizacji;

- pozycja społeczna jest częściowo uzależniona od biologicznej oceny jednostki;

- ludzkość dzieli się na wielość szczepów czy ras genetycznych o narastających różnicach i dysponuje wieloma konkurencyjnymi wyobrażeniami o doskonałości rasowej;

- społeczeństwa eugeniczne współistnieją w świecie ze społeczeństwami (państwami) tradycyjnymi.

Nikt z nas nie jest tak naprawdę przygotowany do myślenia o takich potwornościach. I to właśnie dlatego, że każdemu obraz taki jawi się jako potworny. Za najlepszą metodę wyobrażeniowej analizy takich bulwersujących i trudnych do rzeczowego traktowania hipotez uważam kierowanie się pytaniami o stan możliwej realizacji podstawowych wartości w tak właśnie określonych warunkach. W jaki więc sposób w społeczeństwie eugenicznym może urzeczywistniać się wolność, praworządność, miłość?

Otóż nie wydaje się, aby społeczeństwo eugenicznie nie mogło być społeczeństwem istot wolnych, w szczególności zaś społeczeństwem demokratycznym. Wręcz przeciwnie: trudny do wyobrażenia sobie pluralizm społeczeństwa, w którym współżyją ze sobą istoty nader od siebie różne - ludzie zrodzeni drogą naturalną, ludzie sklonowani, ludzie skonstruowani genetycznie in vitro, ludzie zmutowani - zdaje się raczej sprzyjać elastycznemu i regulującemu prawu o stosunkowo liberalnym charakterze. Pluralizm idzie bowiem zazwyczaj w parze z większą wolnością polityczną, niż ta, którą spotyka się w społeczeństwach jednorodnych. Również skuteczny porządek prawny, praworządność, nie wydaje się stać w sprzeczności z komplikacją społeczeństwa eugenicznego. Zdaje się nawet być odwrotnie: niezwykle złożone stosunki, jakie wynikać będą z biologicznej natury podziałów społecznych i związanej z nimi rywalizacji, mogą sprzyjać budowie sprawnego, skutecznego aparatu prawnego. Pozwala tak przypuszczać przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie wielorasowość stała się jednym z ważniejszych czynników budowy w tym państwie nadzwyczaj wysokiego standardu praworządności. Wreszcie - czy należy się spodziewać, że zasadnicza przemiana pojęcia rodziny i pokrewieństwa w społeczeństwie eugenicznym może uszkodzić jego życie emocjonalne, a nawet wyjałowić je z miłości, postrzeganej przez ludzkość jako najwyższa wartość i najgłębszy sens życia? Coż, nie da się ukryć, że miłość egocentrycznej i zatroskanej o własne ja istoty ludzkiej ma w sobie bardzo silny pierwiastek biologiczny - właściwe całemu światu zwierzęcemu przywiązanie do tych osobników, z którymi łączą nas „więzy krwi” lub wspólnota wytwarzania potomstwa. Tylko czy właśnie ten pierwiastek miłości jest najcenniejszy? I czy pewna modyfikacja psychologiczna człowieka, zgodnie z którą miałby się on stać istotą nieco mniej egocentrycznie zorganizowaną, nie sprzyja właśnie bardziej rzeczywistemu oddaniu i woli dobra dla innej osoby, stanowiącej istotę miłości?

A jednak można sobie wyobrazić, że społeczeństwo eugeniczne będzie społeczeństwem trudnym, pełnym napięć i konfliktów. Przede wszystkim dlatego, że rasowe, biologiczne różnice między ludźmi zawsze prowadzą do wzajemnej izolacji i konkurencji grup, a potęgowanie tych różnic może takie zjawiska tylko umocnić. Co więcej, sfera władzy państwowej nad prokreacją i reprodukcją sama w sobie będzie zapewne konfliktogenna, nie obywając się, jak każdy system koncesyjny, bez elementu uznaniowego, nie dającego się wyeliminować do końca przez racjonalne procedury i ścisłe kryteria. Jeszcze bardziej niebezpieczne wydaje się zaś współistnienie w społeczeństwie eugenicznym ludzi z tworami hybrydalnymi, istotami będącymi produktem manipulacji genetycznej i nie będącymi ludźmi, a zarazem nie będącymi też tylko pozbawionymi rozumu zwierzętami. Prawa tego rodzaju istot i ich stosunki z ludźmi będą zapewne niezywkle trudne do uregulowania, szczególnie jeśli ich karność, zdolność do podporządkowania się prawu będzie wątpliwa, a zarazem ubezwłasnowolnienie wyraźnie niesprawiedliwe.

Bardzo niepokojąca jest też perspektywa współistnienia doskonalszych pod względem technicznym i właśnie: biologicznym społeczeństw eugenicznych ze społeczeństwami tradycyjnymi, nie chcącymi bądź nie potrafiącymi panować nad swym strumieniem genetycznym i swymi zasobami biologicznymi. W obliczu zagrożenia klęską demograficzną społeczeństwa eugeniczne mogą przypisać sobie prawo narzucenia całej ludzkości pewnych standardów kontroli genetycznej i kontroli reprodukcji, a nieprzestrzeganie tych standardów mogą uznać za rodzaj agresji - gromadzenia chaotycznego potencjału demograficznego (biologicznego genetycznego), którego ekspansja terytorialna i biotopowa może okazać się w pewnym momencie nie do zahamowania.

W ogólności, nie wydaje się, aby istniały powody do tego optymizmu, który przejawia wielu współczesnych humanistów, zasadzającego się na przekonaniu, że rozwinięte liberalne społeczeństwa demokratyczne będą zawsze umiały uniknąć wojny. Wydaje się wręcz, że częściowa dezindywidualizacja bytu ludzkiego, częściowe odebranie ostrości pojęciu śmierci, relatywizacja integralności ciała ludzkiego i w ogóle wszystko, co wynikać może z manipulacyjnego opanowania ludzkiego strumienia genetycznego, spowoduje daleko idącą inflację wartości życia jednostki, a w konsekwencji wzmożoną skłonność do wdawania się w wojny. A wojny te być może będą miały jak nigdy dotąd znaczący wymiar demograficzny w skali globalnej.

Każda społeczność ludzka w ostatecznym, egzystencjalnym rozrachunku wiedzie żywot trudny, naznaczony piętnem niespełnienia i tragiczności. Społeczeństwo eugeniczne, w którym gatunkowe cechy człowieka będą poddane w jakimś stopniu jego wolnej manipulacji, z pewnością nie będzie wyzwolone od fatum przypadkowości i tragiczności egzystencji istoty ułomnej i śmiertelnej, jaką jest człowiek. Nie będzie to Królestwo Boże na ziemi, a pewnie i nadal w mocy pozostanie ta stara mądrość, że czasy się zmieniają, ale człowiek i jego troski pozostają te same. Mają rację ci, którzy ze sceptycyzmem odnoszą się do wielkich nadziei wiązanych przez niektórych z postępem technicznym. Mają też rację ci, którzy widzą w rozwoju technik biologicznych zagrożenie dla ładu moralnego. Owszem, technika ludzi nie zbawi - tylko że z twierdzenia tego właściwie nic nie wynika; twórcy techniki nie uważają się zresztą za zbawców, a chcą jedynie, często całkiem prozaicznie, ułatwiać życie ludzkie w rożnych jego aspektach - na przykład skuteczniej leczyć choroby. Owszem, dzisiejszy stan moralny społeczności ludzkiej jest taki, że zamach na elementarne pojęcia związane z życiem rodzinnym i cielesnością mógłby go tylko pogorszyć. Ale wcale nie jest powiedziane, że ten stan zawsze będzie taki sam. Być może ludzkość dojrzeje w porę do wymogów moralnych, jakie stawia społeczeństwo eugeniczne, tym bardziej, że sama technika, a już na pewno wyzwania, jakie sie z nią wiążą i pobudzają nas do moralnej refleksji, mogą w tym postępie moralnym dopomóc. Pamiętajmy, że wszystkie pojęcia moralne - również tak elementarne jak obowiązek i odpowiedzialność - są młodsze niż ludzka cywilizacja, a niektóre z nich - jak na przykład pojęcie praw człowieka - ledwie co powstały.

 

6. Trudności moralne okresu przejściowego

Przejdzie jednak wiele pokoleń zanim powstanie rzeczywiste społeczeństwo eugeniczne, choć w ogólności jego wizja nie zasługuje chyba na zrównanie z dziełami literackiej fantazji. Nasza rzeczywistość jednakże, owa bliska przyszłość, która stawia przed nami wyzwania, to z pewnością jeszcze nie „społeczeństwo eugeniczne”, ale społeczeństwo okresu przejściowego, w którym narastać będzie znaczenie powszechnej informatyzacji, medycznych (i właśnie: z czasem wykraczających poza cele czysto medyczne) technik genetycznych i ekspansji pozaziemskiej. Precedensowy proces sądowy zmierzający do ustalenia praw i obowiązków opiekuńczych w stosunku do nowonarodzonego dziecka klonicznego może dobrze służyć za symboliczną inicjację okresu przejściowego do społeczeństwa eugenicznego.

Jednakże pierwszy wyrazisty i realny przypadek dyskomfortu moralnego związanego z nowymi technikami panowania nad ciałem dotyczy już naszych czasów, choć z pewnością jest mniejszego kalibru problemem moralnym niż „sieroctwo” dziecka klonicznego. Chodzi o niszczenie zbędnych embrionów ludzkich powstałych in vitro. Punkt widzenia na tę przykrą sprawę, jaki przyjmuje lekarz czy biolog, bardzo różni się od punktu widzenia postronnych. Dla lekarza embrion we wczesnym stadium rozwojowym to grudka komórek, z której w sprzyjających warunkach może rozwinąć się płód. Embrionów takich powstaje w naturze znacznie więcej niż w końcu rodzi się dzieci - sama natura, a nieraz także i ginekolodzy obchodzą się z nimi bardzo pragmatycznie, wedle zasady „nie ten, to następny”. Gdy w dodatku uzyskamy rzeczywistą zdolność odtwarzania całego organizmu ludzkiego z innych komórek niż rozrodcze, to wyróżniony status mikroskopowego embrionu niemal się zdezaktualizuje. Pragmatyczno-techniczny stosunek do embrionu zawsze jednak razić będzie tych, którzy nigdy embrionu nie widzieli. Jednakże poza tym uczuciem niesmaku zapewne nic więcej po stronie szerszej publiczności w sprawie tej wydarzyć się nie będzie mogło - choćby dlatego, że przestrzeń laboratoryjna jest hermetyczna i samowładna, mało podatna na wszelkie zewnętrzne ingerencje. Jest tu analogia do sytuacji chirurgów w dawnych wiekach - budzili oni czasem strach i odrazę, ale też działalności ich nie przeszkadzano. O wiele bardziej drastycznym, niż uśmiercanie embrionów, stanie się więc zapewne problem nieudanych zabiegów inżynierii antropogentycznej, a więc uszkodzonych genetycznie płodów i dzieci. Nieuchronne pojawianie się błędów w zabiegach sekcji i rekonfiguracji ludzkiego materiału genetycznego będzie z pewnością bardzo wysoką i trudną do zapłacenia ceną za postęp w technikach genetycznych. Dlatego też jeszcze przez wiele lat zapewne będą one musiały korzystać z ochrony argumentacji „rachunku ryzyka terapeutycznego”, to znaczy dopuszczać ryzyko uszkodzeń tylko wobec statystycznej przewagi sukcesów leczniczych. Ale to oznacza długotrwałe funkcjonowanie wyłącznie medycznej (terapeutycznej) legitymacji dla manipulacji antropogenetycznych, a więc i przewlekły stan nielegalności innego rodzaju badań i zabiegów, a szczególnie badań ściśle eugenicznych, zmierzających do udoskonalenia organizmu ludzkiego. Należy się spodziewać bardzo dużego oporu prawnego w tym względzie - restrykcji i penalizacji pozaterapeutycznych manipulacji antropogenetycznych - co oczywiście może mieć jedynie patogenne skutki dla środowisk parających się takimi badaniami.

Dlatego też znacznie odleglejszym i dziś właściwie fantastycznym jeszcze zagadnieniem - wszelako na drodze do społeczeństwa eugenicznego nieuniknionym - będzie problem społecznego statusu różnego rodzaju osobników „sztucznych”. Stanowiąc w pewnym sensie jedną klasę, będą oni w istocie zajmować bardzo różne pozycje. Czymś innym bowiem będzie „podmiotowe” doskonalenie organizmu, podporządkowane tylko i wyłącznie dobru danej jednostki (ingerencje genetyczne, chirurgiczno-korekcyjne i wszelkie inne zabiegi odmładzające i podnoszące sprawność i żywotność organizmu), a czymś innym „przedmiotowe” doskonalenie organizmu, podporządkowane jakimś celom publicznym, a nawet dobru innej jednostki (jak np. „sobowtór kloniczny” jako rezerwuar organów). Przedmiotowa perfekcjonizacja, np. wytwarzanie osobników szczególnie silnych fizycznie i karnych z przeznaczeniem do ciężkich prac lub walki, jest oczywiście czymś głęboko niemoralnym i na pewno będzie bardzo długo napotykać opór. Ale właśnie dlatego będzie odbywać się nielegalnie, poza kontrolą i tym bardziej będzie występne. Tymczasem granica pomiędzy godziwym i niegodziwym doskonaleniem ciała przy użyciu wyrafinowanych technik jest nieostra, choćby dlatego, że ogólne podnoszenie wydajności i żywotności danego organizmu nie wyklucza się z nadawaniem mu pewnej specjalizacji (np. doskonalenie „siłowe”, „upiększające”, „sensoryczne”, „intelektualne”) i może być całkowicie dobrowolne i w pełni akceptowane przez osoby, których dotyczy, jak i przez ich rodziców. Choć jesteśmy jeszcze daleko od tych problemów, to jednak da się odnaleźć tu pewną analogię w naszym społeczeństwie. Chodzi mianowicie o zmieniający się stosunek do tzw. środków dopingujących w sporcie. Od dawna już w świadomości środowisk sportowych zatarła się granica ostro oddzielająca stosowanie preparatów hormonalnych i innych leków (nielegalne i niemoralne) od stosowania różnych specjalnych odżywek i specjalnych, nieraz naruszających zdrowie, technik treningowych (legalnych). Ponadto, w tej sferze sportu, którą wyznacza nieustające zadanie „pobicia rekordu świata”, a więc wykazania maksymalnych możliwości rodzaju ludzkiego w danej dziedzinie dokonań sprawnościowych, chodzi raczej o możliwości absolutne, a nie ograniczone przez warunek niestosowania środków dopingujących. Środowiska sportowe na ogół więc nie podzielają z szeroką opinią ani wyraźnego odróżnienia moralnego pomiędzy tym, co w procesie przygotowywania zawodników jest (w świetle dzisiejszego prawa) dozwolone, a tym, co niedozwolone, ani też moralnego potępienia dla tzw. „dopingu”. Z czasem pewnie prawo w tej dziedzinie stanie się bardziej elastyczne i inteligentne niż lista substancji zakazanych, a i tzw. środki dopingujące będą mniej niebezpieczne dla organizmu. Podobnego procesu stopniowej pragmatyzacji i uelastycznienia regulacji prawnych, postępującego wraz z rozwojem i wysubtelnieniem technik, można się chyba spodziewać również i w dziedzinie manipulacji genetycznych.

O przyszłości technik klonowania w zastosowaniu do człowieka będzie jednak decydować nie prawo, ale ludzkie serce. To nasz stosunek emocjonalny do osób klonicznych, a szczególnie wzajemne stosunki pomiędzy tymi osobami jako braćmi i siostrami klonicznymi i ich stosunki z rodzicami klonicznymi wyznaczą pozycję społeczną, a w następstwie i prawną tych ludzi. Wydaje się przy tym bardzo prawdopodobne, że będą to z zasady stosunki przypominająe rodzinne, narażone na wypaczenia nie bardziej niż naturalne związki rodzinne. Można się też spodziewać - a ma to duże znaczenie dla społecznej akceptacji dla klonowania ludzi - że o ile warunki techniczne na to pozwolą, o tyle długo nie będzie się pozwalać na klonowanie w ścisłym sensie, a więc identycznościowe, bez modyfikacji genomu klona, tak aby różnił się on od genomu jego klonicznego protoplasty i rodzeństwa. Bardzo żywe jest bowiem przekonanie, że należy w technikach inżynierii genetycznej wprowadzać element przypadku (o ile w ogóle możliwe miałoby być wyeliminowanie przypadku), aby uzyskiwać tą drogą statystyczny efekt naturalnego rozkładu cech. Miałoby to być poniekąd naśladowanie „statystycznej mądrości” natury i wyraz respektu dla jej praw, których nigdy nie przenikniemy do końca i których nie powinniśmy starać się całkowicie zastępować technokratycznymi procedurami. Nie wiem, czy są jakieś przyrodoznawcze podstawy dla takiej argumentacji, ale w każdym razie jako argument filozoficzny należy on do gatunku „metafizycznego gustu”, przez co mało nadaje się do dyskusji.

Epoka nowożytna, ze swymi wielkimi ideałami wolności jednostki i suwerenności narodów, równości i praworządności jako zasad państwa, swobód politycznych i demokracji obywatelskiej, przechodzi powoli do historii. To nieprawda, że ludzkość do tego właśnie punktu zmierzała, że ku temu stanowi wolności i praworządności, jaki znamy dziś, dążyła cała historia, a wszystko, co będzie potem, będzie już „po końcu historii”. Czeka nas trudny proces rewizji i korekty ideałów politycznych i moralnych, jakie od czasu Rewolucji Francuskiej aż do dziś z takim powodzeniem się umacniały. Ten proces to wielkie wyzwanie, którego składowymi są poszczególne wyzwania związane z konkretnymi dziedzinami życia. Do każdego z nich powinniśmy odnieść się z powagą, na jaką zasługuje, w skupieniu i z inteligencją, odrzucając łatwiznę czczego oburzenia oraz małoduszność przejawiającą się w ciasnocie umysłu, który przyszłość stara się mierzyć miarą teraźniejszości i do niej sprowadzać. A jednym z takich składowych wyzwań jest to, które wiąże się z technikami panowania nad ciałem, a w tym i z klonowaniem.

Być może mamy powody, aby szczycić się swymi ideałami moralnymi, ale na pewno nie mamy powodu, aby uważać, że jeszcze wyższa ideowość moralna nie jest możliwa. Nic wznioślejszego poza uzgodnieniem własnego egoistycznego interesu z dobrem ogólnym, poza powołaniem człowieka do służby - przez cnotę i rozum - dobru wspólnemu i Bogu (jako warunek własnego szczęścia) nie udało się dotąd ustanowić jako powszechny ideał moralny. Kto wie, czy rewolucja w technikach genetycznych nie przyczyni się do rewolucji moralnej, która zerwie jeszcze jedne pęta wiążące człowieka jak niewolnika z obcym mu w gruncie rzeczy i mało znanym panem - jego własnym ego. Ciekawe, że to wielkie marzenie ludzkości szczególnie żywo obecne było w kulturze hinduskiej, gdzie też uważano, że jego realizacja zależy od zupełnego opanowania ciała. Ale to już są tematy nazbyt od klonowania odległe.

jot@ka