Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

Adres moralny do lewicy i prawicy

 

Opublikowane w Przeglądzie Politycznym 75(2006)

Tekst ten powstał, mimo wszystko, z dobrej woli. Z dobrej woli piszę ten list do ludzi, których poważam, ale którym mam za złe ich przekonania polityczne – do lewicowych i prawicowych intelektualistów, znanych mi i nieznanych. Proszę traktować tę wypowiedź jako osobistą, choć nie personalnie adresowaną. Poza tym jej istota jest raczej moralna niż teoretyczna. Mój list dotyczy głównie tego, co nazywa się czasami „etyką przekonań”. Będę unikał jednakże nadmiernego teoretyzowania, a zwłaszcza odwołań do autorytetów. Sądzę zresztą, że adresaci i czytelnicy tego listu przeczytali więcej książek niż ja i bardziej wierzą w swoje autorytety niż ja w swoje. A jakie są moje? Może Hegel, może Nietzsche... Sam nie wiem dokładnie.

Postaram się teraz, najuczciwiej jak umiem, zreferować, w mowie niezależnej, to, co uważam za najbardziej umiarkowaną i najinteligentniejszą postać poglądów lewicowych i prawicowych, a więc ich formy, które budzą we mnie sprzeciw możliwie najmniejszy. Następnie przeprowadzę łączną krytykę obu tak sformułowanych kompleksów przekonań.

Zapewne mało kto uzna w tych dwóch sfingowanych, quasicytujących dyskursach w pełni i bez zastrzeżeń wyraz swoich własnych poglądów. Przypuszczam jednak, że wielu zgodzi się z lewą bądź prawą stroną „tyle o ile”. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, więc wypowiedź ta raczej otwiera niż zamyka dyskusję. Moją aspiracją i przyczyną, dla której podjąłem się napisania tego adresu, nie jest jednak chęć zaczepienia kogokolwiek ani nawet chęć wygadania się (robię to bez przerwy), lecz właśnie ta nadzieja, że być może choć jeden czytelnik o lewicowych bądź tradycjonalnie prawicowych poglądach zawaha się. Oczywiście jeden tekst nie wystarczy. Trzeba się pospierać trochę dłużej. Na razie polemizuję sam z sobą – bo w końcu sam napisałem oba manifesty, do których (nie w całości, lecz w wybranych punktach!) krytycznie się odniosę. Mam jednakże nadzieję, że dzięki reakcji czytelników dane mi będzie wyłamać się z tego solipsyzmu.

Manifest lewicy

Zawsze żyliśmy i nadal żyjemy w świecie niesprawiedliwym. Jedni znoszą upodlenie nędznej i ograniczonej egzystencji, cierpią wyzysk i zużywają wszystkie swe siły na pracę przynoszącą korzyść nie im, lecz wąskiej grupie bogaczy. Inni, odwrotnie, dzięki swej pozycji „właścicieli” czy „udziałowców”, gromadzą ogromne środki, których używają w celu pomnożenia swego bogactwa i władzy, nie myśląc o tych, którzy na zyski te pracują lub jedynie udając, że się o nich troszczą. Z namiętnością do pieniądza i władzy, z pazernością kapitalizmu przegrywają względy sprawiedliwości, równości, ludzkiej solidarności. Nawet ustrój demokratyczny, oparty na rywalizacji partii politycznych i wyborach, w rezultacie służy wspieraniu interesów wielkich korporacji i finansjery, bo partie polityczne chcąc nie chcąc muszą być z nimi powiązane, skoro do prowadzenia walki politycznej, podległej zasadom analogicznym do gry rynkowej, niezbędne są znaczne środki materialne. Zresztą korporacje robią wszystko, by uniezależnić się od społecznej kontroli i nie dopuścić do włączenia ich działalności w procesy budowy dobrobytu powszechnego, opartego na sprawiedliwym podziale dóbr. Unikają nadzoru i nieegoistycznego zaangażowania na różne sposoby – poprzez wywieranie (legalnie bądź nie) wpływu na politykę krajową, poprzez umiędzynarodowienie swej działalności, a wreszcie poprzez zastępowanie państwa w wielu jego funkcjach (np. socjalnych) i tym silniejsze przywiązywanie do siebie pracowników. Stopniowo słabnie autonomia i siła państwa, a rośnie potęga międzynarodowych korporacji i organizacji finansowych, które jednakowoż nie są zobowiązane ani stosować procedur demokratycznych, ani poddawać się demokratycznej kontroli. Co gorsza, nie mają też motywacji po temu, by brać na siebie odpowiedzialność materialną i moralną za globalne skutki swej działalności. Skutki te zaś są alarmujące. Kraje biedne, pozornie tylko wyzwolone z kolonializmu, pozbawione są całkowicie możliwości konkurowania na rynkach międzynarodowych – odcięte od inwestycji, technologii oraz udziału w dobrodziejstwach cywilizacji stają się ledwie zapleczem produkcyjnym, źródłem taniej siły roboczej oraz dodatkowym rynkiem dla wykorzystujących ich potencjał ludzki i surowcowy krajów bogatych oraz międzynarodowego przemysłu. Z korzyścią dla najbogatszych, kraje biedne pozostają nadal biedne i niedorozwinięte, a jednocześnie całkowicie uzależnione od mocarstw ekonomicznych, co z kolei stwarza dogodne warunki dla utrwalania się zbrodniczych reżimów, często korzystających z bardziej czy mniej jawnego poparcia zarówno rządów państw bogatych, jak i korporacji. Cynicznemu wyzyskowi biednych społeczeństw oraz kolaboracji z lokalnymi watażkami towarzyszy nieodpowiedzialne i bezkarne eksploatowanie zasobów naturalnych, prowadzące do ekologicznego wyniszczenia planety.

Nędza i niesprawiedliwość domagają się reakcji ze strony ludzi dobrej woli w krajach najwyżej rozwiniętych. Są one winne społeczeństwom, na których pracy w znacznej mierze zbudowały swe bogactwo, wszechstronne działania na rzecz ich cywilizacyjnego i politycznego awansu. Jest naszym obowiązkiem zadbać o powszechną dostępność czystej wody i żywności, o elementarną edukację dla wszystkich dzieci, o elementarną opiekę zdrowotną, o stan środowiska naturalnego – w skali całej Ziemi. Powinności tej nie wypełnimy prowadząc wojny w imię takich czy innych interesów, a nawet w imię szerzenia demokracji, lecz jedynie wtedy, gdy na serio weźmiemy na siebie materialną i logistyczną odpowiedzialność za wielkie globalne projekty rozwojowe, w imię solidarności wszystkich ludzi i w imię lepszej przyszłości całego świata. Rządy potężnych państw i wielkie korporacje, dzięki swemu potencjałowi mają tu do odegrania zasadniczą rolę, lecz wymaga to przedefiniowania ich funkcji i umocowań prawnych. Najważniejsza jest jednak przemiana świadomości społecznej, wyzbycie się postkolonialnych uprzedzeń, poczucia wyższości, ksenofobii, a nade wszystko gnuśności i egoizmu.

Ludzie dobrej woli – wolni od uprzedzeń i gotowi do działania i dzielenia się z innymi – są nadzieją ludzkości. Tworzą oni globalną wspólnotę, wskroś wszystkich kultur, religii i granic. Ich zjednoczenie wymaga przełamania w umyśle każdego i w każdym społeczeństwie strachu i nieufności odpychającej od siebie ludzi inaczej żyjących, inaczej wyglądających, inaczej wierzących. Tylko wolne społeczeństwo, oparte na wzajemnych szacunku jednostek i grup, respektujące wymogi sprawiedliwych procedur demokratycznych, z powagą traktujące swobody obywatelskie i wolność wyborów osobistych, może stać się prawdziwą wspólnotą, w której wszyscy, mimo wszelkich różnic, mówią o sobie „my” i poczuwają się do lojalności w stosunku do całości społeczeństwa. Sprawiedliwość i wolność są podstawą ładu i pokoju wewnętrznego każdego społeczeństwa, a wspólnota wolnych i sprawiedliwych społeczeństw jest jedyną możliwą podstawą pokoju światowego i braterstwa wszystkich ludzi.

Droga do sprawiedliwości prowadzi przez demokrację i urzeczywistnienie wolności. Ani jedno, ani drugie nie może być abstrakcją, choćby i „konstytucyjną abstrakcją” praw i swobód, lecz rzeczywistością – rzeczywistą możliwością samookreślenia i wyboru drogi życiowej. Demokratyczne społeczeństwo to nie takie, gdzie jedynie bez przeszkód działają partie i odbywają się wolne wybory, lecz takie, gdzie ponadto i przede wszystkim ludzie realnie kształtują swoje otoczenie społeczne i instytucjonalne. Społeczeństwo wolne to nie takie, w którym jedynie zagwarantowano każdemu pewne swobody konstytucyjne, lecz takie, w którym ponadto każdy ma szanse żyć zgodnie ze swymi pragnieniami i rozwijać się w kierunku, który odpowiada jego zdolnościom i aspiracjom. Jest rzeczą państwa i organizacji społecznych budowanie takich stosunków, które umacniać będą i realną demokrację, i realną wolność. Owszem, wymaga to środków, znaczącej redystrybucji i pomocy publicznej dla wielu projektów – gospodarczych, infrastrukturalnych, a zwłaszcza zdrowotnych i edukacyjnych. Odpowiedzialności za zrealizowanie ich celów nie wolno nam przerzucać na abstrakcję „wolnego rynku” i pod tym pretekstem ograniczać funkcje sprawiedliwościowe państwa, gdyż „puszczona samopas” logika owego „wolnego rynku” prowadzi do nierówności i wykluczenia wielkich mas z udziału w dobrodziejstwach cywilizacji, a nawet do wojny. Mechanizmy rynkowe mają swoją realność, która wszelako nie może być ostatnim słowem racjonalności społecznej. Kapitalistyczna produktywność winna więc być włączona w system społeczny i w pewien sposób kontrolowana. W końcu to kapitał i środki produkcji mają służyć człowiekowi, a nie odwrotnie.

 

Manifest prawicy

W ciągu ostatnich stuleci, a zwłaszcza ostatnich stu lat świat, a zwłaszcza Zachód przeszedł niepokojące przeobrażenia. Nowoczesność, związana z rozwojem nauki, wyposażyła nas w godne podziwu środki techniczne i nowe bogactwa. Nie uczyniła nas jednak lepszymi ani szczęśliwszymi. Wielu z nas czuje się za to zagubionych i zdezorientowanych pośród natłoku rozmaitych propozycji nowych „stylów życia” albo po prostu rozrywek, jakie płyną do nas z „globalnej wioski” – ze świata zdominowanego przez działalność potężnych, międzynarodowych instytucji komercyjnych, media i reklamę. Jednak w istocie rzeczy, mimo wielości stwarzanych nam (często pozornie) wyborów i idących za nimi różnic, oddalających od siebie ludzi, którzy dokonali wyborów odmiennych, pozostajemy wciąż tacy sami. Wszyscy, jak świat długi i szeroki, jesteśmy po prostu ludźmi, mającymi podobne marzenia i kłopoty, popełniającymi podobne grzechy i błędy, a także czyniącymi podobne dzieła dobra. Jeden jest świat, jeden los człowieka i jedno jest ludzkie dobro, określone przez naturę bytu ludzkiego i jego miejsce w rzeczywistości. Tylko na gruncie tego dobra i na gruncie miłości wiążącej ludzi we wspólnotę dobrej woli, woli dobrego, panować może zgoda i zrozumienie wewnątrz społeczeństwa oraz w stosunkach między narodami. Tam zaś, gdzie zwycięża sprawiedliwy porządek, oparty na miłości i szacunku dla godności każdego człowieka, różnice przestają dzielić i jawić się nam jako zagrożenie, lecz same stają się czymś dobrym i wzbogacającym. Gdy jednak dobrej woli brakuje i gdy panuje duch rywalizacji, a co gorsza podejrzliwości wzajemnej i wrogości, uprzedzeń i strachu, różnice zaczynają nas przerażać i pobudzają do aktów nienawistnych.

Tylko gdy będziemy „pewni swego”, silni w dobru i w zaufaniu do moralnego ładu naszej własnej wspólnoty, stać nas będzie na wyzwolenie się ze strachu i nienawiści, która przywodzi ludzi do wojen i wszelkich nieszczęść. Bez trwałego społecznego ładu, opartego na poszanowaniu niezbywalnych wartości, niemożliwa jest ani wolność, ani sprawiedliwość, ani szczęście. Gdy brak natomiast takiej moralnej i duchowej podstawy, owego porządku, który zaczynać się musi w duszy, w sercu każdego z nas, by następnie wyrazić się w życiu wspólnoty, na wszystkich jej poziomach organizacji, skazani jesteśmy na gorączkowe i chaotyczne poszukiwanie zaspokojeń w iluzorycznym świecie rzekomej „wolności wyboru”. W istocie ten kolorowy świat „pluralizmu dla samego pluralizmu” należy jednak nie od nas, lecz do tych, którzy umieją nas zniewolić, stwarzając, środkami reklamy, coraz to nowe pokusy i iluzje szczęścia, jakie to wypływać ma rzekomo z ulegania im. Wolność wyboru bywa tu jedynie iluzją, a różnice „stylów życia”, które z nich wynikają – powierzchowne. Pod zewnętrzną powłoką owych błahych różnic kryją się jednak pokłady naszej autentycznej kultury i duchowości, które wszelako przestajemy rozumieć, przypisując zbyt wielkie znaczenie temu, co zewnętrzne, a co sobie rzekomo „sami wybraliśmy”. Gdy zaś tracimy naturalne poczucie tego, kim jesteśmy, nie umiemy też naprawdę zrozumieć, co to znaczy, że inni naprawę są inni, a jednocześnie naprawdę podobni do nas.

Ludzie, których płytkie i pozbawione refleksji oraz właściwego szacunku dla tradycji i obyczaju wychowanie, usposobiło do nieustającej pogoni za dobrami materialnymi, padli ofiarą patologii moralnej społeczeństwa nowoczesnego – zostali zubożeni i skrzywdzeni, a nie znając innego życia wychowują swoje dzieci w podobny sposób. Merkantylizmowi i materializmowi społeczeństwa konsumpcyjnego sprzyja relatywizm i obojętność na wartości, posunięta czasem do granic cynizmu i nihilizmu. Ślepota na powinności moralne i wartości duchowe prowadzi do coraz większego pobłażania sobie, usposabiając człowieka tym bardziej do pazerności na dobra materialne i przyjemności. Dlatego też ci sami, którzy gromadzą wielkie majątki dzięki wzbudzaniu chciwości i hedonizmu u innych, szerzyć będą nihilistyczne ideologie, mające takie postawy usprawiedliwiać. W ten sposób wielki międzynarodowy przemysł sprzymierza się z siłami politycznymi propagującymi pod pozorami demokratyzmu i umacniania wolności tolerancję dla nieobyczajności, ateizmu, a nawet przestępstw, takich jak aborcja i eutanazja. Tymczasem nie na tym wolność polega, by robić po prostu, co się chce i co nam sprawia przyjemność, lecz na tym, by rozumnie kształtować swe życie, zgodnie z własną naturą i tymi trwałymi pragnieniami, które świadomie i roztropnie obierzemy sobie za godny cel naszych działań.

Godności ludzkiej i prawu miłości niepodobna zaprzeczyć. Nie ma i nie może być sporu o fundamentalne wartości, jak poszanowanie życia albo współczująca solidarność, czyli braterstwo między ludźmi. Każdy człowiek potrafi odczytać w swym własnym sumieniu, że źle jest zabijać a dobrze jest pomagać potrzebującym. Podobnie też każdy człowiek pragnie być wśród bliskich i kochających go osób i samemu darzyć miłością. Taką wspólnotę kochających się ludzi, których połączyły więzy krwi i wspólne potomstwo, nazywa się rodziną. To ona jest ośrodkiem życia człowieka i fundamentem społeczeństwa – cierpimy, gdy rodzinę tracimy lub gdy się ona rozpada. I właśnie ten naturalny porządek rzeczy, związany najściślej z tym, kim jako rozumne, lecz cielesne istoty jesteśmy, podlegać musi ochronie i opiece ze strony państwa i prawa. Państwu nie wolno uchylać się od tych obowiązków w imię źle pojętej bezstronności czy tolerancji. Wartości demokratyczne są wartościami tylko wtedy, gdy służą dobru i sprawiedliwości – przestają nimi być, gdy dostarczają pretekstu do utrzymywania się niesprawiedliwości i nierówności albo do tolerowania zepsucia obyczajów i demoralizacji młodzieży. Nie sami powołaliśmy do istnienia porządek, któremu podlegamy, i nie jesteśmy władni go zmienić. Co najwyżej możemy mu stawić opór, buntować się przeciwko niemu – płacąc wszelako cenę osobistej zguby i degradacji naszej wspólnoty.

Społeczeństwo sprawiedliwe i szczęśliwe nie obywa się bez cnót, stanowiących źródło dobra w naszym działaniu. Wzory dobrego postępowania przekazujemy z pokolenia na pokolenie, wychowując dzieci i młodzież. Bez ciągłości takich wzorców, bez przykładów i autorytetów, bez tradycji, która dla każdego obywatela z osobna i dla nas wszystkich łącznie stanowi płaszczyznę odniesienia w rozumieniu świata i przeżywaniu dobra, społeczeństwo nie może przetrwać. Gdy zaś przyświecają mu wartości i chwalebne przykłady, gdy ciągłość tradycji spaja pokolenia, możliwa staje się również autentyczna więź między żyjącymi współcześnie członkami społeczności, więź konstytuująca ją jako prawdziwą wspólnotę i naród. To tradycja i wspólna historia czyni nas właśnie dojrzałą i pełną wspólnotą, czyni nas narodem. W narodzie jesteśmy w pełni „u siebie”, połączeni więzią swojskości i zaufania z naszymi rodakami, podzielając z nimi wiele elementów pamięci historycznej, pewne obyczaje, język i inne elementy kultury. To właśnie zaufanie, owa pewność, że wśród swoich solidarność i jedność zawsze weźmie górę nad rywalizacją i egoizmem, pozwala nam budować wspólnie szczęśliwszą i sprawiedliwszą przyszłość – dla nas i dla innych, których inność bez strachu akceptujemy i którym zawsze dobrze życzymy.

 

Odpowiedź na manifesty

Oba manifesty wyrażają mniej więcej tę samą treść. Oba odwołują się do sprawiedliwości i solidarności, i to wymiarze ogólnoludzkim, oba piętnują moralną degradację świata zmerkantylizowanego. Mimo to, w obu zawiera się również pewien ładunek wiary w to, że zarówno technikę, jak i procedury demokratyczne można wykorzystać dla dobra człowieka, że mogą mu one posłużyć w osiąganiu prawdziwego, a nie iluzorycznego szczęścia. I lewica, i prawica wierzy ponadto, że sprawiedliwość i wolność musi być realnym doświadczeniem człowieka, a nie wyłącznie prawną i polityczną formułą, oraz uważa, że sprawiedliwie traktowani ludzie tworzą dobre społeczeństwo, a ze sprawiedliwych i dobrych społeczeństw – i tylko z nich – może być zbudowany szczęśliwy i pokojowy świat. O te przekonania spierać się nie będę.

Różnice między prawicą i lewicą są niewielkie i zapewne dlatego obie partie lubią się kłócić. Być może lewica akcentuje bardziej materialne potrzeby człowieka, widząc w ich zaspokojeniu najważniejszą podstawę zachowania przez niego godności i wolności; prawica podkreśla za to ład i ciągłość jako warunki zaufania społecznego, które jest początkiem sprawiedliwych i pokojowych stosunków. Nie znaczy to jednak bynajmniej, że lewica jest z zasady przeciw tradycji, a prawica lekceważy redystrybucję i programy społeczne. Spory dotyczą szczegółów, np. tego, które tradycje należałoby uznać za anachroniczne i złe albo tego, czy należyty kształt sprawiedliwości społecznej oraz przebieg dróg do niej prowadzących określone są przez metafizyczne instancje natury ludzkiej i prawa naturalnego (prawica), czy też raczej przez historycznie ukształtowane stosunki klas społecznych i wynikające z nich różnice w dostępie do wykształcenia i konsumpcji. Być może z punktu widzenia „lewicowca” „prawicowiec” jest zacofany i dogmatyczny, nie dostrzegając całej niesprawiedliwości, jaką konserwuje hołubiona przez niego tradycja. Być może z punktu widzenia „prawicowca” „lewicowiec” jest człowiekiem dobrej woli, lecz pozbawionym łaski wiary w świętość pewnych instytucji i praw. Nie zamierzam jednak wdawać się w te animozje, bo są marginalne wobec wspólnego obu partiom fałszywego i niemoralnego przekonania, że skoro cechuje je słuszne rozeznanie i dobra wola, to uzyskują tym samym niezbywalne moralne uprawnienie do wywierania wpływu na innych. Chciałbym zająć się właśnie tym: ową ochotą na wywieranie wpływu, faktem, że lewica i prawica uważają się pospołu za moralnie uprawnione do wykonywania władzy po prostu dlatego, że mają dobrą wolę i mają rację. Używać argumentów, zwłaszcza argumentów moralnych i mieć dobrą wolę – czyż trzeba czegoś więcej, żeby sięgać po władzę i stanowić prawa?

Nie zaprzeczam, iż podobne do moich „manifestów” głosy w obronie sprawiedliwości i pokoju wypływają właśnie z dobrej woli. Że surowość sądów poparta jest wysokimi wymaganiami stawianymi przez zwolenników lewicy i prawicy sobie samym. Czy jednak mogą oni z ręką na sercu przyznać, że nie ma w nich ani grama złej woli – jakichś uprzedzeń, apodyktyczności nieznoszącej sprzeciwu, pewnej powierzchowności i niecierpliwości w osądzaniu innych? I czy mogą zawarantować sobie i nam, że zdobywszy władzę będą nadal czyści i kompetentni?

Wspólną cechą obu manifestów jest ich zaskakująco prędka konkluzywność. Oba nadają się na zachętę i uzasadnienie pewnych radykalnych działań legislacyjnych i politycznych. Oba przecież wyrażają pewną polityczną rację. Wydaje się na pierwzy rzut oka, że prawdy lewicy i prawicy upoważniają do tego, by w imię wyższych celów (społecznych, narodowych, a nawet metafizycznych – gdyby ktoś wierzył np. w „sprawiedliwość dziejową”) nastawać na czyjąś własność, ograniczać swobodę produkcji i handlu, nakładać rozmaite ograniczenia na stosunki pracy, a nawet formułować obowiązkowe programy wychowania i kształtowania postaw młodzieży. Pod jakimi wszakże warunkami takie upoważnienie może być naprawdę skuteczne, czyli moralnie akceptowalne? Pod jakimi warunkami więc może być moralnie uzasadnione, by brać władzę i bardzo, bardzo wiele zmieniać w życiu ludzi poprzez tej władzy wykonywanie? Pierwszym warunkiem jest oczywiście prawdziwość przekonań politycznych. Lewica i prawica chciałaby, żeby na tym warunku poprzestać. Wystarczyłoby wtedy wykazać, że ma się rację, by ruszać po władzę w poczuciu dobrego prawa. A rację wykazać nie trudno. Któż zaprzeczy, że wiele jest biedy, że woda brudna, dzieci głodne, korporacje bezwzględne, a wspólnoty słabe? Do tego rozwody, samobójstwa i HIV. I kto zaprzeczy, że dobrze byłoby, gdyby młodzież była dobrze wychowana, patriotyczna, tolerancyjna, współczująca i wolna od uprzedzeń rasowych? Lepiej już z góry na to wszystko się zgodzić i przyznać rację lewicy i prawicy we wszystkich sprawach. Problematyczne, moralnie problematyczne jest dopiero przejście od porządku mówienia o faktach i sposobach ich odmiany do porządku roszczeń do władzy. Chodzi o zasadę „cel uświęca środki”. Ale także o coś więcej. Jeśli od czasów Hume’a pamiętamy, że ze zdań o faktach nie wynikają zdania o powinnościach, to wypada pamiętać również o drugim piętrze tej reguły: ze zdań o powinnościach nie wynikają zdania o uprawnieniach do władzy dla tych, którzy są zobowiązani powinności te realizować. Jeśli już, to wynikanie jest inne (przynajmniej w myśl klasycznej etyki): z faktu, że człowiek ma powinności wynika, że musi być uszanowana jego wolność jako warunek możliwości realizowania tych powinności.

I właśnie w tym kontekście pojawia się drugi warunek, niezbędny, by sprawowanie silnej i apodyktycznej władzy w imię słusznych celów społecznych było moralnie godziwe. Tym warunkiem jest upoważnienie. Dostępne dziś upoważnienie polityczne polega zaś na demokratycznej delegacji, będącej jednocześnie reprezentacją. Pytam wobec tego: ile uprawnień władzy może zmieścić się w takiej formule? Czy wywieranie radykalnego wpływu na poglądy obywateli (np. uspołecznianie ich albo wychowywanie w poszanowaniu wyższych wartości, krzewienie wśród nich ducha tolerancji itd.) może tu wchodzić w grę? A kimże jest ów funkcjonariusz partyjny lewicy czy prawicy, żeby aż tyle miał prerogatyw? Żeby kształtował moje dziecko, niczym własne? I to nawet, jeśli ma rację... Bo chyba, przyznacie sami, nie wystarczy mieć rację, żeby mieć prawo...

A może ów demokratyczny mandat legalnej władzy obejmuje prawo zabierania obywatelowi pieniędzy w celu zapewnienia jakichś dóbr innemu obywatelowi, nawet jeśli ten pierwszy tego sobie żadną miarą nie życzy? W imię czego? Po prostu w imię tego, że ma się rację? Cóż, jeśli reprezentant całego społeczeństwa zwraca się do jednej jego połowy z żądaniem wypłat na rzecz drugiej połowy, to niezależnie od swych racji z pewnością nie pełni dobrze mandatu reprezentanta, a co najwyżej delegata owej drugiej połowy. I nadal może mieć rację... I siłę... Tylko że nie będzie miał moralnego prawa... Bo polityk demokratyczny nie dostaje żadnego mandatu na czynienie sprawiedliwości społecznej (cokolwiek to znaczy) przemocą (jeśli to w ogóle jest możliwe, by czynić sprawiedliwość środkami przymusu). Wśród praw mniejszości, ba, wśród praw jednostki, jest bowiem i to, by nie poświęcano jej wolności i jej własności na rzecz dobrostanu innych. Po prostu demokracja, ani jako pewien kontrakt społeczny, ani jako instytucja moralna, nie obejmuje tak daleko posuniętego zrzeczenia się suwerenności na rzecz rządzących. W gruncie rzeczy demokracja w ogóle raczej zabezpiecza przed władczością (nawet mającego rację) rządu, niż daje mandat na wykonywanie władzy. Demokracja dopuszcza wprawdzie samoograniczenie demokracji, ale z pewnością bardzo niewielkie, warunkowe i odwoływalne; inaczej nie byłaby demokracją.

Co więcej, do istoty demokracji należy pozostawienie nam prawa do nieangażowania się, a więc do zachowania postawy politycznie biernej, żeby nie powiedzieć – egoistycznej. Święty spokój, wolność od ideowości (choćby najsłuszniejszej), od jakiejkolwiek indoktrynacji to właśnie ta negatywna wartość polityczna, której całkowicie pozytywnie (a więc w kategoriach działania: celów i środków) myśląca lewica i prawica po prostu nie dostrzegają. Jeszcze raz więc pytam: kto wam dał prawo nas wychowywać, kształtować, nawet jak najsłuszniej? Kimże jesteście, panowie funkcjonariusze partii prawicowych i lewicowych (nawet wybrani w wyborach – bo w końcu na kogoś trzeba było głosować!), żeby zawracać nam głowę swoimi celami i programami, nawet jeśli macie rację? Chcecie nas uszczęśliwiać i zbawiać na siłę? Lepiej wiecie od nas, co jest dla nas dobre? Może i tak, ale moje życie jest po prostu moje. I w tym życiu ja mogę nie chcieć być altruistą, mogę nie chcieć być tolerancyjny, niepalący, i w ogóle mogę nie być „do przodu”. Mogę nie chcieć być miłosierny i szczodry. Nie chcieć – rozumieć to wyrażenie? Mogę nie chcieć, czyli wolno mi – rozumienie to wyrażenie? I więcej jeszcze – ja mogę lubić to, że nie wszystkich lubię i nie ze wszystkimi się solidaryzuję. Mogę woleć swoich od obcych i w ogóle nie mieć dobrej woli w stosunku do wielu ludzi. Mogę nawet marzyć o zwycięstwie „naszych” nad innymi. Mogę chcieć, by „moi” czy „nasi” innych zdominowali. Mogę nie pragnąć szczęścia ludzkości, na takich warunkach, że innym też będzie równi dobrze jak nam. Mogę nie ufać żadnej władzy i nie wierzyć w dobrą wolę innych w stosunku do „moich”. To wszystko jest być może mało szlachetne, ale fakt, że wy chcecie szlachetnie, że wasze intencje są dobre, nie odbiera mi moich praw, a wam nie daje żadnych praw moralnych do rządzenia mną i moim życiem. Jestem tylko waszym sąsiadem i mogę żądać od was, byście pilnowali swojego nosa, jako i ja pilnuję swego. I tego żądam.

Sytuację zaciemnia i sumienia lewicowców i prawicowców koi nie tylko prostota i oczywistość zła, które piętnują, ale również fakt, że ich intencje i motywacje w istocie są natury moralnej. I nie chodzi tu wyłącznie o fakt, że głoszą swe poglądy w dobrej wierze, ale także o to, że powołują się (szczerze) na własne cnoty: na współczucie, życzliwość, umiłowanie pokoju. Wykazując się tymi cnotami, żądają od innych, by także je w sobie budowali i dalej krzewili. Jednak pozycja moralisty jest czymś zupełnie innym niż pozycja polityka i prawodawcy wykonującego mandat demokratyczny. Żeby to pojąć, trzeba mieć inny zestaw cnót, których prawicy i lewicy brakuje: powściągliwość, skromność, niedowierzanie sobie, a wreszcie ów szlachetny, z umiłowania wolności wynikający lęk przed wywieraniem wpływu. Pycha lewicy i prawicy, owa duma z posiadania dobrej woli i moralnych argumentów, prowadzi do charakterystycznej monopolizacji współczucia. Skoro my jesteśmy miłosierni czy solidarni, otwarci, tolerancyjni i współczucjący, to inni, którzy nie są z nami, zapewne są nieczuli, egoistyczni i uprzedzeni. Bo czy inaczej nie trzymaliby z nami?

Otóż my, ludzie trzeci, zwani czasem liberałami (w ustach jednych to pochwała, u innych wyrzut) również potrafimy współczuć, łożyć na cele charytatywne itp. I my cenimy więź wspólnotową, piękne i święte tradycje, a za to nie lubimy cynicznych wyzyskiwaczy i wszechobecnego „konsumpcjonizmu”. Nie wynika stąd jednak dla nas, byśmy przyznawali sobie lub innym prawo do rekompensowana ewentualnych niedostatków naszych odruchów miłosierdzia przez tworzenie potężnego systemu praw socjalnych, za cenę osłabiania gospodarki wysokimi podatkami i kosztami pracy, przywilejami związków zawodowych itp. Tym bardziej sobie tego nie życzymy, że jesteśmy demokratami, a demokracja jest niemożliwa w państwie mającym ogromne środki finansowe i prawne (ustawodawstwo socjalne) pozwalające kupować głosy beneficjentów przywilejów socjalnych w drodze partyjnych licytacji obietnic ich powiększenia. Co więcej, nie sądzimy, by często zdarzało się, by państwo socjalne popierali ci, którzy mieliby je finansować. Że ma zaś poparcie u swych beneficjentów, to fakt trywialny i bynajmniej nie wynika z niego nasze moralne zobowiązanie do zgody na taki system. Tym samym, państwo rządzone przez lewicę lub prawicę, państwo socjalno-wychowawcze, tworzy antagonizm pomiędzy tymi, którzy je utrzymują, będąc jednocześnie jego domniemanymi wieczystmi wrogami właśnie dlatego, że mają z czego państwu oddać (bo z jakichś przypadkowych powodów mają się lepiej od innych), a tymi, którzy per saldo więcej od państwa biorą niż mu dają. Dzielenie ludzi na płatników netto i beneficjentów państwa bynajmniej nie godzi się z prawicowo-lewicową ideą solidarności, ale to właśnie te ideologie wymuszają myślenie w takich kategoriach.

Poglądy lewicy i prawicy znane są od starożytności. Archetypicznym tekstem jest tu potępienie „lichwy” przez Arystotelesa w trzecim rozdziale pierwszej księgi Polityki, poświęconym, jak się wyraził autor, „niepotrzebnej sztuce zarabiania pieniędzy”. Ziemiańska idea, że podstawą dobrostanu jest umiarkowane, lecz zadbane gospodarstwo, a szczęście polega na zgodnym pożyciu w gospodarzącej na folwarku rodzinie, przenika myślenie zarówno lewicy, jak i prawicy. Platon i Arystyoteles sądzili, że własność jest czymś względnym i plastycznym. Ten pierwszy w ogólności uważał bogactwo za podejrzane, a ten drugi chwalił ustroje własnościowe przypominające niektóre izraelskie kibuce albo kołchozy. Obaj zaś uważali spekulacje finansowe za zajęcie chciwca i nieroba, co skrzętnie podchwyciła katolicka filozofia społeczna, posuwająca się nawet do określenia bogactwa jako grabieży (Tomasz). Dlatego Grecy woleli, żeby niecną lichwą zajmowali się nie ich ziomkowie, lecz mniej boscy Fenicjnie, a chrześcijanie woleli widzieć w tej roli nie swoich współwyznawców, lecz wiadomo kogo. Te antyrynkowe indiosynkrazje, skutecznie hamujące rozwój gospodarki aż do późnego średniowiecza dość gładko przejęły antyliberalne doktry nowożytne, z socjalizmem na czele. Dziś więc depozytariuszami pradawnych przesądów gospodarczych są pospołu przedstawiciele prawicy i lewicy. Uzasadniwszy moralnie swoje prawa do wywierania wpływu, czyli do silnego rządu krzewiącego sprawiedliwość, politycy tych formacji bardzo chętnie sięgają do owej tradycji, jakże usłużnej wobec zamiarów prowadzenia „polityki gospodarczej i społecznej” za cudze pieniądze.

Dziś już jednak nikt nie ma wątpliwości, że kredyt jest czymś dobrym. Nikt też nie uważa bankiera za kombinatora. A jednak nadal pokutuje przekonanie, że własność nie jest czymś, czego nie można komuś zabrać (mnie się wydaje, że własność jest z definicji tym właśnie!), lecz, przeciwnie, czymś, co w zasadzie można komuś zabrać, zwłaszcza wedy, gdy ktoś inny posiada za mało. Dla takich ludzi sprawa ochrony własności podporządkowana jest sprawie „polityki społecznej”. Zarówno prawo gospodarcze, jak i prawo demokratycze jest w ich rozumieniu narzędziem, którym należy posługiwać się dla osiągania zamierzanych celów społecznych. Tymczasem przecież nasze uprawnienia, a w tym nasze prawo do wolnego dysponowania własnością albo zawierania umów cywilnych, jest właśnie naszym prawem, nie czyimś instrumentem działania. Jeli staje się tym drugim – przestaje być realnym prawem. A ja twierdzę, że prawo do własności jednak istnieje i obowiązuje prawodawców, którym przeto nie wolno go łamać swymi ustawami. Jest ono prawem, a nie instrumentem „polityki społecznej”. Twierdzenie przeciwne uważam za głęboko niemoralne, zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszy mu szanataż moralno-emocjonalny, w potaci oskarżeń o egoizm i brak solidarności z biednymi. I wcale nie znaczy to, że nie widzę antagonizmu między wartością jaką jest szacunek dla własności a równością i wolnością, której warunkiem jest pewne zabezpieczenie materialne. Twierdzę tylko, że antagonizmu tego nie da się usunąć po prostu przez zadawanie gwałtu – poświęcenie jednej wartości na rzecz drugiej.

Wreszcie prawica i lewica razem odznaczają się osobliwym optymizmem epistemologicznym, żeby nie powiedzieć filozoficzną pychą. I jedna, i druga partia bowiem uważa, że jej przekonania metafizyczne są tak oczywste i niepodważalne, iż dają podstawę do wymuszania na innych posłuszeństwa wobec prawnych i praktycznych konsekwencji tychże przekonań. Oto prawica na przykład uważa często, za Arystotelesem i scholastyką, że w bytach, w tym również w człowieku, tkwią ich natury (istoty). Wedle tych istot byty działają, a takie działanie zgodne z naturą jest dla nich dobre. Jeśli zaś działanie nie zgadza się z naturą danej rzeczy, to prowadzi do jej zguby. Istoty rzeczy nie tylko istnieją, ale w dodatku są pewnym stopniu poznawale, i to apodyktycznie. Dlatego możemy wiedzieć, na przykład, że człowiek jest z natury heteroseksualny, i tym samym wiedzieć, że homoseksualizm ściąga na niego nieszczęście. Nie znam nikogo poza filozofami katolickimi i garstką fenomenologów, którzy świadomie wyznają pogląd o istnieniu i poznawalności natur (istot), znam zaś wielu, którzy bardziej czy mniej świadomie podążając za tą dominikańską doktryną uważają za oczywiście prawdziwe oparte na niej restrykcje społeczne i ograniczenia prawne. Jak można tak nahalnie narzucać całemu społeczeństwu jakiekolwiek przekonania metafizyczne, zwłaszcza tak bardzo anachroniczne! Gdzie jakaś skromność umysłowa, jakaś powściągliwość!

To samo można powiedzieć o lewicy. I ona wierzy w metafizyczne osobliwości, w rodzaju „dziejów”, „procesów dziejowych”, a nawet „dziejowej konieczności” i „dziejowej sprawiedliwości”. Wierzy też, za Heglem, w jakąś wyższą formę moralności, zwaną „etycznością” (Sittlichkeit), na podstawie której wolno państwu czynić różne rzeczy niedopuszczalne w ciasnej perspektywnie zwykłej moralności (wypada tu dodać: „mieszczańskiej”). Nie zamierzam podważać tych przekonań, jakkolwiek heglowska teoria etyczności zakrawa na „podwójną moralność”. Pragnę jedynie podkreślić, że ingerowanie w cudze życie, i to w skali masowej, politycznej, po prostu dlatego, że uważa się tego rodzaju teorie za prawdziwe, jest intelektualną bezczelnością.

Podsumowując: 1. Prawica i lewica niewiele się od siebie różnią. 2. Obie formacje nieskromnie powołują się własną dobrą wolę i cnoty, rzucając fałszywe podejrzenie na innych, iż brakuje im podobnych kwalifikacji moralnych. 3. Obie formacje uważają, że ich cnoty oraz diagnoza zła, jakie panuje w świecie, a także szlachetne wyobrażenie jego przeciwieństwa (świata sprawiedliwego i pokojowego) dają im moralne prawo do sprawowania silnego rządu, ingerującego mocno w działalność gospodarczą oraz w wychowanie młodzieży. Wierzą ponadto, bez żadnego po temu uzasadnienia, że ich funkcjonariusze będą mieli tak wyjątkowe kwalifikacje moralne i fachowe, iż można im będzie bez obaw powierzyć wielką władzę nad ludźmi. 4. Obie partie chętnie sięgają do anachronicznych doktryn, metafizycznych i gospodarczych, jeśli tylko uzasadniają one ich roszczenia do silnej władzy. 5. Lewica i prawica odznaczają się pychą, uzurpując sobie władzę, w zakresie, na który z zasady nie można uzyskać demokratycznego mandatu, wywyższając się moralnie, wymuszając na innych posłuch dla wątpliwych doktryn metafizycznych, przejawiając gotowość do naruszania praw obywateli do własności i innych swobód, a wreszcie czyniąc z prawa oraz zasad demokracji narzędzia realizowania celów ideologicznych, czyli narzędzia tzw. polityki społecznej.

Oto dziś doczekaliśmy się w Polsce prawicowo-lewicowego państwa socjalno-wychowawczego, prawicowo-lewicowej syntezy. Władza znalazła się w rękach takich, co to myślą, że skoro mają dziejową misję, przyświecają im słuszne wartości, a więc mają rację i dobrą wolę, program i społeczne poparcie, wyrażone w wyborach, to mogą nam gospodarzyć, niczym greccy królikowie w swych państewkach-folwarkach. Mogą nas wychowywać, karcić i nagradzać, okazywać ojcowską troskę i ojcowską surowość, gdy zgrzeszymy. Zupełnie jak tow. Gierek. To władza troski i autorytetu, władza pastoralna – infantylny anachronizm w świecie, którego złożoność i różnorodność tak bardzo odbiega od stosunków starożytnych i średniowiecznych, kiedy praktykowano taki model rządzenia, jak odrzutowiec odbiega od wozu drabiniastego. Jakaż to naiwność wierzyć dziś w autorytarne rządy „wartości i dobrej woli”. I jaka pycha w przypuszczeniu, że „nasi ludzie”, ludzie tej władzy, będą lepsi, bardziej ideowi i mniej zepsuci niż ich poprzednicy i następcy. Dla takiej władzy wszystko, całe państwo, staje się narzędziem w czynieniu przez nią dobra. Władza jest wszakże dla dobra, więc i prawo musi być dla władzy, a nie władza dla prawa. Również demokracja jest dobra, dopóki służy dobru, przeto musi być jej akurat tyle, ile trzeba, by była efektywnym narzędziem wspierania celów społecznych i politycznych. Ponad prawem, które jest przecież tylko narzędziem (czyż nie jest prawdą, że przepisy są dla ludzi, a nie ludzie dla przepisów?) stoi partia i jej rząd, prawa te dowolnie zmieniający w razie potrzeby, ale również lud, którego opinia, dająca się dziś precyzyjnie poznać dzięki sondażom, może zostać w każdej chwili zadekretowana przez władzę, jeśli zostanie uznana za korzystną dla zachowania słusznego przecież i ze wszech miar na utrwalenie zasługującego rządu. W takim to kraju dziś żyjemy. Cieszymy się rządem, który nie odróżnia kiczowatego dyskursu metafizyczno-aksjologicznego, skrojonego wedle telewizyjnej propagandowej sztancy od prawno-politycznego dyskursu instytucjonalnego. Nasze życie polityczne zapada się dziś w infantylny kicz, błogostan propagandowego przytępienia, jakiego nie oglądaliśmy tu od pierwszej połowy lat siedemdziesiątych.

Takie są skutki kohabitacji intelektualnej i emocjonalnej tych dwóch, pozornie bardzo różniących się od siebie stronnictw: lewicy i prawicy. Zawłaszczyły one umysły i zawłaszczyły rządy. Ostatecznie łączą się w politycznej syntezie, którą obserwujemy w wielu krajach, a dziś – jakże wyraziście – również w Polsce. Ale władza taka ma krótkie nogi. Naiwne jest przekonanie, że rządzenie można dziś sprowadzić do połączenia „miłościwego panowania” z cyniczną, sondażową socjotechniką. W swych kalkulacjach ci panowie nie wzięli pod uwagę tego wszyskiego, o czym był mowa wyżej: że ludzie chcą, by dano im spokój, by uszanowano ich prawo do nieuczestniczenia, niesolidaryzowani się, niewyznawania wartości, nieokazywania tego czy tamtego. Władza, która tego nie rozumie, skauje się na to, że będzie naród z czasem coraz bardziej irytować i nudzić, że jej propaganda stawać się będze drętwa i niewiarygodna. Że jej etos i entuzjazm stanie się wkrótce nadętym państwowym rytuałem. Z czasem zostanie już tylko jedno oczekiwanie wobec takiej władzy: że da, że zapłaci. Że „nie rozkradnie wszystkiego” i „zostawi coś dla nas”. Skutków kompromitacji i sposopilitowania życia polityczego w lewicowo-prawicowej Polsce, począwszy od wyzwolenia w roku 1989, nie da się naprawić w ciągu kilku lat. Dziś jednak dochodzimy do apogeum tej godnej pożałowania syntezy. Wierzę jednak, że to jest już to dno, od którego się odbijemy. „Ludzie trzeci”, nieprawicowi i nielewicowi, nie obejmą wprawdzie władzy, ale jest możliwe, że kiedyś władza zacznie się z nimi liczyć. Ludzie trzeci są bowiem większością. To na ogół ci, co nie chodzą na prawicowo-lewicowe wybory. Ich rzecznikami intelektualnymi i politycznymi są zaś ci, którzy pragną, by państwo „dawało spokój”, czyli owi niesławni w tym kraju liberałowie. Czuję się jednym z nich. Mam nadzieję, że dobrze wyjaśniłem, dlaczego.

 

 

Jan Hartman, filozof, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki w Coll. Med. UJ, profesor WSH w Pułtusku, redaktor czasopisma Principia.

jot@ka