Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Arystokracja ducha a poprawność polityczna.

[Opublikowane w Przeglądzie Politycznym nr 60 (2003) jako „Krytyka poprawności”]

Nie ma żartów z amerykańskim systemem liberalnym - drzemią w nim potężne siły represji i potężne siły perswazji. Jeśli usłużył mu swoim intelektem ktoś taki jak John Rawls, to tym bardziej należy się tej formacji poważne potraktowanie przez filozofów. W ubiegłym roku Rawls zmarł, lecz kilka miesięcy wcześniej również przeciwników „liberalizmu” osierocił jeden z tych, którzy również i tego nurtu sprzeciwu nie pozwolą nikomu zbagatelizować: liberał bezcudzysłowowy Robert Nozick. Jestem przekonany, że te dwie wielkie straty amerykańskiej i światowej filozofii przypieczętują schyłek tego typu filozofii politycznej, która koncentruje się na zagadnieniach równości, sprawiedliwości, demokracji oraz pluralizmu kultur i „wizji dobrego życia”. Zniknie wraz z nią także spór o polityczną poprawność, dziś już nawet przez media traktowany z pobłażliwym sarkazmem. Czy w czasach, kiedy en vogue jest obnoszenie się z polityczną niepoprawnością, poważny publicysta może więc jeszcze zajmować się tym tematem? Sądzę, że tak, gdyż jest on wciąż dosyć świeży i nośny na gruncie naszego języka i naszej kultury politycznej. Polska jest jakieś 20 lat cofnięta w stosunku do życia intelektualnego na Zachodzie, i ma to swoje zalety: tu się wolniej trawi idee, wiedząc w dodatku, co z tego w końcu wyjdzie... Mam jednakże również bardziej osobiste powody, by właśnie temat politycznej poprawności uczynić powracającym wątkiem tego skomplikowanego, może nazbyt „symfonicznego” studium mającego bliżej prześledzić jeden z tropów argumentacyjnych zaznaczonych w zamieszczonej tu kilka numerów wcześniej mojej pracy „Nie-nowoczesny liberalizm”. Ten powód to idiosynkrazja. Mój tekst jest bowiem w istocie swej wprawką z fenomenologii politycznej: jest ejdetyką frustracji i idiosynkrazji właśnie. Ejdetyką i autoterapią.

***

„Poprawność polityczna” to sarkastyczne określenie zapożyczone z niezręcznego także i w tym punkcie języka amerykańskich liberałów, proponujących rozliczne reformy lingwistyczne w ramach swojego projektu egalitarnego pokoju społecznego, który w związku z tym przyjęło się wśród przeciwników nazywać bardzo nieżyczliwie „ideologią politycznej poprawności”. W istocie nie ma takiej ideologii, lecz tylko wiązka pokrewnych sobie pod pewnymi względami poglądów i stanowisk, dość często współwystępujących ze sobą, ale czasami zaznaczających się tylko wybiórczo. Ogólny nastrój intelektualny i moralny owej w uproszczeniu i zbiorczo tak nazywanej „poprawności politycznej” (PP) jest oportunistyczny, relatywistyczny, skrycie nihilistyczny, z silną nutą samooskarżycielskiej frustracji, tak typowej dla dekadenckiej i alienacyjnej fazy rewolucyjnego utopizmu. Ugrzecznienie a nieraz wręcz gorliwa służalczość wobec wyimaginowanych często pokrzywdzonych („mniejszości”), przyklaskiwanie wszelkim ich obyczajom i poczynaniom, połączone z restrykcyjnością i surowością wobec wszystkich roszczeń dominujących i wyposażonych wciąż w polityczne przewagi grup („białych”, „mieszczan”, „mężczyzn”, „chrześcijan”) do poszanowania ich poczucia słuszności co do preferowanych przez nie wartości i kultywowanych sposobów życia, idzie tu w parze z histerycznym doszukiwaniem się lub co gorsza insynuowaniem nieszczęsnym przedstawicielom owej białej mieszczańskiej większości rasizmu, seksizmu itp. To irytuje, zwłaszcza elity amerykańskie, bo właśnie w amerykańskim życiu publicznym i w amerykańskim systemie edukacyjnym ta nowa „liberalna kultura politycznej poprawności” najpełniej się zaznacza. Wspiera ją z różnych powodów wiele organizacji i instytucji tzw. społeczeństwa obywatelskiego oraz związany z nim kapitał. Wspiera ją również dość silnie państwo, jako że przynosi ona pewne oczywiste korzyści w wieloetnicznym społeczeństwie, w którym nietrudno o zatargi, a każde nieostrożne słowo może wywołać agresywną reakcję. Właśnie ten walor rekoncyliacyjny PP spowodował jej import do Europy, w szczególności do krajów, gdzie zamieszkują rozmaite i liczne wspólnoty emigranckie. Złość, jaką wywołuje to na naszym kontynencie, zwłaszcza w kręgach konserwatywnie myślącej inteligencji, jest ogromna i tym większa, że podsycona frustracją wynikającą z faktu, że tak liczni reprezentanci środowisk akademickich (a najwięcej w Anglii i w Niemczech) dość karnie podporządkowali się wymogom PP.

Świadectwem tej złości jest pełen pasji artykuł Agnieszki Kołakowskiej w poprzednim numerze Przeglądu Politycznego. Bardzo sympatyzuję z jego ogólnym nastrojem, podzielając wstręt do rozmaitych zjawisk, jakie zebrano tam pod szyldem politycznej poprawności. Co do szczegółów, to miałbym rozmaite wątpliwości, zwłaszcza widząc w tym tekście pewien nadmiar emfazy, a także stwierdzając kilka zbyt daleko idących uproszczeń. To jednak właśnie ten artykuł pobudził mnie do myślenia na serio o naszej polskiej scenie publicznej jako obszarze roszczeń i realnego panowania pewnej, temu krajowi właściwej, formy poprawności politycznej. Takie widzenie swojego kraju jest z pewnością objawem jakiejś frustracji. Ale jeśli frustracje są uzasadnione, to przyjmowanie frustracyjnej retoryki, zwłaszcza jeśli ma się pod kontrolą swój stan ducha, może być twórcze i prowadzić do trafnych i celnie sformułowanych diagnoz. Dlatego w niniejszej rozprawce pójdę tym tropem, jakkolwiek tam, gdzie będzie mowa o Polsce, pojęcie „poprawności politycznej” będę rozumiał najogólniej i najdosłowniej zarazem: jako ogół przekonań (wraz z towarzyszącą im aurą lingwistyczną i emocjonalną), co do których panuje w danym kraju zgoda, że charakteryzują one światłego obywatela, człowieka roztropnego i dobrze wychowanego, odpowiedzialnego i zasługującego na publiczne zaufanie. Definicja ta jest bardzo pojemna i obejmuje rzecz jasna PP w znaczeniu owego typowo amerykańskiego kompleksu ideologiczno-lingwistycznego na równi z każdą inną wersją zabarwionego lokalnym kolorytem filisterstwa. W Polsce obserwujemy wprawdzie pierwsze zwiastuny liberalnego populizmu w stylu amerykańskim, są one jednakże na tyle jeszcze nieznaczne, iż mówiąc o rodzimej PP, będę trzymał się tej swojej szerokiej definicji.

W pierwszej części tej pracy zarysuję krótko swój pogląd na duchową genealogię zjawiska amerykańskiej PP, które jest przecież klinicznym przypadkiem działania sił resentymentu. Będzie mi to potrzebne do naświetlenia resentymentalnego doświadczenia alienacji, doświadczenia atomalnego i egologicznego, wokół którego osnuty będzie dalszy mój wywód. Chciałbym bowiem zrekonstruawać pozycję duchową polskiego intelektualisty w jego lokalnym krajobrazie politycznym i wykazać, że szansą na odzyskanie poczucia własnej rzeczywistości tej istoty wyalienowanej i wypędzonej z każdej określoności społecznej (klasowej, instytucjonalnej, funkcjonalnej) jest żywe i bezpośrednie zaangażowanie na rzecz swego materialnego i społecznego interesu. Aby to egoistyczne zaangażowanie usprawiedliwić nie wystarczy być liberałem, realistą politycznym, naturalistą czy zwykłym cynikiem, lecz konieczne jest przeformułowanie racji, dla których jest się liberałem, sprowadzenie ich z poziomu metateoretycznych figur intelektualnych do poziomu przedmiotowej i wprost uzasadnianej afirmacji własnych zdobyczy kulturowych jako wyższych i przeważających nad tymi formacjami, które jej są wrogie. Aby to prymordialne czy wręcz prymitywne ugruntowanie liberalizmu (liberalizmu, który zwę wobec tego „bezpośrednim”) stało się możliwe, trzeba sięgnąć dna własnego doświadczenia politycznego, trzeba fenomenologicznie odsłonić swój ostateczny prywatny podmiot polityczny i jego transcendentalną podstawę, aby stąd, niczym z kartezjańskiego cogito, wznieść się na powrót ku perspektywom teoretyzowania publicznego, intersubiektywnego, a więc politycznego.

Z genealogii poprawności politycznej

Polityczna poprawność jest jednym ze skutków populizacji stosunków wolności, czyli - mówiąc po ludzku - częścią ceny płaconej za demokrację. Jej bożkiem jest równość, a mówiąc znów uczenie: jej podłożem jest populistyczne, egalitarystyczne pojęcie sprawiedliwości. W rozumieniu ludowym czy nawet drobnomieszczańskim równość znaczy tyle, co wyrównanie jakichkolwiek realnych niedoborów danej grupy przez specjalne przywileje. Posiadanie praw znaczy posiadanie jakiegoś kawałka władzy dla siebie, wolność zaś znaczy możliwość triumfowania swoich nad jakimiś „onymi” (którzy mają nad nami władzę, czyli nas niewolą), jak również pewien zakres samowoli lub co najmniej prawo kultywowania bez kontroli i bez świadków swej obyczajowości (albo nieobyczajności). Amerykańska PP jest protezą kulturalnych stosunków spreparowaną dla ludzi, którzy są wewnętrznie niezdolni do rozumnego i wolnego współbytu w wolnym i kulturalnym społeczeństwie, którzy w długim procesie natarczywego uspołecznienia przez edukację i propagandę zdolni są co najwyżej do rezygnacji ze swego naturalnego roszczenia „my jesteśmy dobrzy i swoi i wszystko nam się należy” oraz tymczasowego zastąpienia go antagonistycznym pokojem plemion: „wszyscy są absolutnie równi i naszym wspólnym wrogiem będzie tylko ten, kto poważy się w czymkolwiek się wywyższyć lub inaczej podważy nasz rozejm”. Powstrzymywanie się przez ponadczasowy, ludowy ogół od normalnej i zwyczajnej ludziom przemocy okupione jest tu więc przyjęciem napastliwej, wojowniczej formy praworządności, czyli praworządności agonistycznej. Bo też tylko takie stosunki „normalna ludzkość”, plemienna i niewykształcona, zna i może uznać za swoje prawo. Działa więc tutaj odwieczna zasada resentymentu i zwykła logika konfliktu. Mamyż liczyć na nową ludzkość, wolną od takich czy innych postaci tej społecznej fizjologii? Próżna i naiwna byłaby to nadzieja. Zachód może oddać się po dobroci albo zostanie zgwałcony; oportunistyczna aż do tchórzostwa strategia amerykańskich liberałów czy europejskiej lewicy, polegająca na oddawaniu wszystkim współobecnym po kawałku i w kontrolowanym przez siebie rytmie wszystkiego tego z Zachodu, co trwając z pewną konserwatywną inercją machinalnie przechodziło dotąd na własność kolejnych pokoleń ludzi podobnych (bo białych, bo mieszczan, bo mężczyzn), ma więc w sobie być może pewną dziejową chytrość. Polityczna poprawność jest właśnie, przyznacie, dość sprytna: po to pozwalam ci, „przedstawicielu lub rzeczniku mniejszości”, pilnować, żebym ja był poprawny, abyś ty, ciesząc się przywilejami strażnika, przestrzegał za to pewnego „kodeksu strażnika poprawności” i dlatego mnie nie zabił. Kto tu jest więc panem, a kto niewolnikiem?

Konserwatywne aspekty PP ukazują dialektyczny dynamizm, jaki steruje tym zjawiskiem: to, co plemienne, premodernistyczne i pierwotnie agonistyczne zostaje zniesione w abstrakcji surowej, totalizującej ideologii, którą tak trafnie i malowniczo zobrazowała p. Kołakowska w swoim eseju. Na poziomie teoretycznej świadomości politycznej dialektyka, w którą uwikłane są dyskursywne i społeczne techniki poprawności politycznej, wyraża się w sławnej dwuznaczności terminu „liberalizm”. W obu skrajnych swych pojęciach liberalizm oznacza alienację państwa, zredukowanego do roli strażnika pewnych przywilejów oraz poskromiciela swych wewnętrznych roszczeń do jakiejkolwiek dominacji mogącej zagrozić tym przywilejom. Taki był nasz polski ustrój „szlacheckiej wolności”, ale taki jest też idealny ustrój libertariański (czyli liberalny w jednym ze swych skrajnych znaczeń) i liberalny (w znaczeniu amerykańskim). Ścisły liberalizm w europejskim znaczeniu, posunięty do libertariańskiej skrajności, widzi w państwie wykonawcę usługi publicznej polegającej na strzeżeniu przywileju nieskrępowanej działalności prywatnej (gospodarczej i każdej innej), jakkolwiek ten przywilej podniesiony jest do miary ogólności, czyli postulowany jako równy i powszechny (a więc tym samym zniesiony jako przywilej jednych kosztem drugich). Rozumienie wolności jako przywileju, nawet jeśli ma on mieć postać powszechnych praw ludzkich i równościowych reguł demokratycznych, jest w gruncie rzeczy konserwatywne. Paradoksalnie, liberalizm w tym drugim, amerykańskim znaczeniu, odpowiadającym z grubsza europejskiej socjaldemokracji, wyraża tę samą zasadę i dlatego nosi to samo imię. Idealne państwo liberalne w rozumieniu amerykańskim to bowiem właśnie państwo „politycznie poprawne”, czyli strzegące rozlicznych przywilejów wszystkich tych grup, które nie wyłaniają z siebie spontanicznie tejże ideologii stróżowania przywilejów, czyli nie są krytycznym, nowoczesnym, świadomym swej historycznej odpowiedzialności i win mieszczaństwem. To ostatnie sprawuje swą samoograniczającą się i służebną wobec cudzych przywilejów władzę na tej tylko podstawie, że władzy realnej wyrzeka się. Uchylanie się od realnego władztwa, egzekwowanego przez nakaz i zakaz, dokonuje się przez władztwo wsobne, przez adresowanie nakazów i zakazów w pierwszysm rzędzie i w szczególnie szerokim zakresie do samych funkjonariuszy państwa. Amerykańskie państwo politycznie poprawne sprawuje więc swą władzę w coraz większej mierze drogą negatywną: poprzez aktywność samokontrolną, na którą kieruje coraz więcej swej energii biurokratycznej. Siłą rzeczy, realna władza schodzi niżej, do organów lokalnych oraz do pozapaństwowych instytucji życia publicznego, a w powstających pomimo to lukach we władaniu kwitnie spontaniczna wolność. Odnosząc oczywiste korzyści z systemu poprawności politycznej, korporacje oraz inne organizacje pozapaństwowej sfery publicznej, samorządu i całego tzw. „społeczeństwa obywatelskiego”, system ten popierają i wzmacniają. Paradoksalnie więc, biurokratyzacja poprawności politycznej prowadzi do urzeczywistnienia tzw. zasady pomocniczości, do decentralizacji władzy, a więc do umocnienia pewnych stosunków liberalnych.

Ceną za rozproszenie władztwa i wzrost quantum wolności ogółu nie biorącego mentalnie udziału w mętnej dialektyce ideologicznie motywowanego wyrzeczenia się przez państwo wszelkich ideowych zangażowań jest uniformizacja, formalizacja, a wreszcie wyjałowienie duchowe systemowego i umysłowego centrum państwa. Właśnie to samopoświęcenie amerykańskiego centrum władzy, które wyzbywa się odwagi i arystokratyzmu politycznego myślenia na rzecz zbiurokratyzowanej, urzędowej poprawności kontrdyskryminacyjnego oficjalnego dyskursu i jego letniej, trywialnej retoryki stanowi głębszy dramat amerykańskiej kultury liberalnej, obmawianej słusznie jako „ideologia poprawności politycznej”. Ameryka jest bowiem potężnym państwem, świadomym swej potężnej odpowiedzialności. Mądrość nie-działania tego kolosa, przejawiająca się w swobodnym puszczeniu w ruch mechanizmów populistycznych, takich jak partyjna i medialna technokracja wyborcza, socjotechniczna obsługa publicznych wystąpień władzy albo entropia prawnej substancji państwa i związana z nią anarchiczna wytwórczość symboliczna klasy prawniczej - ta mądrość lub ten bezwład są czymś, wobec czego obywatel Zachodu, pragnący przetrwania swego świata, patrzy i z nadzieją, i z przestrachem: czy oni wiedzą, co robią? Pewnie jednak wiedzą, bo to w końcu Amerykanie, bo to w końcu jest państwo, które umie posłać wojsko. Tak chcemy wierzyć, zwłaszcza my, w Polsce. Gdy jednak fala PP dociera do Europy, to obnaża nihilizm i oportunizm biurokratów, którzy na niej próbują unosić nawy powierzonych sobie państw. Właśnie ta trywializacja i biurokratyzacja PP poróżniła z nią lewicę. Nader kosmopolityczna dotychczas lewica występując dziś przeciwko międzynarodowemu kompleksowi politycznych instytucji demokratycznych, sprzężonych z wielkimi organizacjami finansowymi i gospodarczymi, kompleksowi, który jednoczy wewnętrznie standard dyskursywny i retoryczny PP, ni stąd, ni zowąd zaczęła posługiwać się retoryką antykosmopolityczną („antyglobalistyczną”), a nawet atakować poprawnościową ideologię, tak wiele przecież z lewicowością mającą wspólnego. Lewicowy internacjonalizm braterstwa i rewolucji ujrzał bowiem swą postarzałą twarz w zwierciadle politycznie poprawnej internacjonalnej biurokracji, wywołując egzystencjalny wstrząs u nielicznych starych wiarusów i całkiem sporej gromady ich nowych słuchaczy. Zdrada pokolenia ‘68 wzburzyła więc młode serca późnych wnuków rewolucji i uradowała ich niejasnych jeszcze dla nas manipulatorów. Symbolem tej konwulsji pozostanie już zapewne wtargnięcie wielkiego świata prawdziwych ulicznych zamieszek do na wskroś prowincjonalnego, lewicowego, poprawnego i bezbronnego Goeteborga. Antyglobaliści pokazali poczciwym i niewinnym dotąd mieszkańcom spokojnego Niedźwiedziowa (tak tłumaczy się bowiem nazwa Goeteborg), co to znaczy globalny proces polityczny: jak międzynarodowe ugrzecznione filisterstwo, drżące na samą myśl o jakimkolwiek konflikcie i konieczności zastosowania przemocy, wyłania ze swej politycznej podświadomości brudną szumowinę anarchistycznego lewactwa, w którego zastępach kroczą z kamieniami w rękach własne jego dzieci.

Samoogranicznie i bierność liberalnego państwa poprawności politycznej, przekładające się na biurokratyczną niemoc i małoduszność globalnej polityki Zachodu to (znowu) zjawisko w gruncie rzeczy konserwatywne, bo osadzone w konserwatywnej figurze symbolicznej: rząd strzeże przywilejów, chociaż w zamian za to, że cieszy się swą (negatywną i bierną) władzą, musi zrzec się pewnych istotnych i namacalnych przywilejów; tak czy inaczej władza jeszcze raz okazuje się jednak służbą. Ta ascetyczna, jakże pietystyczna formuła polityczna znana jest zwłaszcza pod sztandarowym hasłem PP: „równość szans”. Oto rząd miast rządzić, pilnuje, na przykład, aby nikomu nie było „na starcie”, czyli w dzieciństwie i młodości, lepiej kosztem innych ani gorzej niż innym. Rząd jako strażnik równości to zdegradowana i nihilistyczna forma pochodna od rządu jako strażnika wolności. Tu dopiero służebność władzy dorównuje swej istocie: zmienia się w służalczość. Gdy wolność i równość znaczą to samo, to również i sprawiedliwość zaczyna być rozumiana jako synonim ich obu. Wszystkie te trzy jakości życia publicznego sprowadzone zostają do jakiegoś niewysławialnego abstraktu, populistycznego analogonu, który ułomnie i bez wdzięku nazywa się właśnie jakąś ogólną publiczną korektnością, jakimś ogólnie pożądanym, choć treściowo nieokreślonym stanem pokoju społecznego, no właśnie: polityczną poprawnością.

W obu znaczeniach „liberalizm” wikła się w paradoksy - wikła się w nie zarówno ten politycznie poprawny (socjaldemokratyczny), jak i ten poprawności politycznej wrogi, sterujący w kierunku libertarianizmu lub otwartego i bezpośredniego konserwatyzmu. Strzeżenie wolności i skuteczne ograniczanie przez państwo swych własnych roszczeń do czynnej i realnej władzy wymaga wszechstronnych i dotkliwych nieraz środków przymusu, czyli obraca się przeciwko samemu zadaniu ochrony wolności, a co więcej rozwija państwo w kierunku ograniczenia rozwoju jego władztwa, co jest bezpośrednią sprzecznością. Dlatego właśnie państwo liberalne nie może opierać się jedynie na zasadzie biernej i negatywnej (jak ochrona swobodnego działania grup obywateli wedle ich przekonań i upodobań oraz imperatyw samoograniczania władzy).

Faktycznie zrealizowanym rozwiązaniem sprzeczności zarówno państwa klasyczno-liberalnego, jak i socjaldemokratycznego (resp. liberalnego w sensie amerykańskim) jest przeto odniesienie jego działalności do pewnej pozytywnej treści ideologicznej, nadbudowanej nad negatywną zasadą wyjściową. Taka jest właśnie podstawa ideologizacji państwa późnonowoczesnego - owa utopistyczna, abstrakcyjna aura, która widoczna i zrozumiała jest wyłącznie dla depozytariuszy kryzysowej i sprzecznej świadomości, czyli dla nowoczesnego mieszczaństwa, potrzebującego samoeksplikacji, a więc dyskursywnego i instytucjonalnego wyrazu tej świadomości. Dla innych, czyli dla „normalnej większości”, ta nadbudowa jest albo zupełnie niewidoczna, albo widoczna jedynie jako obietnica pewnych praw lub przywilejów oraz jako podstawa dla rozmaitych roszczeń. Ideologia „wolności życia prywatnego dla każdego”, „nic nikomu do mojego życia”, „pełnej odpowiedzialności za siebie”, „nienaruszalności własności” itd. pełni analogiczną rolę do ideologii „solidarności społecznej”, „równości szans”, „odpowiedzialności za ziemię i ludzkość”, „społeczeństwa obywatelskiego”, „tolerancji” i „pluralizmu”. W obu przypadkach głosi się prawo jednych (prostych, zwykłych, niewykształconych czy biednych) do bycia sobą i zajmowania się swoimi sprawami (indywidualnie albo zbiorowo, wedle takiej czy innej właściwej im formy życia), na innych zaś (światłych, wykształconych, świadomych czy tylko mających szczęśliwym trafem obywatelstwo bogatego świata) nakłada się obowiązek pokuty i przepojonej „globalnym zatroskaniem” oraz niepokojem sumienia służby dobru tych pierwszych. Tą zasadą kieruje się właśnie polityczna poprawność, nawet jeśli przybiera technokratyczną postać politycznej manipulacji. Jak to w dialektyce: raz górą jest chytrość i oportunistyczne wyczucie tendencji dziejowej, a kiedy indziej płynie się bezwolnie korytem wyznaczonym dla pełnionej przez siebie roli społecznej; w sumie wychodzi na to samo: z intelektualisty albo polityka na powrót w „człowieka” już przepoczwarzyć się nie da.

Zatroskane i biorące odpowiedzialność za całość elity to figura romantyczna. Tylko że dzisiaj jest ona wtórna, mało szczera i pozbawiona pasji. Liberalizm zideologizowany jest dziś prawie tak samo żałosny i beznadziejny jak każda inna ideologia. Dlatego oba, całkowicie przeciwstawne sobie pod względem treści ideologicznej, „liberalizmy” są do siebie w istocie bardzo podobne przez swój wspólny i gody pożałowania los: oba wyrażają niemoc i alienację umysłowości zdominowanej przez sprzeczności modernistycznego myślenia. Jest to dla mnie kolejny argument na rzecz tezy, iż liberalizm musi się wreszcie zdobyć na surową bezpośredniość, tę samą, która daje siłę wszelkim pozytywnie zaangażowanym stanowiskom, które nie chcą chronić różnic, lecz egoistycznie zwyciężać jako jedynie słuszna racja. Jeśli tego nie uczyni, tedy będzie zawsze miotał się pomiędzy tępym, farmerskim negatywizmem i aspołecznością libertariańskiego indywidualizmu a rozmiękczonym masochizmem amerykańsko-liberalnej lub europejsko-socjaldemokratycznej poprawności politycznej. Liberalizm jest dobry, bo domek z ogródkiem i garażem jest lepszy od lepianki i osiołka a księgarnia z tysiącami książek naukowych, esejów i powieści najrozmaitszego rodzaju jest lepsza od szafki z wytartymi modlitewnikami (zwłaszcza, że w tym lepszym świecie nikomu nie zabrania się modlić jak, kiedy i ile chce). Liberalizm jest dobry po prostu: nie dla „sprawiedliwości”, „solidarności”, „poszanowania niezbywalnych praw jednostki” i „demokracji”, lecz dla tego domku, dla tego samochodu, dla tych książek (i ich treści!), dla tego bogactwa w jego całej bezpośredniości. Liberalizm jest też dobry dlatego, że w tym ustroju zaznacza się po raz pierwszy jakaś szansa na to, że mądrzejszym i moralnie wyżej postawionym będzie się żyło lepiej niż głupszym i gorszym (a swoją drogą tylko to godzi się nazywać „sprawiedliwością społeczną”).

I to jest właśnie poprawne politycznie stanowisko! Taką poprawnością pragnę być poprawny z całego serca. To moje credo, wyznanie niedofinansowanego filistra, wkład sfrustrowanego polskiego intelektualisty do duchowości wspólnej Europy. A kto myśli inaczej, ten po prostu nie ma racji. Jeśli ja mam rację, to on nie ma racji - to proste jak dwa i dwa cztery.

 

Między politycznym superego a arystokracją ducha (jest gniew)

Politycznie poprawne globalne superego jest tworem obłym i nijakim, łatwo poddającym się interioryzacji. Dlatego pokusa utożsamienia się z kulturalnym obywatelem jako wzorową figurą przestrzeni publicznej jest duża. Na szczęście w wymiarze Polski pokusa ta jest znacznie słabsza, gdyż rysy kulturalnego człowieka są w naszym kraju tak grube, pospolite i odpychające, że wykształcony człowiek nie łatwo zaprzeda się tu lokalnemu filsterstwu. Jest ono zresztą dość rachityczne i w sumie niezamożne, przez co zwykle nie można by liczyć na uzyskanie dobrej ceny za swój kulturowy produkt, a oni nie mogą liczyć na skaptowanie lepszych Faustów. Pokusa wzrasta jednak, gdy przypadkiem warszawski inteligent dostanie się do kalendarzyka telewizyjnego dziennikarza, poznanego na party albo bedącego przed pięcioma laty jego studentem, co może zaowocować ofertą występów w roli eksperta, wyraziciela poprawnych i zrozumiałych opinii lub koncesjonowanego nonkonformisty. Transakcja z diabłem jest jednakże zwykle znaczenie mniej malownicza. Oto chałtura dydaktyczna bez umiaru po kilku latach czyni z intelektualisty wrak, który poza niedbałym przeglądaniem prac magisterskich i doktorskich nie ma waściwie żadnych innych lektur. Oto żywy umysł młodego uczonego zamienia się w ośrodek dyspozycyjny dla kawałka laboratoryjnego mięsa, kisnącego w ciasnej rutynie kolektywnych i stechnicyzowanych badań. Oto praca dziennikarza lub tłumacza koślawi umysłowość, ograniczając i podporządkowując inteligencję wymogom jednej lub drugiej sztuki. Zajęcia urzędnicze nie inaczej. Nie mówiąc już o pracy w biznesie. Idąc na dno inteligent konwulsyjnie rzuca się czasem na jakiś szlachetniejszy wytwór ducha, lecz coraz trudniej mu go rozpoznać. Codzienność wypełnia mu zarabiające nie-myślenie i zapominające odsuwanie sprawy samego siebie ku mglistemu horyzontowi przyszłości, jakiegoś innego życia a może po prostu śmierci. Chcąc nie chcąc, wchłania w siebie to i owo z publicznie obowiązujących, poprawnych dyskursów, przyzwalając na to, by ich strzępy przepływały przez jego głowę i usta. Z reguły nie zaprzedaje się jak pospolity konformista, lecz po prostu nasiąka otaczającą go drobnomieszczańską atmosferą, kracze jak i one.

Lecz czy tak musi być? I w imię czego? A jeśli nie musi, to w imię czego? Bo co jest najlepsze i najbardziej pożądane dla człowieka wykształconego i kulturalnego? Na co winien sobie zasłużyć i do czego - gdy zasłuży - z determinacją i poczuciem słuszego prawa dążyć? Co należy mu się od bliźnich, gdy zapłaci im już solidną zaliczkę, ucząc ich, tworząc dla nich dzieła kultury, służąc dobrą radą, pielęgnując najlepsze obyczaje i język? Oto należy się szacunek i pewna doza pokory ze strony tych, którzy mogą postawić go sobie za wzór, od których jest lepszy, skoro oni dopiero w najlepszym razie mogliby sobie tylko życzyć, aby oni sami lub ich dzieci były takie. Wykładnikiem i poręką szacunku jest status materialny. Innego niezdwuznacznego, czytelnego znaku, że dana forma życia jest godna nagrody i jest godna wyboru nie ma. Kulturalnym i wykształconym, o ile w pewnym stopniu zasłużą się swą pracą i godnym naśladowania postępowaniem, należy się pieniądz. Pieniądz idąc do lepszych duchem podnosi wartość pieniężnej nagrody, którą otrzymują za swój wysiłek, talent, wytrwałość i odwagę ludzie gospodarujący. Godność i wartość bogactwa w tym właśnie tkwi i wtedy jest w ogóle możliwa, gdy przeciętnie biorąc bogatszymi są lepsi, a lepsi są bogatsi: gdy zamożność jest sygnałem, że dany człowiek jako przedsiębiorca niesie dobrobyt innym, jako wykształcony specjalista podnosi wytwórczość gospodarczą na wyższy poziom i utrzymuje go, a wreszcie, że jako mądry i szlachetny za innych i po trosze dla innych, którzy mądrzy i szlachetni stać się nie mogli, nie chcieli czy nie mieli szczęścia, urzeczywistnia coś, co jest ogólnym i zasadniczym powołaniem rodu ludzkiego. Mądrzejszym i lepszym pieniądz należy się w najpełniejszym znaczeniu tego słowa. Przedsiębiorcy należy się on, jeśli sam to udowodni, to znaczy znajdzie popyt na swój wytwór; najemnemu pracownikowi - gdy uda mu się uczynić swą pracę wartą zapłaty. Mądremu i dobremu pieniądze należą się zaś właśnie dlatego, że jest, że jest dokładnie tym, czym jest. Występuje tu w pewnej mierze stosunek zasługi i nagrody - rozum i cnota zasługują na nagrodę, bo zasługują na szacunek. A jednak nie w tym tkwi istota rzeczy. Zasługa i nagroda wymagają bowiem dla siebie wymiaru, a więc i kogoś, kto zmierzy zasługę i da należną nagrodę. Tymczasem uprawnienie do dobrobytu tych, którzy są lepsi od innych pod tymi względami, jakie stanowią ostateczny telos i bezwzględna wartość inteligentnej ludzkiej socjalizaji, to jest pod względem rozumu i moralności, jest bezpośrednie i naturalne, niezapośredniczone w niczyjej władzy mierzenia zasług i nagradzania. Po prostu uznanie wyższości arystokracji ducha spełnia się spontanicznie w dbałości o jej dobrobyt, a posiadanie owego odruchu dbałości o materialny byt i życiowy komfort najlepszych jest pierwszym przekonującym znakiem, że dany człowiek sam wstąpił na drogę wykształcenia i kultury. Bo jeśli nawet cnota i mądrość są niczym, tylko polorem, patyną i rutyną, a prawdą człowieka są czeluście jego charakteru, nieświadomości, instynktu i wreszcie samego organizmu (a ja zgadzam się w pełni z tym poglądem, kierując się wewnętrzym doświadczeniem, o którym pisałem wyżej), to przecież do tej nicości tego, co zewnętrzne - widzialne, wysłowione, ujęte w prawo - należy też cała sfera ekonomiczna. Jeśli cnota i mądrość jest ledwie naskórkiem człowieka, to nie znaczy, że nie warto za nią płacić - to, czym się płaci, pieniądz, również i w tym samym znaczeniu jest czymś błachym i zewnętrznym, czyli sam w sobie jest marnością. Wprawdzie pieniądzem cnota może wzgradzić. Jednakże cnota gardząca pieniądzem może się utrzymać i odradzać przez przykład i wychowanie tylko w społeczeństwie, które o niej jeszcze w ogóle pamięta. W społeczeństwie, które nigdy nie słyszało nawet o moralności, w którym cnota znaczy hymen a słowo „moralność” tyczy się jeno tego, co i owszem, takiej szansy nie ma. Dlatego to ci, którzy to lekką ręką płacą cudzymi pieniędzmi milionom ofiar „syndromu wyuczonej bezradności”, milionom nieproduktywnych i niewdzięcznych, po stokroć zobowiązani są powstrzymać swą interesowną i tchórzliwą hojność wobec rozzuchwalonej czerni rzucającej w nich kamieniem, bo widzącej w nich, we władzy, (i słusznie!) tylko ladacznicę, a za to skierować jej cząstkę ku jakże nielicznym tym, których dobrobyt jest w interesie wszystkich, a nie tylko ich samych. Ira facit poetam...

W zdrowym społeczeństwie mądry i dobry zwykle domaga się więc pieniędzy, a nie psusje opinii bogactwu wzgardzając nim. Domaga się ich nie jako czegoś, co mu się należy, ani jako zapłaty za pracę, kastowego przywileju czy nagrody za zasługi. Domaga się ich jako dowodu, że jego społeczeństwo jest cywilizowane i wie, kto zasługuje na szacunek. Domaga się pieniędzy tyleż dla siebie i ze względu na siebie, co ze względu na dobre imię swego społeczeństwa, nad którym sprawuje refleksyjną pieczę. Pragnie, by jego ludzie nie okryli się hańbą wzgradziwszy swymi elitami. W poczuciu odpowiedzialności za siebie i świadom swej unikalnej wartości pragnie zamożności i wygodnego życia, aby tę wartość ochronić, nie dać jej zmarnieć w pogoni za środkami utrzymania, w frustracji i demoralizacji, jakie stwarza bieda.

Dom z ogródkiem w cichej dzielnicy, pieniądze na podróże, książki, kawiarnie i teatr, dużo spokoju i czasu na lektury, myślenie i rozmowy, środki na wykształcenie dzieci i zachowanie zdrowia - tego żąda prawdziwie kulturalny i myślący, wykształcony człowiek, mając na uwadze w harmonijnej jedności swój interes i honor swego społeczeństwa. Taniej by to, o taniej wypadło - do mądrości dopłacać niż do areałów nieużytków, tuczu świń, zbędnych hut, wyłudzonych rent! Taniej niż płacić trybuty rozpasaniu, lenistwu i bezczelności. Niż podsypywać gotówki w piece syndykalnych łupieżców, cwaniaczków-demagogów i kryminalnych partyjek-mafijek. Niż opłacać się na lewo i prawo zdemoralizowanym masom wyborców, których wdzięczność za darowany pieniądz i tak będzie żadna, a łaski na pstrym koniu jeżdżą.

Bezpańskie, przeżarte strachem i omdlewające ze słabości państwo, przerzucane jak gorący kartofel od jednej do drugiej populistycznej koterii urzędników, prezesów i partyjnych sekretarzy, „państwo przetargowo-roszczeniowe”, jak to ładnie ktoś ostatnio nazwał, nie tylko oto trwoni przejęte zasoby materialne, ale czyni coś znacznie gorszego: swą kompletną bezideowością i tchórzliwym schlebianiem uzbrojonej w pogardę i nienawiść hołocie, swym haniebnym przyzwoleniem na przemoc, wymuszenie, bezczelność i korupcję wszystkim tym plagom w istocie dopomaga rozprzestrzeniać się w najlepsze. Boć któż będzie przestrzegał praw państwa, które nie zasługuje na szacunek, skoro samo się poniża? Któż nie ukradnie, gdy sądzi, że wszyscy kradną i nikt tego nie tępi ani nie potępi? Któż będzie wdzięczny za otrzymaną z urzędu społeczną jałmużnę, skoro wie, że inni nie lepsi, że i tak każdy orze jak może i w swoją stronę ciągnie, że każdy mądry, jak ma, a jak nie ma to ręke wyciągnie lub ukradnie?

Więc dzisiaj wymawiam wam, panowie ministrowie, swoją pradawną lojalność. Chroniła was rycerska wiara światłych warstw, że spoza waszej małości wyziera majestat niepodległej rzeczypospolitej, która oto wam, niegodnym, chwilowym tylko zrządzeniem, poruczyła sprawy ogółu. Ale dość! Bo gdzieże ten majestat w końcu? W zastępach urzędników, którzy nie kradną? - toż to zwykła sprawa. W mocy ducha wielkich mężów stanu i wybitnych ludzi służby publicznej? Na litość Boską! Ichże jest po dziesięciu w każdym pokoleniu! Więc oddajcie nam państwo i wracajcie na łono gawiedzi, która was wyniosła i której jesteście zaprzedanymi posłańcami! Niech zbudzi się pierwsze dziesięć tysięcy i niech dmuchnie społem na Warszawę, na Kraków, na Gdańsk! Ale spokojnie, spokojnie.

Poprawność mojego kraju

Zdrowe, dobrze urządzone społeczeństwo, w którym hierarchie są czytelne i stanowią jakieś ułomne choćby przybliżenie hierarchii rozumności i cnoty, ma za swą poprawność polityczną coś, czym arystokrata ducha nie musi się wyłącznie brzydzić. Filister tego społeczeństwa zdolny jest zachować jakąś więź z jego mędrcami, a i oni znoszą jego obecność. Rozziewem pomiędzy stanem ducha elit intelektualnych a pospolitymi dyskursami filisterskiej PP można tak samo dobrze mierzyć stan zdrowia danego społeczeństwa, jak stopniem poniżenia lub wywyższenia jego rzeczywistych elit. Przykładając obie te miary do społeczeństwa polskiego otrzymujemy wynik tragiczny.

Rolę elity pełni w Polsce lekarz, który niczego nie czyta, ksiądz, który wszystko już wie, aktoreczka z telewizji rozprawiająca o blaskach i cieniach swego zawodu, stawiacz horoskopów i bliżej nieokreślony „prezes” czegoś. Ludzie subtelnej kultury i uczoności z reguły (choć nie zawsze na szczęście) tkwią w symbiotycznym współbycie z sąsiedzkim ludem na swych blokowiskach, pogodni i szczerze pogodzeni ze swą pozycją. Inni się tak lub inaczej sprzedają, tracąc swój szlachecki tytuł. Jeszcze inni robią swoje, zawzięci i źli na świat, pocieszając się, że jeszcze kiedyś się odkują, gdy zostaną osobiście docenieni lub gdy społeczeństwo się ucywilizuje. Demokracja w brudnych butach wlewa się tłumem do instytucji zastrzeżonych dla subtelnych i mądrych: do uniwersytetów, urzędów, lepszych gazet. Nie masz gdzie się schować, nie masz jak rozpoznać swego. Wszędzie garnitur, wszędzie profesor, mecenas, poseł, minister. W każdym przebraniu i za każdymi drzwiami możesz spotkać dziś chama, łatwo więc możesz sam być z chamem pomylony lub zrównany. Szacunek i prestiż krąży gdzieś między zarządami spółek, filmem i telewizją, mafią, urzędami, biskupimi pałacami i gazetami. Z rzadka zahaczy o uniwersytet, teatr czy chatę poety. Skoro rzeczywiste autorytety tak się właśnie przedstawiają, to w reakcji ugruntowuje się wiara, iż nie liczy się, kto kim jest (ministrem, profersorem, czy „panią sprzątającą)” i ile ma pieniędzy - są to bowiem rzekomo rzeczy przypadkowe, ot, fortuna, która kołem się toczy - lecz to „co ma w środku”. Tak działa resentyment: czego nie mam (pieniędzy, cenzusu, urody), tego mi nie trzeba, to ogłaszam niczym. I każdy przejaw politycznej poprawności jest właśnie jakimś mentalnym i jezykowym zapisem resentymentu, czyli zawiści, frustracji, małoduszności.

Przejdźmy kluczowe sformuowania filisterskiego dyskursu publicznego w Polsce, czyli wykwity naszej siermiężnej, swojskiej poprawności politycznej. Oto kluczowy termin: godne życie. Tłumaczy się on tak: każdemu należy się za to, że nie kradnie i wykonuje jakąś pracę pewna ilość dóbr materialnych, w przybliżeniu odpowiadająca jego aspiracjom i oczekiwaniom, czego miarą jest dobrobyt tych, których przypadek wyniósł do władzy lub własności. Założeniem tego roszczenia jest ponadto przekonanie, że ubóstwo niszczy godność, że nie mieć takiej czy innej rzeczy to poniżenie i jakby odczłowieczenie. Jakże otchłanna, czysta i nieskalana jest bezmoralność ludzi, którzy myślą, że coś im się należy tylko za to, że są, bez związku z zasługami, cnotami czy choćby zyskiem, jaki przynosi ich trud!

Masowa wspólnota „chcących żyć godnie” (chciałoby się rzec „szlachetnych inaczej”) jest wspólnotą solidarności. Wszyscy są w niej równi, nie ma lepszych i gorszych - są tylko okoliczności, które jednych wynoszą (do władzy, pieniędzy, wykształcenia), a innych spychają w dół. Jedni mieli szczęście, inni nie. Jednym dano, a innym nie dano szansy: w dzieciństwie, w szkole, w pracy. Trzeba więc, żeby zapanowała tu wreszcie równość, żeby wszystkim wszystko (to samo dla wszystkich) przychodziło z takim samym wysiłkiem (a raczej tak samo łatwo). Jeśli się uczył - ma dostać promocję; że nie umie, to się nie liczy. Bo że ktoś czegoś nie umie? Cóż, każdy głupi może wziąć książke i się nauczyć. Inny przykład: skoro wszyscy stoją w kolejce, to nikt z niej nie może się oddalić, bo będzie mu lepiej, będzie nierówno. Solidarność tej wspólnoty, tego prawdziwego pospólstwa, jest oparta wyłącznie na resentymentalnej zasadzie negatywnej: nikomu nie może być łatwiej niż innym, jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to należy mu jej udzielić nie dlatego, że tak każe litościwe serce, ale dlatego, że mu się to należy, bo przecież „następnym razem to ja mogę potrzebować pomocy”. Nasza PP celuje zwłaszcza w tym nikczemnym, negatywnym uwspólnotowieniu. Niewinna szczerość tego kompletnego amoralizmu zdumiewa i zadziwia kogoś, kto posiada pojęcia moralne. Oto na przykład dobrzy młodzi ludzie wyrażając masowym pochodem oburzenie z powodu zbrodni dokonanej na ich rówieśniku, nie potrafią w ogóle wyartykułować swych rzetelnych i szlachetnych pobudek. Umieją jedynie wydobyć z siebie przeraźliwy skrzek wspólnotowego egoizmu: „ideę w tym marszu, bo chcę żyć, bo następnym razem to może być któreś z nas”. Polska PP kwituje to gorącą aprobatą.

Wspólnota godnych, solidarnych i równych nie potrzebuje polegać na odruchach uczuć i cnotach swych członków. Oczekują oni od siebie wzajemnie, że będą „ludźmi porządnymi”, czyli obliczalnymi co do swych występków, nie gorszymi od innych. Porządny kłamie wtedy, kiedy inni kłamią, oszukuje na podatkach tak jak inni, wyłudza świadczenia w podobnym stopniu jak inni. Kto próbowałby być szlachetny i niezłomny w cnocie (jakże śmiesznie wciąż brzmi to słowo!), ten dowiódłby, że się wywyższa, a może nawet uzurpował sobie coś zastrzeżonego dla biskupów. Godni, równi i solidarni (amerykański lub rosyjski autor zaproponowałby w tym miejscu akronim: GRS, „gieeresy”) nie mogą dopuścić do tego, by ktoś udzielał im wsparcia ze względu na ich słabość, dramtyczną potrzebę. O nie. Godny nie jest słaby i do słabości przed nikim się nie przyzna. Chce pomocy, gdy jest w potrzebie tylko na podstawie negatywnej zasady solidarności: „gdy ty będziesz w potrzebie, wtenczas i tobie pomogą”. Lepiej brać, bo się należy, niż znosić to odsłonięcie własnej słabości przed jakże obcymi mi przecież moimi współ-godnymi, znosić obnażenie tej rozpaczliwej potrzeby, która pobudza ludzi do odruchu litości. „Precz z litością” mówi gawiedź, a PP filister przytakuje ochoczo. Swoją drogą szkoda, że Nietzsche nie może już zobaczyć tego nowego sposobu, na jaki litość może znowu stać się narzędziem sił resentymentu...

Ale wspólnota GRS nie wyrzeka się wyższych aspiracji. Owszem, ona ma „wartości”. Jest ponadto „tolerancyjna” i „nowoczesna”. Wyrzeka się starych przesądów i otwiera się na nowy świat. Jego żyjącym symbolem jest młodzież. Nabrzmiała egoizmem miłości własnej bezwarunkowa walka o wszystko co najlepsze dla własnych dzieci, bez względu na żadne kryteria i oceny ich rzeczywistych zalet, znajduje w polskiej PP poklask jako dowód zachowania tradycyjnej więzi rodzinnej, a pośrednio jako dowód „przywiązania do wartości”. Tak PP bowiem nazywa moralność: przywiązanie do wartości. Jakby to była kwestia smaku czy jakiegoś zdobiącego duszę sentymentu: te wartości. Żadnych obowiązków i moralnych praw - za to nasze, narodowe, tradycyjne, chrześcijańskie wartości. Nasza religijność, która jest tym bardziej nasza, że mamy naszego papieża, naszą Matkę Boską Królową Polski - to wszystko jest nasze! Nasze wartości, nasze święta: nasza chluba na miarę Kościuszki, oscypka i bigosu. Jaki miły kraj. Skoro więc wartości to kwestia gustu narodowego i tradycji, to ewentualna nieobyczajność może zostać bez żenady zdyskontowana jako „nowoczeność”, „tolerancja” i „otwartość”. Gdyby zaś kto miał wątpliwości, że GRS są osobami duchowo rozbudzonymi, to niech wejrzy w ich w ich świat „cały blady od wzruszeń”, który zachwytami i omdleniami nauczył się ogarniać to, co zwykło być rzeczą myślącego życia wewnętrznego. Niech wejrzy na ten tłum, co ma w sercu papieża miast Boga i co w swej najniewinniejszej idolatrii ubóstwia siebie samego pod postacią swych świętych. Upadek religii w moim kraju boli mnie najbardziej, gdyż wiara jest tym, co ludzie i ludy mają w sobie najgłębszego. Lecz nasza usłużna PP i to ma za nic. I tu uśmiecha się głupkowato, dobrodusznie przytakując: jaka wiara, jaka jedność, jakie zdrowie!

Nasz filister, nasz człowiek oświecony, politycznie poprawny, w niczym nie uchybi gawiedzi, nie wda się w żadną kontrowersję. Nawet gdy występuje w roli „niezależnego eksperta” lub krytyka, jego gęba będzie pełna pokrętnych i śliskich słówek. Nie ma hołoty, chamstwa i dziczy - są ubożsi, bez szans, odtrąceni. Nie ma rynsztoka, tylko nowe wzorce obyczajowe. Nie ma rozzuchwalonego i bezkarnego draństwa, a jedynie patologie społeczne, z którymi trzeba walczyć środkami socjotechniczej interwencji. Moralne potępienie czyniących zło uchodzi za niestosowność i anachronizm. A zresztą „któż dał ci prawo oceniania innych”? Za to nie dość przypominać, że wszystkich trzeba zrozumieć, wszystkim trzeba pomóc, każdemu dać szansę. Zemsta, ba, nawet kara, to pojęcia więcej niż podejrzane. A nienawiść, choćby i skierowana przeciw oczywistemu złu, to grzech w czystej postaci. Prawda zaś ma prawo bytu tylko w formie nieśmiałej sugestii, z całym szacunkiem dla tych, którzy „mają inne zdanie”. Najwyższa mądrość PP brzmi bowiem: „nikt nie ma monopolu na prawdę”. Nic nie liczy się na tyle, by o to bezwzględnie walczyć. Rządzi imperatyw spokoju, kompromisu zawsze i wszędzie. Byle przeżyć, byle się nie narazić. Dlatego PP łaknie jak dżdżu kania roztropnego mędrca, który ukoi pełną skrywanych obaw publiczność mową rotropną, spokojną, taką co to nikogo nie urazi, wszystkim odda sprawiedliwość, a mimo to zło jednak jakoś wysłowi i oswoi, znajdując dla niego jakieś wytłumaczenie. Najlepiej, żeby okazało się, że „tak jest wszędzie”, „tak było zawsze” lub że to my, porządni ludzie, jesteśmy w gruncie rzeczy sami sobie winni, że to nasza mała przywara, którą musimy umieć sobie przeto wybaczyć. Roztropny mówi bowiem zawsze „my”: „jemy zbyt tłusto”, „nie rozmawiamy ze sobą”, „dajemy łapówki”. Roztropność politycznie poprawna nawet jeśli piętnuje zło, to po to, by chwilę później rozgrzeszyć i zwolnić od wszelkiego dalszego działania. Roztropność mówi bowiem, że „należałoby” zrobić to czy tamto. I zaraz dodaje: ale to jest kwestia przemiany cywilizacyjnej, muszą przejść pokolenia, aby to się ziściło, to zadanie szkoły, aby wychowywać młodzież w tym duchu. I co? I nic. Dziękujemy za rozmowę.

Publiczna mądrość, medialna roztropność stała się częścią systemu zakłamania, towarem sprzedawanym przez intelektualistów za żywą gotówkę. Jej odosobnione akty służą, niestety, legitymizacji ogólnie panujących oportunistycznych stosunków. Podobnie jest z udzielaniem prawdy historycznej. Bo cóż ma robić historyk wezwany do publicznego zdania sprawy z prawdy? W polu przeraźliwie zakłamanej i zmitologizowanej świadomości historycznej poprawnego Polaka ustanawia on taką czy inną osobliwość, anomalię polegającą na znajomości pewnej prawdy, jednej z niewielu na tej połaci fantazmatów. Fałszywe wyobrażenia Polaka nabierają dzięki temu jeszcze większej ogólnej wiarygodności, jeszcze chętniej w nie wierzy.

Twierdzę przeto, że indywidualne, interwencyjne akty intelektualnej uczciwości oraz moralnej odwagi nader łatwo dają się przewrotnie wykorzystać w przestrzeni publicznej, służąc legitymizacji czegoś wręcz odwrotnego. Wynika stąd dramatyczna konkluzja, którą chciałbym uczynić finalnym akcentem tego studium, które będąc politycznym, winno prowadzić do wniosków konkretnych i praktycznych. Oto poniżenie i degradacja arystokracji ducha w naszym kraju czyni z niej zakładników politycznie poprawnej infrastruktury ideologicznej i instytucjonalnej społeczeństwa godnych, równych i solidarnych, a to oznacza, że arystokracja ducha obarczona zostaje realną współodpowiedzialnością za niegodziwości tej nihilistyczej, oportunistycznej i amoralnej wspólnoty, która kiedyś może stać się większością polskiego społeczeństwa a już dziś nadaje mu ton. Dlatego walka pierwszych dziesięciu tysięcy o należne sobie prerogatywy i poszanowanie jest kwestią moralnej samoobrony. Tylko silni i solidarni, znający swoją wartość i pewni swego znaczenia członkowie elit mogą odzyskać należny im autorytet i posłuch, a tym samym uniknąć najgorszego losu, który może ich spotkać w cywilizowanym świecie: zaprzedania oportunistom, karierowiczom i miernocie tworzącej sobie społeczny światek politycznej poprawności.

jot@ka