|
Jan Hartman
Erotyczna czasoprzestrzeń rynku
[Marketing w Praktyce 2006]
Słowo „rynek” pochodzi z niemieckiego „Ring”, oznaczającego
koło, okrągły plac. Bardziej z polska miejsce handlu nazywać by należało
majdan. To stare słowo wypadło z rynku języka, lecz jak wszystko, co jest
„retro” może zostać produktywnie wskrzeszone... Dziś chciałbym zastanowić się
właśnie nad stosunkiem procesów ekonomicznych, którymi zajmuje się marketing, a
więc procesów tworzenia towaru, promowania, reklamowania i sprzedawania go, do
czasu i przestrzeni, do przemijania i wskrzeszania minionego, do nowości i
anachronizmu, otwarcia i izolacji. Twierdzę, że zrozumienie tego, jak ruch
ekonomiczny strukturyzuje swój wewnętrzny czas i w jaki sposób zagospodarowuje
swą przestrzeń, wymaga dostrzeżenia w życiu ekonomicznym czegoś więcej niż formy
racjonalnego działania, wymaga potraktowania go jako pewnej formy życia w
ogóle. Życie zaś rządzi się przemożną, powszechną namiętnością,
symbolizowaną przez Erosa. Sądzę, że w wielu przypadkach, gdy sądzimy, że to
nasza „racjonalność zarządcza” i „marketingowy rozum” panuje nad życiem rynku,
ono nie bacząc na ekonomiczną teorię pulsuje spokojnie jak ocean, powtarzając
swoje naturalne manifestacje, których nie pojmiemy dopóty, dopóki nie
przestaniemy myśleć o nim w wąskich kategoriach produktywności i zysku. Rynek
wytwarza swój czas i swoją przestrzeń, wytwarza siebie, a proces ten, ciągły i
powtarzalny w swych rozmaitych przejawach i formach, nie jest żadnym działaniem
„mechanizmu ekonomicznego”. Prawdziwej natury rynku należy poszukiwać tam, gdzie
kończy się skuteczność ekonomicznej racjonalizacji, gdzie dogmatycznie
ekonomiczne wyjaśnienia zjawisk zakrawają na absurd, albo po prostu tam, gdzie
postępowanie świadomych uczestników rynku jest faktycznie kontrzyskowne i
tym samym z ekonomicznego punktu widzenia nieracjonalne.
Zacznijmy od metafory rynku jako okrągłego majdanu. A
właściwie od zwrócenia uwagi na to, że samo słowo „rynek” jest metaforą,
zaczerpniętą z wizji okrągłego placu, na który zjeżdżają się kupcy i rolnicy z
towarami (ze swym „majdanem” w pochodnym znaczeniu) i na którym dokonuje się
transakcji. Na plac można wjechać z różnych stron, a ruch odbywa się na nim
okrężnie, cyrkularnie. Cyrkularny jest też czas tego handlu, wyznaczony rytmem
powtarzających się zdarzeń. Oto na plac powraca się regularnie, najlepiej w to
samo miejsce, co tydzień lub co miesiąc, z takim samym towarem. Krótko mówiąc,
handlem rządzi cyrkulacja i powtarzalność. Obieg fizyczny ludzi i towarów
powtarza i symbolicznie reguluje obieg pieniądza. Ludzka praca, towar i pieniądz
krążą w czasoprzestrzeni rynku, podobnie jak pożywienie i woda w biosferze.
Zastanówmy się nad strukturą tej czasoprzestrzeni rynku.
Ustaliliśmy już, że (etymologicznie przynajmniej) jest okrągła i otwarta
(dostępna). Poza horyzontem rynku znajduje się prywatna przestrzeń
zamieszkiwania i konsumowania wyniesionych z majdanu towarów. To, co koliście (w
porządku czasu) przemija i powraca – jak wóz z towarem powracający co tydzień na
swoje miejsce na majdanie – cyrkuluje też w pewnym wydzielonym (lecz dostępnym z
zewnątrz) okręgu (w porządku przestrzeni). Każda trasa kupca czy komiwojażera
jest pętlą, a jej osobliwymi, zwornikowymi punktami są miejsca załadunku i
wyładunku towarów oraz dokonywania płatności. W pętlę, w zamknięty obieg
czynności handlowych, pętlę, której idealizacją jest właśnie okręg, obładowany
towarem kupiec wstępuje z nadzieją zysku (lecz także po prostu z nawyku
profesji), opuszczając swą przestrzeń prywatną, by wkrótce znów się w nią
wycofać – bez towaru, lecz za to z wyrażalną w walucie obietnicą powrotu
na rynek z nową jego partią. Tam, u siebie w domu, staje się konsumentem, a
konsumując regeneruje siły do pracy i wyczekuje na kolejną turę, kolejną jazdę
na karuzeli rynku.
Jeśli przyrodnicza metafora obiegu materii w biosferze jest
trafna, to w jej świetle ruch ekonomiczny byłby „powtórzeniem natury”, jakby
drugim, naśladowczym życiem, wytworzonym przez człowieka w świecie społecznym.
Możliwa jest jednak również inna metafora – astronomiczna. Wszystkie zjawiska
rynku można rozpisać na cykle powtarzających się działań oraz cyrkulacje osób,
towarów, pracy i pieniądza, a tym samym przedstawić jako strukturę kół, na
podobieństwo systemu planetarnego. Czy te koła są koncentryczne? Czy rynek
ostatecznie wokół czegoś się „kręci”? Wokół czegoś, co nadaje mu wewnętrzną
energię, a jednocześnie nie pozwala się nigdy ostatecznie osiągnąć i
definitywnie znieść jako źródło energii? Czy perpetualność rynku daje się
pojąć jako „pogoń za zyskiem”? A może jako oporządzanie wciąż odnawiających się
„potrzeb”? A może wieczystym źródłem kolistego ruchu rynku jest ludzka
namiętność pracy, przekształcania przyrody i wymieniania się pracy tej
rezultatami?
Starożytni wierzyli, że siłą napędzającą wiecznie cyrkulujący
kosmos jest miłość. Żywe, uduchowione planety, przytwierdzone do krystalicznych
sfer krążą po kołach, zapatrzone w idealny i duchowy absolut. Był on dla nich
celem, nigdy nieosiągalnym, lecz jedynym godnym kontemplacji. Pragnienie
bliskości najwyższego Dobra pchało „gwiazdy błędne” na ich wieczysty tor. Sądzę,
że ten piękny mit odzwierciedla głębszą, preracjonalną naturę wszystkich
wielkich systemów społecznych, a w tym naszej „czasoprzestrzeni rynku”.
Do istoty miłości należy pragnienie, nadzieja, tęsknota i
zazdrość. Rywalizacja, zdobycz i zysk są tylko zewnętrznymi przejawami tego
splotu uczuć zakochanego serca. Jeśli przeto rynek jest w swej metafizycznej
istocie erotyczny, to pogoń za zyskiem i konkurencja musi być tylko
pozorem skrywającym głębszy ruch, czerpiący swą energię z nadziei i tęsknoty
za przedmiotem miłości. Za czymże więc uganiamy się w naszych kolistych
rytuałach produkowania, sprzedawania i kupowania? Skoro założymy, że rynek jest
naprawdę istotną, uniwersalną formą życia społecznego, czymś konstytutywnym dla
samego człowieczeństwa, a nie wyłącznie czymś zewnętrznym i niskim, to będziemy
musieli przyznać, że to, do czego istotnie dążymy produkując towary, sprzedając
je i kupując, to jest coś najważniejszego, czemu nieświadomie (a czasem
może i świadomie) podporządkowujemy nasze życie. W takim razie absolut rynku,
który porusza ku sobie wszystkie jego konstelacje, jest Absolutem po prostu. Być
może to jakieś instynktowne pragnienie czegoś wielkiego, nieskończenie wyższego
od najwyższego nawet zysku powoduje nami, gdy w pocie czoła, z grymasem
pazerności i bólu na twarzy konkurujemy na rynku.
Rozejrzyjmy się po naszym krągłym majdanie, wiedząc już czego
szukamy – przejawów żywego Erosa, podobnych do tych, jakie znamy ze świata
prywatności. Zwróćmy na przykład uwagę na zatoki i mielizny, gdzie trwają
niezmienione, jakby zasuszone, formy anachroniczne. Oto sklepik, który był w tym
miejscu już pięćdziesiąt lat temu i jest wciąż taki sam. Oto zakład wypychania
zwierząt lub wytwórnia peruk, tkwiąca surrealistycznie w środku miasta już
drugie stulecie. Albo zapomniane, skromne opakowanie od herbaty lub ciastek,
którego nie unowocześniono wcale nie dlatego, żeby podkreślić w ten sposób
tradycję marki, lecz po prostu dlatego, że nie było takiej potrzeby. Czy
zjawiska te mają jakiś sens ekonomiczny? Jaki? Może „anachronizm”, może
„nieporadność konkurencyjna”? Przecież to bez sensu. Czy można więc wytłumaczyć
je inaczej niż w kategoriach małżeńskiej wierności (lub inercji), sentymentu i
przyzwyczajenia? Powiadamy, że tutaj „czas stanął w miejscu”. Słusznie, choć
może lepiej powiedzieć „po co zmieniać coś, skoro jest dobrze?” albo, jawnie już
erotycznym tekstem: „szczęśliwi czasu nie liczą”.
A teraz przyjrzyjmy się szaleństwu najbezwzględniejszej
konkurencji, wymuszającej nieustanne dostarczanie na rynek nowych modeli i
innowacji. Oto ubrania zebrane w „kolekcje”, sprzedawane zimą na lato następnego
roku, kosmetyki i towary spożywcze z napisem „new”, znikające z rynku równie
prędko, jak się pojawiły. Czy rozpasanie to ma jakiś sens? Jeśli tak, to właśnie
erotyczny, podobny zawodom konkurentów albo... rozpuście. Chaos wszechobecnych
reklam, dzikiej i efemerycznej działalności handlowej, połacie targowisk tandety
i podróbek, cwaniactwo i nieprofesjonalność – cały ten zgiełk, czyż nie jest
nomen omen targowiskiem próżności, zdominowanym przez niską namiętność
posiadania i nagą żądzę zysku? Na tych gminnych nizinach brak miejsca dla „badań
rynku”, „marketingowych strategii” i „etosu kupieckiego”. Panuje tu tłok i
hałas, szarpanina i zły gust. Fundamentalna namiętność rynku w takich warunkach
sprowadzana jest do wymiaru handlowej prostytucji, której logika bynajmniej nie
jest ekonomiczna, lecz po prostu wszeteczna. Jest to logika pytań: jak upchnąć
tandetę, jak wykorzystać naiwność i pazerność ludzką, jak skutecznie wytworzyć
iluzję, blichtr i pozór wartości naszego nędznego towaru. Rozedrgany chaos tej
prymitywnej namiętności rynku gminnego przypomina ruję i prostytucję. Dlatego
najpełniejszym jego przejawem i przykładem jest dziki i pozbawiony wszelkiej
subtelności handel pornografią, zwłaszcza w sieci. Tu przynajmniej nie ma
wątpliwości, że władzą rynku jest Eros. Jakkolwiek osobliwie daleko mu stąd do
upragnionego Absolutu.
Na drugim krańcu tej erotycznej paraleli, po przeciwnej
stronie majdanu, swe miejsce znajduje luksus i zbytek. Irracjonalnie drogi,
pieniądzem i oszczędnością gardzący rynek towarów-kurtyzan – rynek dla bogatych,
próżnych lub zakochanych w czystym pięknie.
Czasoprzestrzeń rynku jest na wskroś ludzka, a przez to tak
różnorodna, jak różne są manifestacje naszej Namiętności Fundamentalnej, naszego
Erosa. Poruszajmy się w niej, jak po innych sferach świata ludzkiego – ruchem
okrężnym, z wrażliwością konesera spraw miłości. Czyż nie nadszedł już czas na
ów marketing erotyczny?
|