|
Jan Hartman
Stręczenie i frymarczenie. Z erotyki reklamy i handlu
[Tekst ukazał się w Marketingu w praktyce, 9/2004]
Wystąpienie swoje poświęcam przeprowadzeniu paraleli pomiędzy wymianą
ekonomiczną, której częścią jest reklama towaru, a dziedziną erotyki, gdzie
również zachodzi wymiana, a jej napędem jest przymys wyobrażania sobie rozkoszy.
Twierdzę, wbrew iluzjom intelektualnej „kultury marketingowej”, przekonanej, że
reklamowanie i handel jest jakimś połączeniem pierwiastka racjonalnego z
irracjonalnym, że wymiana ekonomiczna kieruje się nie regułami („logiką”), lecz
wtapia się w całokształt nigdy nie poddającego się kontroli życia erotycznego.
Porównuję „stratega reklamy” do naiwnego „stratega zalotów”, który nie wie
jeszcze, że kobiet nie zdobywa się żadnym „sposobem”, tylko sobą. Utożsamienie
życia ekonomicznego z erotycznym prowadzi mnie do wniosku, że jedynym uczciwym
sposobem reklamowania towarów jest wprowadzanie ich w sieć skojarzeń
erotycznych, ale jedynie w ten sposób, żeby nabywca był całkowicie świadomy, że
jest to tylko niewinna gra wyobraźni. Klient jest wolny wtedy, gdy uwalnia się
od iluzji, że dokonuje racjonalnego wyboru towaru, a za to świadomie pozwala
sobie na szaleństwo poddania się iluzji kojarzącej nabycie towaru z sukcesem
erotycznym. Kupując dany towar klienci nagradzają producenta za szacunek, jaki
okazał im w reklamie i przyjemność, jaką im przez nią dostarczył.
Wiemy z doświadczenia, że obejmowanie w posiadanie,
czy będzie to rzecz, osoba czy też pokarm, wymaga wysiłku - fizycznego i
psychicznego. Tylko ścisły przymus może poruszyć nas do tego wysiłku, albo
strach przed zanikiem (śmiercią), albo wreszcie rozkoszne podekscytowanie
wyobraźni.
Produkowanie jest najbardziej męczącą formą brania w
posiadanie. Mianowicie jest braniem tego, co się produkuje, za pośrednictwm
pracy produkowania. Jej monotonia i powtarzalność domaga się relaksu, który
zapewnia dywersyfikacja i wymiana. Towar i pieniądz na równi są w ruchu, ruchu
wywołanym pracą produkowania, obejmowania w posiadanie, pracą brania pod siebie,
Unter-nehmung, entre-prise, enter-prise,
przedsię-brania. Wyprodukowanie towaru, kupno towaru, zamiana na inny towar i
pieniądz, jest każdorazowo odnowieniem rozkosznego aktu wyobraźni, rozbudzeniem
obietnicy rozkoszy, obietnicy, która jest jedyną prawdziwą i uniwersalną walutą
wymiany.
Aby wyprodukowany nadmiar uzyskał wartość musi więc
zostać puszczony w ruch wymiany obietnic rozkoszy. Nie sądźcie Państwo, że
producent jest tu uprzywilejowany w stosunku do potencjalnego nabywcy. Nie
sądźcie, że jest silny prawdą o walorach swego produktu. Że może te realne
walory zaanonsować, powiadomić o nich szerokie kręgi i w rezultacie zasłużyć na
dobrą cenę i wysoką sprzedaż. Nie sądźcie też, że - przeciwnie - towar jest
pustą formą, czystym symbolem, któremu można nadać znaczenie, zależnie od tego,
ile i jakich wyobrażeń i żądz uda się wokół niego skoncentrować. Inaczej mówiąc,
wyrzeknijcie się myślenia, że reklamowanie i sprzedawanie jest jakimś
skojarzeniem czynnika racjonalnego, w postaci informacji o cechach produktu,
oraz irracjonalnego, w postaci zachęty, perswazji, retoryki, która ma rozbudzić
wyobraźnię i w konsekwencji poczucie potrzeby posiadania danego towaru przez
potencjalnego nabywcę. Jeśli tak jakoś myślicie, to znaczy, że ulegacie iluzji,
iż to producent i sprzedawca jest rozgrywającym w grze lub że co najmniej
powinien nim być. Jest to to błąd analogiczny do wyobrażenia małego podrywacza,
który sądzi, że jego sukces zależy od jego rzeczywistych zalet oraz tych, które
potrafi udać. Tymczasem jego sukces zależy od tajemnych i nieprzeniknionych
biografii jego samego i napotkanych kobiet oraz od ukrytych własności ich
organizmów.
Podobnie jest z reklamą i handlem. Nie mają one
żadnej logiki, a raczej mają logikę pozorną, jeszcze lepiej: kierują się logiką
pozoru, pozoru logiki, pozoru możliwości panowania nad procesem wymiany z
udziałem towaru, pieniądza i rozkoszy. Reklama i handel nie mają logiki, ale
mają erotykę. Są erotyką. Teoria wymiany obietnic rozkoszy, towarów, usług i
pieniądza nazywa się ekonomią libidinalną. Stworzyli ją F. Guattari i G. Deleuze
w swej książce pod takim właśnie tyułem.
Towar, podobnie jak własne ciało, jest wystawiany,
nastręczany wymianie. Przez swe ciało, które ma być przez kogoś wzięte, które
jest przeze mnie stręczone komuś, kto obejmując je w posiadanie obiecuje uczynić
je narzędziem mojej rozkoszy, przez swe ciało więc nawiązuję wymianę pracy,
rzeczy, rozkosznych podniet wyobraźni, a może nawet realnej rozkoszy, jakkolwiek
istnienie tej ostatniej jest problematyczne i ciemne. Wszystkie akcesoria
rzeczowe, których nie można przyporządkować pierwszej namiętoności, namiętności
do zachowania życia, można przyporządkować drugiej namiętności, czyli erosowi -
namiętności do wyobrażania sobie rozkoszy. Stroje, ozdoby, legowiska, naczynia,
instrumenty muzyczne, i w ogóle wszystko, co nie jest konieczne do przeżycia, to
fetysze wielkiej wymiany erotycznej. Produkowanie i handel są jej umasowioną i
uporczywie powtarzalną formą. W procesie tym nie ma mocnych. Nie ma cynicznych
strategów, dysponentów władz wyobraźni, iluzjonistów, cwaniaków, jakkolwiek jest
wielu, którym wydaje się, że potrafią taką rolę pełnić. Kto bowiem sądzi, że
trzeba towar dobrze i oryginalnie pokazać, że trzeba wytworzyć wokół niego dobrą
atmosferę, aurę bezpieczeństwa i odprężenia lub że trzeba skojarzyć go z czymś
ekscytującym, ten przypomina owego podrywacza, który myśli, jak dobrze wypaść
przed dziewczyną i wpada na pomysł, że trzeba wypomadować włosy, zapalić świecę
i kupić jedną czerwoną różę. Nieszczęsna obsceniczność tej róży niech będzie
naszym szyderstwem z takiego myślenia o reklamowaniu i handlowaniu.
Zapamiętajmy. Jeśli nawet własne ciało podlega
nastręczeniu, to co dopiero rzecz wyprodukowana przez nas. Wprowadzamy ją do
wymiany, wolnej, nieobliczalnej wymiany, zwanej Freie Markt,
free market, stręczymy ją, czerpiąc pierwszą rozkosz z nadziei, że
zostanie wzięta/kupiona, drugą z objęcia w posiadanie pieniądza, trzecią z
puszczenia go w dalszy ruch. Oczywiście wszystkiemu temu towarzyszy ciężka praca
i niepewność, skutecznie zabijająca, odsuwająca rozkosz. Wspomnijcie, ileż to
trzeba się natrudzić, by uwieść kobietę, by ją posiąść, by ją posiadać dalej, by
wykonać wszystkie skomplikowane czynności rozkoszne. Nie inaczej z produkowaniem
i nastręczeniem towaru, z frymarczeniem i trawieniem owoców tego frymarczenia,
kokieteryjnie zwanych zyskiem.
Czy komuś, kto pyta nas, jak uwieść kobietę będziemy
mówić, że trzeba wyeksponować swoje dobre cechy, zatuszować słabości, okazywać
staranie i szacunek, być troszkę chłopcem, trochę macho, trochę ostoją i
oparciem, a trochę bezbronnym dzieciakiem? Głodne kawałki. Tak można upolować
jedynie tę, która dokładnie w ten sam sposób i kierowana tą samą rozpaczliwą
potrzebą szuka mężczyzny. Jeśli przyjdzie im wykonać wspólnie pracę wzajemnego
nastręczaenia sobie swych cał, to nie dlatego, że dobrze wypełnili zadanie
fachowego podrywu, ale raczej dlatego, że ich naprawdę swędziało i naprawdę
musieli się podrapać. Prawdziwym źródłem erotycznego ruchu wymiany, z udziałem
ciał i rzeczy, jest mroczna konieczność, natręctwo powtarzania aktów wyobrażania
sobie rozkoszy. Podniecamy samych siebie, a materiał zewnętrzny dla tych podniet
jest albo przypadkowy, albo dobrany przez nasze nieświadomości i organizmy
całkiem poza naszą kontrolą.
Dlatego właśnie punktem kulminacyjnym wymiany
erotycznej jest absolutyzacja konieczności, konieczności aktu, którego przeto
nie powstrzyma już nic - ani niebezpieczeństwo, ani wysoka cena. Kto niszczy swe
życie, aby objąć w posiadanie kobietę (lub mężczyznę), ten sięga tej
ostateczności. Tak samo dzieje się w przypadku obejmowania w posiadanie rzeczy -
gdy musimy ją mieć, niezależnie od ceny, wtedy czyjaś produkcja i czyjś handel
szczytuje. Dlatego zasadą sprzedawania jest ułatwienie dobrowolnego szaleństwa
klienta, jego samozniewolenia się do nabycia towaru, z pełną świadomością, że
kieruje się czystą i irracjonalną namiętnością. Bogiem rynku jest miłość,
a nie pieniądz.
Mogłby ktoś powiedzieć: no tak, w praktyce rzecz
polega po prostu na tym, by zasugerować nabywcy towar jako niezbędnie mu
potrzebny. Błąd. Nie chodzo o to, żeby uwierzył on w jego wartość utylitarną, w
to, że mu się przyda; nie chodzi o żadną iluzję czy oszustwo. Taka opinia,
opinia, że coś mi jest potrzebne, jest zawsze wątpliwa i otwiera drogę
krytycyzmowi, namysłowi: „czy aby rzeczywioście jest mi to niezbędne?”. Nie.
Towar musi być nastręczony imperatywnie, bezwarunkowo, razem z szaleństwem,
jakim jest nabycie go. Stręcznie towaru i autentyczne frymarczenie wymaga
bolesnej przemożności i osobliwej uczciwości. Alfons nie mówi mi: pan musi się
odprężyć, niech pan weźmie dziewczynę. On mówi, że ma dla mnie coś specjalnego,
że muszę to mieć i tylko tak mogę się przekonać, co to jest. Pan musi ją
wpróbować. My mu nie wierzymy (i on to wie!), ale słuchamy, chcemy bowiem kupić
od niego własne szaleństwo jako takie oraz związaną z nim rozkosz, bo przecież
nie owo tak niewiele warte prawo do wysiłku seksulanego.
W tych tygodniach cała Słowacja, tu, za miedzą,
obwieszona jest billboardami stręczącymi polską wódkę Sobieski. Plakat
przedstawia dziewczynę w bikini, od tyłu, niosącą w ręku butelkę tej wódki.
Napis brzmi: „Ochutnaj ma!”, czyli „skosztuj mnie”, przy czym ochutnat’, czyli
skosztować, spróbować, zawiera w słowackim oczywiste odniesienie do woli i smaku
(chut’ - smak, chęć). Dlatego czytamy to „pofolguj sobie na mnie”. To jest
przykład reklamy idealnej. Jest ona przez swą prostotę i absolutną umowność,
abstrakcyjność, bezwzględnie uczciwa. Nik nie wierzy, że ta wódka jest lepsza od
innych, nikt też nie ulega tu rozkosznej iluzji, że nabycie wódki przybliży go
do rozkoszy obcowania z modelką z reklamy lub kimś do niej podobnym. Wszyscy
jednak jesteśmy przekonani, że zrobiono wszystko, co można, żeby tę niemożliwą
iluzję w nas wywołać. To jest tak, jak z konwencjonalną uprzejmością: mówię coś
miłego, staram się, ale oczywiście to nic nie zmienia. Tak i tu: robimy, co
możemy, żebyście poczuli się dziś lepiej, pokazujemy wam panienkę i wódeczkę;
sorry, że nie możemy wam pomóc naprawdę.
Podobny efekt spontanicznej uczciwości zawiera się w
znanej reklamie Forda: klasycznie piękna dziewczyna wyrazem twarzy mówi w
imieniu firmy: „Przykro nam, gołych nie mamy”. Czytamy to: „jaka szkoda, że
reklamą nie możemy wam nastręczyć ciała kobiety; chcielibyśmy wam przychylić
tego nieba, ale wiecie, że to tylko reklama. W zamian za to możecie się odprężyć
i uśmiechnąć na nasz żart językowy, odnoszący się do aut z bogatym wyposażeniem
i bez”. Ford mówi też: „dobra, nie będziemy cię na darmo podniecać, szanujemy
cię”. Dodaje jednak: „ale jednak fajną mamy laskę, co nie?”.
Namawiam dziś Państwa do tej erotycznej uczciwości,
którą objawiają wzmiankowane utwory reklamowe. Nie jestem immoralistą. Wręcz
przeciwnie. Jestem bardzo konserwatywny. Oczekuję praktykowania cnót. Chciałbym,
aby reklamujący i sprzedający zalecali się do swych klientów swą wewnętrzną
uczciwością i szczerą prostomyślnością. Jej początkiem jest postawienie na
równej stopie producenta, sprzedawców i nabywców. Bez zbędnych gierek i
wątpliwej przebiegłości. Zamiast bawić się w liska chytruska (jak te leszcze po
działach promocji, wyobrażające sobie, że ogłupią tych tępych zgredów - swoich
starych i ich koleżków), zamiast kombinować, jak poderwać klienta, należy, to
jest godzi się wprost i bez zbędnych pretensji, a za to z
wdziękiem i humorem odegrać swą rolę, dokładnie zgodnie z regułami. Klasycznie.
Uczciwość reklamowa nakazuje więc pokornie wypełnić
reguły erotyki reklamy i handlu, a więc zaprezentować towar jako absolutny
fetysz, medium rozkoszy - oczywiście nie po to, żeby ktoś uwierzył, dał się
oszukać, ale po to, by mógł całkiem świadomie rozkoszować się własnym
szaleństwem, ekstrawagancją „kupowania marzeń”. Szczerość i szacunek do klienta
wyraża się w prostym pokazywaniu mu ładnych reklam zamiast towarów. Skroma i
uczciwa kobieta też nie zaleca się przez pokazywanie ciała, lecz przez
pokazywanie ładnego ubrania, którego strojność tylko na niby znaczy „chcę ci się
podobać, bo chcę ci się oddać”.
To jest właśnie prawdziwy customer insight.
Nie przechytrzyć, lecz stanąć obok nabywcy jak człowiek przy człowieku. Wszyscy
jesteśmy klientami i wszyscy lubimy oglądać dziewczyny/chłopców w reklamach.
Jesteśmy społecznością klientów i we wspólnym interesie, za pośrednictwem
klientów-producentów, wynajmujemy artystów, żeby fotografowali dla nas piękne
dziewczyny i chłopców. To jest twardy moralny grunt kultury reklamy i handlu,
cywilizowana rama dla stręczenia i frymarczenia, humanizacja i estetyzacja
libidinalnej ekonomii. Dlatego jeśli ktoś produkuje reklamy udające, że są
nieerotyczne, albo reklamy faktycznie nieerotyczne, ten jakoś żeruje na erotyce
reklamy, dokonuje je podejrzanej trawestacji, pasożytniczego nadużycia i winien
się z tego tłumaczyć.
Nie ufam takim spryciarzom, którzy zamiast roztaczać
miraż rozkoszy pokazują mi tylko coś śmiesznego albo inteligentnego. Wybieram
towar zawsze według kryterium urody dziewczyn z reklamy i to jest moja odpowiedź
na zagrożenie iluzją, że kupując dokuję jakiegoś racjonalnego wyboru.
Szanuję stręczyciela i frymarkera, który uczciwie
pokazuje mi przestrzeń iluzji, jaką mi oferuje. Który jest dobrym sprzedawcą z
sexshopu, doradzającym mi wedle swej własnej, całkiem niesłużbowej przecież
wrażliwości. Kimś wiarygodnym, szczerym i przyjaznym. Który nie gra ze mną gry.
O którym wiem, że dziś on mi sprzedaje, ale za chwilę sam będzie klientem gdzie
indziej i że w gruncie rzeczy jest po mojej stronie. Jego customer insight
jest tak bezpośredni, że nigdy nie przyszłoby mu do głowy go zauważyć i nazwać.
Domyślacie się Państwo, że dziś będę pił wódkę Sobieski. Dziękuję.
|