|
Jan Hartman
Handel totalny?
Marketing w Praktyce, czerwiec 2005
Po ukazaniu się felietonu „Pieniądz jest piękny” moją
skrzynkę e-mailową zasiliła pewna liczba zażaleń, w takim mniej więcej duchu, że
jestem cynicznym materialistą albo, co gorsza, tylko takiego udaję, mianowicie
dla pieniędzy. Otóż uroczyście zapewniam, że naprawdę myślę to, co piszę
i że materialistą wprawdzie jestem, ale nie cynicznym, lecz całkiem ideowym, bo
uważam, że w gospodarce kapitalistycznej przejawiają się najwznioślejsze cechy
człowieka. Dziś oferuję kolejny akt propagandy mojego „materialistycznego
idealizmu”.
Od kiedy rowinęła się „gospodarka towarowo-pieniężna” i „kapitalistyczny
system produkcji”, jak to uczenie nazywają socjaliści, wszystko w życiu
przyśpieszyło. Jakimś cudownym sposobem z „zasobów natury” zaczęły wynurzać się
w nie znanym wcześniej tempie niezliczone nowe rzeczy, w nie znanych wcześniej
ilościach. A za nimi zaczęły wychodzić na powierzchnię, zastępami, coraz to nowe
rzesze ludzkie, milionowe i miliardowe tłumy, które nigdy na świat by nie
przyszły, gdyby nie zdumiewający wzrost wydajności produkcji rolnej i
przemysłowej, zdolny nakarmić i ubrać tylu nowych bliźnich. Nas też by na
świecie nie było, gdyby stojąca woda „gospodarki naturalnej” nie została kiedyś,
w XIV w., zmącona przez pełzającą zrazu, a potem już galopującą „kapitalistyczną
rewolucję”. Jest nas miliardy i będzie więcej. I żeby całe to miłe towarzystwo
przetrwało, globalny interesik musi się „kręcić” coraz szybciej i szybciej.
Produkować, sprzedawać, konsumować. I znowu. Bez tego „wielkiego krążenia”, bez
tego kapitalistycznego krwiobiegu ludzkości, pomarlibyśmy, jak bez wody,
jedzenia i powietrza. Wynika z tego, że produkcja i handel to sprawa życia i
śmierci, a nie jakiegoś tam „robienia pieniędzy”, jak lubią sobie myśleć osoby o
tzw. poglądach postępowych.
Chciałbym zastanowić się dziś nad tym, co w tym
kapitalistycznym wirze krąży, co porywa on ze sobą, oprócz zasobów, towarów i
pieniędzy, którymi interesuje się klasyczna ekonomia. Otóż twierdzę, że krąży
absolutnie wszystko, że w ruchu gospodarczym, w tym życiodajnym wirze produkcji
i wymiany znajduje się wszystko, co mamy i cenimy: nasze ciała, uczucia,
wyobrażenia, przedmioty, symbole, świętości, nadzieje, a nawet złudzenia i
klęski. „Kapitalizm” to życie, życie wszechobejmujące, całe życie. Sprowadzanie
go do wymiaru wymiany towarowo-pieniężnej deprecjonuje to fundamentalne zjawisko
i skłania do bagatelizowania jego wyższych wartości. Jako że już samo słowo „kapitalizm”
zawęża życie gospodarcze do aspektu pieniężnego, najlepiej w ogóle je porzucić
jako mylące. Mówmy więc o „wolnym życiu gospodarczym” lub „ruchu gospodarczym”.
Podobno zasadą wolnego gospodarowania jest własność i
swoboda dysponowania nią. Tylko że własność nie używana, nie puszczana w ruch
marnieje i nie cieszy. Dawniej też była gospodarka, był popyt i podaż, surowce,
praca, pieniądz i handel, jakkolwiek stłumione, zniewolone wielopiętrową
strukturą własności i poddańczą zależnością. Brakowało w niej ruchu. Może więc
to właśnie ruch i siła jego wywoływania jest tym największym, najcenniejszym „kapitałem”?
Czasem siła płynie faktycznie z majątku, ale i wtedy raczej z używania go niż
samego posiadania. Energią gospodarki jest więc bodaj sama obrotność i
inteligencja ludzka, umiejętność organizowania i zarządzania, upór i siła ducha.
Majątek, choć potrzebny, bez tamtych jest niczym, niczym bez tych talentów,
które raz uwolnione z więzów feudalnych puściły w nowy ruch cały nasz świat.
Zastanówmy się, co tu jest w ruchu, wymianie, co ten „totalny handel” sobą
obejmuje. „Handel”, bo słowo to, pochodzące z niemieckiego, oznacza nie tylko
trywialne frymarczenie, ale przede wszystkim działanie, trudnienie się czymś,
czyli właśnie to, co angielski business.
Ludzkie działanie wypływa z psychicznych energii, które
raz przejawiają się jako wola samozachowania, utrzymania się przy życiu, a gdy
ta jest już zaspokojona - jako pragnienie tworzenia, nadzieja, entuzjazm,
urabiane w konkretny czyn przez inteligencję. Oczywiście czasem motywuje nas
również chciwość i pragnienie władzy. Ważne, aby zrozumieć, że jest i jedno, i
drugie: przyziemne, a nawet niegodne motywy splatają się z tymi szlachetnymi.
Cóż, gdybyśmy łączyli się w pary jedynie z pobudek natury duchowej, a więc tych
najszlachetniejszych, to skąd brałyby się dzieci na świecie? Tak samo z
gospodarką. Gdyby nie pieprz chciwości, potrawa złożona z woli tworzenia,
entuzjazmu i przemyślności byłaby mdła i ludzkość nie chciałaby się nią karmić.
Puszczamy więc w „handlowy obrót” nie tylko martwe
przedmioty, jakoś tam, z odpowiednim nakładem pracy przetworzone, ale znacznie
więcej: puszczamy w obrót nasze pomysły, nadzieje, wyobrażenia, ekspresje
naszych osobowości i produkty naszego doświadczenia jako inteligentnych i
czujących żywych istot. Posiadając - coś bierzemy na siebie, bierzemy pod opiekę.
Produkując - coś tworzymy. Sprzedając - jednocześnie się dzielimy. Zarabiając i
wydając pieniądze - niczym pompa zasysamy dobra, które płyną w naszą stronę, z
zyskiem dla tych, którzy je wyprodukowali i nam sprzedali. Popyt i podaż to
rzeczywiście najbardziej podstawowy rytm gospodarki, którym bije jej serce. Tyle
że popyt jest nie na same produkty jako takie, ale na korzyści, które daje jego
używanie, na przyjemność, na satysfakcję, na wartości które produkty i usługi
wnoszą, łącznie z najwyższymi - wiedzą czy pięknem. Któżby tam chciał samych
tylko pieniędzy lub dóbr materialnych? Nie za tym się zabijamy. Zabijamy się za
tym, co dla nas naprawdę ważne, jak choćby za prestiżem i szacunkiem innych.
Dobry sprzedawca wie, że sprzedaje ludziom nie tylko
rzeczy im potrzebne do życia, ale sprzedaje im, jak to się mówi, ich własne
marzenia. Pomaga więc im materializować choćby namiastki ich aspiracji, nadziei,
wyobrażeń. Może to robić cynicznie, lecz może to robić również całkiem uczciwie,
a nawet „romantycznie”, z wiarą, że ludzkie marzenia są prawdziwiej światem
człowieka, niż trzeźwe użytkowanie przedmiotów. Gdy zastanowimy się, co jest
człowiekowi do życia niezbedne, to wyjdzie nam na to, że są to tylko najprostsze
sprzęty, okrycie i oczywiście żywność. Cała reszta to jakby naddatek. Czy
naddatek luksusu? A może chciwości? Niechby i jedno, i drugie. Ale przecież
wytwarzając i sprzedając coraz to nowe przedmioty ludzie nie tylko zarabiali
pieniądze, ale realizowali swe talenty, tworzyli, dawali wyraz rozmaitym
uczuciom i marzeniom, wcale niekoniecznie płaskim. A co więcej: wychodząc poza
to, co do życia niezbędne, tworzyli warukni po temu, by życie stawało się
możliwe dla większej liczby ludzi i by było dłuższe.
Paradoksalnie, w dobrodziejstwach powszechnego, globalnego
ruchu gospodarczego w całkiem zasadniczy sposób uczestniczą również ci, którzy
są w nim upośledzeni, czyli przegrywający ze swymi towarami na międzynarodowym
rynku lub wręcz nie produkujący nic. To że mogą w ogóle istnieć idące w setki
milionów masy ludzkie w krajach biednych, nie osiągając prawie żadnych dochodów,
jest w ogóle możliwe tylko dlatego, że postęp techniczny powstały w warunkach
wolnego życia gospodarczego sprawił, iż możliwe jest utrzymanie, a zwłaszcza
wyżywienie człowieka bardzo niskim kosztem. Światowa bieda, właśnie dlatego, że
jest tak masowa, zaświadcza najlepiej o tym, że w wolnej gospodarce jest
życiodajna potęga. Gdyby zastąpić ją jakąś gospodarką ograniczoną, której ruch
jest spowolniony przez restrykcje, problem nędzy zostałby pewnie rozwiązny: nie
byłoby miliarda nędzarzy, bo nie byłoby już komu być biednym. Żeby być nędzarzem,
trzeba jednak utrzymać się przy życiu. A utrzymanie się przy życiu miliarda
nędzarzy wymaga niemałych środków. Globalny socjalizm raczej by ich nie
wygenerował. W marzeniach możemy za to wyobrazić sobie, co by było, gdyby tak
naprawdę cały świat stał się areną wolnego ruchu gospodarczego... Może i wtedy
nie byłoby komu być biednym, ale nie z powodu śmierci głodowej, ale z powodu
materialnego awansu?
Moralne lekceważenie życia gospodarczego i postrzeganie go
wyłącznie przez pryzmat najbardziej krzykliwych cech, jak żądza zysku i żądza
posiadania dóbr, samo jest niemoralne. To tak, jakby ktoś twierdził, by nawiązać
do użytego już przykładu, że w całym tym życiu małżeńskim tak naprawdę chodzi
tylko o seks. Tak samo jak z małżeństw rodzą się dzieci, tak i globalny ruch
gospodarczy generuje z siebie kolejne, coraz liczniejsze pokolenia ludzkości, w
dodatku żyjące coraz dłużej i coraz lepiej. Coraz lepiej nie tylko dlatego, że
wygodniej i higieniczniej, ale także dlatego, że pełniej, bogaciej. Bo przecież
w tym ruchu, którego zewnętrzną postacią jest produkowanie i sprzedawania przez
jednych oraz kupowanie i używanie przez innych, znajduje się nie tylko
abstrakcyjny pieniądz i martwe przedmioty, lecz nasz czas, nasza praca, nasze
ambicje, nadzieje, plany i marzenia. A w wielu przypadkach także nasze talenty i
twórcze zdolności. A więc, drodzy autorzy wzmiankowanych e-maili: pieniądz jest
piękny, bo jest jak krew w żyłach pięknego organizmu, który nazywa się
gospodarująca ludzkość.
|