Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

 

Handel totalny?

Marketing w Praktyce, czerwiec 2005

   Po ukazaniu się felietonu „Pieniądz jest piękny” moją skrzynkę e-mailową zasiliła pewna liczba zażaleń, w takim mniej więcej duchu, że jestem cynicznym materialistą albo, co gorsza, tylko takiego udaję, mianowicie dla pieniędzy. Otóż uroczyście zapewniam, że naprawdę myślę to, co piszę i że materialistą wprawdzie jestem, ale nie cynicznym, lecz całkiem ideowym, bo uważam, że w gospodarce kapitalistycznej przejawiają się najwznioślejsze cechy człowieka. Dziś oferuję kolejny akt propagandy mojego „materialistycznego idealizmu”.

   Od kiedy rowinęła się „gospodarka towarowo-pieniężna” i „kapitalistyczny system produkcji”, jak to uczenie nazywają socjaliści, wszystko w życiu przyśpieszyło. Jakimś cudownym sposobem z „zasobów natury” zaczęły wynurzać się w nie znanym wcześniej tempie niezliczone nowe rzeczy, w nie znanych wcześniej ilościach. A za nimi zaczęły wychodzić na powierzchnię, zastępami, coraz to nowe rzesze ludzkie, milionowe i miliardowe tłumy, które nigdy na świat by nie przyszły, gdyby nie zdumiewający wzrost wydajności produkcji rolnej i przemysłowej, zdolny nakarmić i ubrać tylu nowych bliźnich. Nas też by na świecie nie było, gdyby stojąca woda „gospodarki naturalnej” nie została kiedyś, w XIV w., zmącona przez pełzającą zrazu, a potem już galopującą „kapitalistyczną rewolucję”. Jest nas miliardy i będzie więcej. I żeby całe to miłe towarzystwo przetrwało, globalny interesik musi się „kręcić” coraz szybciej i szybciej. Produkować, sprzedawać, konsumować. I znowu. Bez tego „wielkiego krążenia”, bez tego kapitalistycznego krwiobiegu ludzkości, pomarlibyśmy, jak bez wody, jedzenia i powietrza. Wynika z tego, że produkcja i handel to sprawa życia i śmierci, a nie jakiegoś tam „robienia pieniędzy”, jak lubią sobie myśleć osoby o tzw. poglądach postępowych.

   Chciałbym zastanowić się dziś nad tym, co w tym kapitalistycznym wirze krąży, co porywa on ze sobą, oprócz zasobów, towarów i pieniędzy, którymi interesuje się klasyczna ekonomia. Otóż twierdzę, że krąży absolutnie wszystko, że w ruchu gospodarczym, w tym życiodajnym wirze produkcji i wymiany znajduje się wszystko, co mamy i cenimy: nasze ciała, uczucia, wyobrażenia, przedmioty, symbole, świętości, nadzieje, a nawet złudzenia i klęski. „Kapitalizm” to życie, życie wszechobejmujące, całe życie. Sprowadzanie go do wymiaru wymiany towarowo-pieniężnej deprecjonuje to fundamentalne zjawisko i skłania do bagatelizowania jego wyższych wartości. Jako że już samo słowo „kapitalizm” zawęża życie gospodarcze do aspektu pieniężnego, najlepiej w ogóle je porzucić jako mylące. Mówmy więc o „wolnym życiu gospodarczym” lub „ruchu gospodarczym”.

   Podobno zasadą wolnego gospodarowania jest własność i swoboda dysponowania nią. Tylko że własność nie używana, nie puszczana w ruch marnieje i nie cieszy. Dawniej też była gospodarka, był popyt i podaż, surowce, praca, pieniądz i handel, jakkolwiek stłumione, zniewolone wielopiętrową strukturą własności i poddańczą zależnością. Brakowało w niej ruchu. Może więc to właśnie ruch i siła jego wywoływania jest tym największym, najcenniejszym „kapitałem”? Czasem siła płynie faktycznie z majątku, ale i wtedy raczej z używania go niż samego posiadania. Energią gospodarki jest więc bodaj sama obrotność i inteligencja ludzka, umiejętność organizowania i zarządzania, upór i siła ducha. Majątek, choć potrzebny, bez tamtych jest niczym, niczym bez tych talentów, które raz uwolnione z więzów feudalnych puściły w nowy ruch cały nasz świat. Zastanówmy się, co tu jest w ruchu, wymianie, co ten „totalny handel” sobą obejmuje. „Handel”, bo słowo to, pochodzące z niemieckiego, oznacza nie tylko trywialne frymarczenie, ale przede wszystkim działanie, trudnienie się czymś, czyli właśnie to, co angielski business.

   Ludzkie działanie wypływa z psychicznych energii, które raz przejawiają się jako wola samozachowania, utrzymania się przy życiu, a gdy ta jest już zaspokojona - jako pragnienie tworzenia, nadzieja, entuzjazm, urabiane w konkretny czyn przez inteligencję. Oczywiście czasem motywuje nas również chciwość i pragnienie władzy. Ważne, aby zrozumieć, że jest i jedno, i drugie: przyziemne, a nawet niegodne motywy splatają się z tymi szlachetnymi. Cóż, gdybyśmy łączyli się w pary jedynie z pobudek natury duchowej, a więc tych najszlachetniejszych, to skąd brałyby się dzieci na świecie? Tak samo z gospodarką. Gdyby nie pieprz chciwości, potrawa złożona z woli tworzenia, entuzjazmu i przemyślności byłaby mdła i ludzkość nie chciałaby się nią karmić.

   Puszczamy więc w „handlowy obrót” nie tylko martwe przedmioty, jakoś tam, z odpowiednim nakładem pracy przetworzone, ale znacznie więcej: puszczamy w obrót nasze pomysły, nadzieje, wyobrażenia, ekspresje naszych osobowości i produkty naszego doświadczenia jako inteligentnych i czujących żywych istot. Posiadając - coś bierzemy na siebie, bierzemy pod opiekę. Produkując - coś tworzymy. Sprzedając - jednocześnie się dzielimy. Zarabiając i wydając pieniądze - niczym pompa zasysamy dobra, które płyną w naszą stronę, z zyskiem dla tych, którzy je wyprodukowali i nam sprzedali. Popyt i podaż to rzeczywiście najbardziej podstawowy rytm gospodarki, którym bije jej serce. Tyle że popyt jest nie na same produkty jako takie, ale na korzyści, które daje jego używanie, na przyjemność, na satysfakcję, na wartości które produkty i usługi wnoszą, łącznie z najwyższymi - wiedzą czy pięknem. Któżby tam chciał samych tylko pieniędzy lub dóbr materialnych? Nie za tym się zabijamy. Zabijamy się za tym, co dla nas naprawdę ważne, jak choćby za prestiżem i szacunkiem innych.

   Dobry sprzedawca wie, że sprzedaje ludziom nie tylko rzeczy im potrzebne do życia, ale sprzedaje im, jak to się mówi, ich własne marzenia. Pomaga więc im materializować choćby namiastki ich aspiracji, nadziei, wyobrażeń. Może to robić cynicznie, lecz może to robić również całkiem uczciwie, a nawet „romantycznie”, z wiarą, że ludzkie marzenia są prawdziwiej światem człowieka, niż trzeźwe użytkowanie przedmiotów. Gdy zastanowimy się, co jest człowiekowi do życia niezbedne, to wyjdzie nam na to, że są to tylko najprostsze sprzęty, okrycie i oczywiście żywność. Cała reszta to jakby naddatek. Czy naddatek luksusu? A może chciwości? Niechby i jedno, i drugie. Ale przecież wytwarzając i sprzedając coraz to nowe przedmioty ludzie nie tylko zarabiali pieniądze, ale realizowali swe talenty, tworzyli, dawali wyraz rozmaitym uczuciom i marzeniom, wcale niekoniecznie płaskim. A co więcej: wychodząc poza to, co do życia niezbędne, tworzyli warukni po temu, by życie stawało się możliwe dla większej liczby ludzi i by było dłuższe.

   Paradoksalnie, w dobrodziejstwach powszechnego, globalnego ruchu gospodarczego w całkiem zasadniczy sposób uczestniczą również ci, którzy są w nim upośledzeni, czyli przegrywający ze swymi towarami na międzynarodowym rynku lub wręcz nie produkujący nic. To że mogą w ogóle istnieć idące w setki milionów masy ludzkie w krajach biednych, nie osiągając prawie żadnych dochodów, jest w ogóle możliwe tylko dlatego, że postęp techniczny powstały w warunkach wolnego życia gospodarczego sprawił, iż możliwe jest utrzymanie, a zwłaszcza wyżywienie człowieka bardzo niskim kosztem. Światowa bieda, właśnie dlatego, że jest tak masowa, zaświadcza najlepiej o tym, że w wolnej gospodarce jest życiodajna potęga. Gdyby zastąpić ją jakąś gospodarką ograniczoną, której ruch jest spowolniony przez restrykcje, problem nędzy zostałby pewnie rozwiązny: nie byłoby miliarda nędzarzy, bo nie byłoby już komu być biednym. Żeby być nędzarzem, trzeba jednak utrzymać się przy życiu. A utrzymanie się przy życiu miliarda nędzarzy wymaga niemałych środków. Globalny socjalizm raczej by ich nie wygenerował. W marzeniach możemy za to wyobrazić sobie, co by było, gdyby tak naprawdę cały świat stał się areną wolnego ruchu gospodarczego... Może i wtedy nie byłoby komu być biednym, ale nie z powodu śmierci głodowej, ale z powodu materialnego awansu?

   Moralne lekceważenie życia gospodarczego i postrzeganie go wyłącznie przez pryzmat najbardziej krzykliwych cech, jak żądza zysku i żądza posiadania dóbr, samo jest niemoralne. To tak, jakby ktoś twierdził, by nawiązać do użytego już przykładu, że w całym tym życiu małżeńskim tak naprawdę chodzi tylko o seks. Tak samo jak z małżeństw rodzą się dzieci, tak i globalny ruch gospodarczy generuje z siebie kolejne, coraz liczniejsze pokolenia ludzkości, w dodatku żyjące coraz dłużej i coraz lepiej. Coraz lepiej nie tylko dlatego, że wygodniej i higieniczniej, ale także dlatego, że pełniej, bogaciej. Bo przecież w tym ruchu, którego zewnętrzną postacią jest produkowanie i sprzedawania przez jednych oraz kupowanie i używanie przez innych, znajduje się nie tylko abstrakcyjny pieniądz i martwe przedmioty, lecz nasz czas, nasza praca, nasze ambicje, nadzieje, plany i marzenia. A w wielu przypadkach także nasze talenty i twórcze zdolności. A więc, drodzy autorzy wzmiankowanych e-maili: pieniądz jest piękny, bo jest jak krew w żyłach pięknego organizmu, który nazywa się gospodarująca ludzkość.

jot@ka