|
Jan Hartman
Każdy jest dzieckiem
[Opublikowane w „Dzienniku”, 16.02.2007]
Z przyjemnością przeczytałem w Dzienniku artykuł Manueli Gretkowskiej „Dzieci
niedojrzałych rodziców”. Przyjemność nie wynikła jednak z aprobaty dla jej tez,
ale stąd, że w tle jest córeczka, a ja też mam taką jedną. I zaświerzbiło mnie
pióro, żeby wszystko odkręcić.
Nie sądzę, żebyśmy byli bardzo różni od swoich przodków. Nie sądzę, żeby
nasze dzieci były inne niż bywały dzieci w przeszłości. Złudzenie, że wszystko
jest inne i nowe pojawia się w każdym pokoleniu i wynika stąd, że każde
pokolenie na nowo odkrywa dla siebie ten sam świat. Dwulatki zawsze rzucały się
na podłogę i wierzgały nóżkami, bo u podłożem takich zachowań jest fizjologia.
Zawsze też były i zawsze będą dzieci krnąbrne i bezczelne, a także dzieci miłe i
dobrze ułożone. Nastolatki zawsze dokazywały i zawsze część z nich ulegać będzie
trwałej demoralizacji. Takie jest bowiem społeczeństwo. Jedni są mili i mądrzy,
inni niestety nie. Może proporcje trochę się zmieniają, ale któż by to
obiektywnie zbadał?
Wymyślając swoje metody wychowawcze, starożytni Grecy kierowali się nadzieją,
że wrodzone złe narowy człowieka (jako gatunku i jako jednostki) da się
poskromić i utemperować. Dlatego wychowywanie zawsze było pewną techniką
dyscyplinarną. Nie znaczy to, że kiedykolwiek brakowało zrozumienia, że
najlepiej wychowuje się przez przykład i że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”.
Począwszy od XVIII w., powoli, bardzo powoli, zaczęto brać pod uwagę kilka
prawd, dziś już bardzo utrwalonych. Pierwsza jest taka, że dziecko nie jest
tylko poczwarką, z której ma się wykluć osobnik dorosły, lecz jest ważne samo
dla siebie. Trzeba więc je szanować i liczyć się z jego wolą i potrzebami, dbać
o jego dobro tu i teraz, a nie wyłącznie a conto przyszłości. Druga
prawda jest taka, że wychowanie nie służy wyłącznie uspołecznieniu, czyli
stworzeniu dobrego obywatela etc., ale również, poniekąd, ochronie ochronie
indywidualności dziecka przez przemożnym, ujednolicającym wpływem społeczeństwa.
Trzecia prawda, którą powszechnie przyjęto, jest taka, że surowa dyscyplina,
połączona z częstym stosowaniem przemocy fizycznej, opłacana jest wielką opresją
psychiczną. Dziecko często bite jest wprawdzie dobrze ułożone, ale cierpi i
cierpienie to przekazuje niejako swoim potomkom.
Gdy w ostatnich dziesięcioleciach na Zachodzie powszechnie przyjęto zasadę,
że bicie dzieci jest złe i powinno być albo eliminowane w ogóle, albo skrajnie
ograniczone, wychowanie zaraz zrobiło się trudniejsze. Można powiedzieć: wyszło
szydło z worka. Nie jest bowiem tak trudno sterroryzować dziecko biciem i
karami. Nakłonić zaś do powściągania agresji i pewnego niezbędnego minimum
posłuszeństwa samymi tylko słowami oraz dobrym przykładem jest znacznie
trudniej.
Ja osobiście wcale tego nie potrafię. Muszę więc znosić nieposłuszeństwo i
krnąbrność swojego dziecka. Pocieszam się jednak tym, że jak ma dobry humor, to
jest przemiłe. Poza tym córeczka jest ładna i utalentowana. Nie bardzo wdaję się
w wychowywanie, bo odczuwam coś na kształt zażenowania, gdy stosuję wobec
dziecka jakieś „metody”. Trochę mi głupio i obawiam się, że w przyszłości córka
miałaby mi to za złe. Chciałbym więc raczej być dobrym „towarzyszem życia” dla
swojej córki niż dobrym wychowawcą. Piszę o tym nie z powodu zamiłowania do
opowiadania o swym życiu prywatnym, lecz po to, by wyjaśnić podłoże mojego
poglądu na wychowanie. Otóż staram się respektować trzy prawdy wymienione
powyżej, a jednocześnie potraktować poważnie moralny sens moich własnych oporów
przed stosowaniem „metod wychowawczych”.
Mam tylko jedno dziecko, niespełna dziewięcioletnie, więc doświadczenie moje
jest nader skromne. Ale właśnie tym bardziej przywiązany jestem do swojej
„nieprofesjonalnej” strategii „wychowania bez wychowania”. Jego istotą jest to,
że patrząc na dziecko staram się wczuwać w jego sytuację psychiczną,
przypominając sobie własne przeżycia z dzieciństwa. To przeżywanie dzieciństwa
po raz drugi jest zresztą bardzo pouczające. Ćwicząc tę empatię, przekonuję się
co chwila, że bardzo trudno jest być dzieckiem. Tak jak w skórze małego pieska z
kokardką tkwi „samiec” albo „samica”, popędy itd., również pod kokardką na
głowie dziewczynki jest poważny całkiem mózg i wielki aparat psychiczny, w
większej części zresztą nieświadomy. Można powiedzieć: małe dziecko a sprawa
poważna. Życie tej poważnej istoty, dziecka, nie jest łatwe i mnóstwo w nim
cierpienia, wcale nie mniej niż w życiu dorosłego. Bo przecież w ogóle życie
boli.
Obok empatii, która natychmiast mnie uspokaja, gdy dziecko jest niegrzeczne
czy agresywne, drugą przyjmowaną przez mnie zasadą jest zważanie na przyszłość
moich stosunków z córką. Często myślę o tym, czy będziemy w przyszłości
przyjaciółmi i co muszę zrobić, by sobie na to zasłużyć. Widzę dorosłą kobietę,
patrzącą mi głęboko w oczy, która mówiąc (lub właśnie nic nie mówiąc) „rozlicza”
mnie z tego, jak się do niej odnosiłem, gdy była mała. A dorosłe dzieci,
niestety, są surowymi sędziami swoich rodziców.
Z obu tych zasad wynika całkiem konkretna postawa. Staram się okazywać
dziecku szacunek, unikać protekcjonalnego traktowania, zbędnego mentorstwa, a
jednocześnie wciąż pokazywać racje (moralne racje) swojego postępowania, nie
przemilczając własnych słabości. Wprawdzie niby to dziecko wcale nie słucha i
nic nie widzi, ale wierzę, że jednak coś z tego zostanie. Krótko mówiąc, staram
się być trochę lepszy niż jestem naprawdę, by dać dziecku sobą trochę lepszy
przykład, niż miałaby go wtedy, gdybym się nie starał. Kieruję się przy tym
częściowo, przyznaję, racjami egoistycznymi.
I teraz mogę już powrócić do tezy Manueli Gretkowskiej. Otóż nie ma ona racji
w swej diagnozie, że współcześni rodzice są niedojrzali, przeto wychowują
niedobre i egocentryczne dzieci. Myślę, że ulega ona pozorowi, wynikającemu
stąd, że wszyscy, będąc dorosłymi, pozostajemy wciąż dziećmi i wychowując własne
dzieci „przetrawiamy” psychicznie własne dzieciństwo. To że każdy jest
„dzieckiem podszyty”, nie znaczy wcale, że jest infantylny, lecz tyle tylko, że
głębsze, archaiczne struktury psychiczne, animalne i infantylne, stale w nas
tkwią i działają, tak jak w naszych komputerach często rezydują elementy
pierwotnego, starego oprogramowania. Uszkodzenia psychiczne z dzieciństwa, jak
wiadomo, wpływają na dalsze życie, zwykle zresztą destrukcyjnie. Staramy się
więc dbać, by nasze dzieci nie doświadczały traumy, przemocy, wykluczenia,
poniżenia, gdyż są to złe przeżycia, a w dodatku rzutujące na przyszłość tej
mało odpornej psychicznie istoty. To proste i każdy to wie. Gdy jednak staramy
się współczuć z dzieckiem (właśnie „z”), to siłą rzeczy sami sięgamy do
głębszych warstw naszej psychiki i do wspomnień z dzieciństwa, co może sprawiać
wrażenie (nawet na nas samych!), że stajemy się dziecinni i bezradni. To tylko
pozór. Mama płacząca z bezradności na oczach swego dziecka lepiej je wychowuje
niż waląc je z tego samego powodu na odlew. A wybór, czy zachować się tak, czy
tak, miały matki zawsze i zawsze dokonywały wyborów różnych.
Teza, że rodzice są dziś niedojrzali, jest nieprawdopodobna również i z tego
powodu, że w porównaniu z dawniejszymi czasami są dziś o jakieś dziesięć lat
starsi, gdy pełnią swoją wychowawczą rolę. Wprawdzie współcześni rodzice nie
mieszkają już zwykle z dziadkami swoich dzieci, ale wciąż mają w nich oparcie.
Razem ów „kolektyw dorosłych” jest niebywale dojrzały i obyty w skomplikowanym
świecie, w porównaniu z czasami, gdy rodzice mieli swe dzieci w wieku 20 lat, a
ich znajomość świata ograniczała się np. do codziennego życia kilku wiosek i
jednego miasteczka.
Wyrazem niedojrzałości rodziców miałby być jednak również niski materializm –
ich samych, i ich dzieci. Cóż, i dziś, i dawniej, większość z nas zasługiwała na
epitet materialistów i egocentryków. Zwykle bowiem myśli i aspiracje ludzi
obracały się wokół zdobywania dóbr materialnych i w nich to upatrywano podstawy
dobrego życia. Tyle, że dziś, w bogatych społeczeństwach, więcej osób ubiega się
o większe dobra. Dawniej chodziło głównie o żywność i ubranie. Ale
„konsumpcjonizm” był tym samym może nawet większy.
Na szczęście wszystko jest w kwestii wychowania dość proste i mieści się w
raz już przytoczonym przeze mnie powiedzeniu: „niedaleko poda jabłko od
jabłoni”. Ludzie dobrzy i kulturalni mają zwykle dobre i kulturalne dzieci, choć
w wieku dojrzewania mogą mieć trudne przejścia. Ludzie trywialni i wulgarni
wychowują potomstwo podobne do siebie. Sztuka wychowania polega w obu
przypadkach na tym samym: na sprawieniu, by nasze dzieci były choć odrobinę
lepszymi ludźmi niż my sami. Chwała każdemu, także temu gorszemu, gdy udaje mu
się to osiągnąć. Przede wszystkim zaś chwała dziecku, które przewyższyło swoich
rodziców. Byłbym szczęśliwy, gdyby moja córka mogła popatrzeć kiedyś na mnie z
pobłażaniem, myśląc sobie „co ty wiesz o świecie, staruszku”.
|