Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

 

Każdy jest dzieckiem

[Opublikowane w „Dzienniku”, 16.02.2007]

 

Z przyjemnością przeczytałem w Dzienniku artykuł Manueli Gretkowskiej „Dzieci niedojrzałych rodziców”. Przyjemność nie wynikła jednak z aprobaty dla jej tez, ale stąd, że w tle jest córeczka, a ja też mam taką jedną. I zaświerzbiło mnie pióro, żeby wszystko odkręcić.

Nie sądzę, żebyśmy byli bardzo różni od swoich przodków. Nie sądzę, żeby nasze dzieci były inne niż bywały dzieci w przeszłości. Złudzenie, że wszystko jest inne i nowe pojawia się w każdym pokoleniu i wynika stąd, że każde pokolenie na nowo odkrywa dla siebie ten sam świat. Dwulatki zawsze rzucały się na podłogę i wierzgały nóżkami, bo u podłożem takich zachowań jest fizjologia. Zawsze też były i zawsze będą dzieci krnąbrne i bezczelne, a także dzieci miłe i dobrze ułożone. Nastolatki zawsze dokazywały i zawsze część z nich ulegać będzie trwałej demoralizacji. Takie jest bowiem społeczeństwo. Jedni są mili i mądrzy, inni niestety nie. Może proporcje trochę się zmieniają, ale któż by to obiektywnie zbadał?

Wymyślając swoje metody wychowawcze, starożytni Grecy kierowali się nadzieją, że wrodzone złe narowy człowieka (jako gatunku i jako jednostki) da się poskromić i utemperować. Dlatego wychowywanie zawsze było pewną techniką dyscyplinarną. Nie znaczy to, że kiedykolwiek brakowało zrozumienia, że najlepiej wychowuje się przez przykład i że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”.

Począwszy od XVIII w., powoli, bardzo powoli, zaczęto brać pod uwagę kilka prawd, dziś już bardzo utrwalonych. Pierwsza jest taka, że dziecko nie jest tylko poczwarką, z której ma się wykluć osobnik dorosły, lecz jest ważne samo dla siebie. Trzeba więc je szanować i liczyć się z jego wolą i potrzebami, dbać o jego dobro tu i teraz, a nie wyłącznie a conto przyszłości. Druga prawda jest taka, że wychowanie nie służy wyłącznie uspołecznieniu, czyli stworzeniu dobrego obywatela etc., ale również, poniekąd, ochronie ochronie indywidualności dziecka przez przemożnym, ujednolicającym wpływem społeczeństwa. Trzecia prawda, którą powszechnie przyjęto, jest taka, że surowa dyscyplina, połączona z częstym stosowaniem przemocy fizycznej, opłacana jest wielką opresją psychiczną. Dziecko często bite jest wprawdzie dobrze ułożone, ale cierpi i cierpienie to przekazuje niejako swoim potomkom.

Gdy w ostatnich dziesięcioleciach na Zachodzie powszechnie przyjęto zasadę, że bicie dzieci jest złe i powinno być albo eliminowane w ogóle, albo skrajnie ograniczone, wychowanie zaraz zrobiło się trudniejsze. Można powiedzieć: wyszło szydło z worka. Nie jest bowiem tak trudno sterroryzować dziecko biciem i karami. Nakłonić zaś do powściągania agresji i pewnego niezbędnego minimum posłuszeństwa samymi tylko słowami oraz dobrym przykładem jest znacznie trudniej.

Ja osobiście wcale tego nie potrafię. Muszę więc znosić nieposłuszeństwo i krnąbrność swojego dziecka. Pocieszam się jednak tym, że jak ma dobry humor, to jest przemiłe. Poza tym córeczka jest ładna i utalentowana. Nie bardzo wdaję się w wychowywanie, bo odczuwam coś na kształt zażenowania, gdy stosuję wobec dziecka jakieś „metody”. Trochę mi głupio i obawiam się, że w przyszłości córka miałaby mi to za złe. Chciałbym więc raczej być dobrym „towarzyszem życia” dla swojej córki niż dobrym wychowawcą. Piszę o tym nie z powodu zamiłowania do opowiadania o swym życiu prywatnym, lecz po to, by wyjaśnić podłoże mojego poglądu na wychowanie. Otóż staram się respektować trzy prawdy wymienione powyżej, a jednocześnie potraktować poważnie moralny sens moich własnych oporów przed stosowaniem „metod wychowawczych”.

Mam tylko jedno dziecko, niespełna dziewięcioletnie, więc doświadczenie moje jest nader skromne. Ale właśnie tym bardziej przywiązany jestem do swojej „nieprofesjonalnej” strategii „wychowania bez wychowania”. Jego istotą jest to, że patrząc na dziecko staram się wczuwać w jego sytuację psychiczną, przypominając sobie własne przeżycia z dzieciństwa. To przeżywanie dzieciństwa po raz drugi jest zresztą bardzo pouczające. Ćwicząc tę empatię, przekonuję się co chwila, że bardzo trudno jest być dzieckiem. Tak jak w skórze małego pieska z kokardką tkwi „samiec” albo „samica”, popędy itd., również pod kokardką na głowie dziewczynki jest poważny całkiem mózg i wielki aparat psychiczny, w większej części zresztą nieświadomy. Można powiedzieć: małe dziecko a sprawa poważna. Życie tej poważnej istoty, dziecka, nie jest łatwe i mnóstwo w nim cierpienia, wcale nie mniej niż w życiu dorosłego. Bo przecież w ogóle życie boli.

Obok empatii, która natychmiast mnie uspokaja, gdy dziecko jest niegrzeczne czy agresywne, drugą przyjmowaną przez mnie zasadą jest zważanie na przyszłość moich stosunków z córką. Często myślę o tym, czy będziemy w przyszłości przyjaciółmi i co muszę zrobić, by sobie na to zasłużyć. Widzę dorosłą kobietę, patrzącą mi głęboko w oczy, która mówiąc (lub właśnie nic nie mówiąc) „rozlicza” mnie z tego, jak się do niej odnosiłem, gdy była mała. A dorosłe dzieci, niestety, są surowymi sędziami swoich rodziców.

Z obu tych zasad wynika całkiem konkretna postawa. Staram się okazywać dziecku szacunek, unikać protekcjonalnego traktowania, zbędnego mentorstwa, a jednocześnie wciąż pokazywać racje (moralne racje) swojego postępowania, nie przemilczając własnych słabości. Wprawdzie niby to dziecko wcale nie słucha i nic nie widzi, ale wierzę, że jednak coś z tego zostanie. Krótko mówiąc, staram się być trochę lepszy niż jestem naprawdę, by dać dziecku sobą trochę lepszy przykład, niż miałaby go wtedy, gdybym się nie starał. Kieruję się przy tym częściowo, przyznaję, racjami egoistycznymi.

I teraz mogę już powrócić do tezy Manueli Gretkowskiej. Otóż nie ma ona racji w swej diagnozie, że współcześni rodzice są niedojrzali, przeto wychowują niedobre i egocentryczne dzieci. Myślę, że ulega ona pozorowi, wynikającemu stąd, że wszyscy, będąc dorosłymi, pozostajemy wciąż dziećmi i wychowując własne dzieci „przetrawiamy” psychicznie własne dzieciństwo. To że każdy jest „dzieckiem podszyty”, nie znaczy wcale, że jest infantylny, lecz tyle tylko, że głębsze, archaiczne struktury psychiczne, animalne i infantylne, stale w nas tkwią i działają, tak jak w naszych komputerach często rezydują elementy pierwotnego, starego oprogramowania. Uszkodzenia psychiczne z dzieciństwa, jak wiadomo, wpływają na dalsze życie, zwykle zresztą destrukcyjnie. Staramy się więc dbać, by nasze dzieci nie doświadczały traumy, przemocy, wykluczenia, poniżenia, gdyż są to złe przeżycia, a w dodatku rzutujące na przyszłość tej mało odpornej psychicznie istoty. To proste i każdy to wie. Gdy jednak staramy się współczuć z dzieckiem (właśnie „z”), to siłą rzeczy sami sięgamy do głębszych warstw naszej psychiki i do wspomnień z dzieciństwa, co może sprawiać wrażenie (nawet na nas samych!), że stajemy się dziecinni i bezradni. To tylko pozór. Mama płacząca z bezradności na oczach swego dziecka lepiej je wychowuje niż waląc je z tego samego powodu na odlew. A wybór, czy zachować się tak, czy tak, miały matki zawsze i zawsze dokonywały wyborów różnych.

Teza, że rodzice są dziś niedojrzali, jest nieprawdopodobna również i z tego powodu, że w porównaniu z dawniejszymi czasami są dziś o jakieś dziesięć lat starsi, gdy pełnią swoją wychowawczą rolę. Wprawdzie współcześni rodzice nie mieszkają już zwykle z dziadkami swoich dzieci, ale wciąż mają w nich oparcie. Razem ów „kolektyw dorosłych” jest niebywale dojrzały i obyty w skomplikowanym świecie, w porównaniu z czasami, gdy rodzice mieli swe dzieci w wieku 20 lat, a ich znajomość świata ograniczała się np. do codziennego życia kilku wiosek i jednego miasteczka.

Wyrazem niedojrzałości rodziców miałby być jednak również niski materializm – ich samych, i ich dzieci. Cóż, i dziś, i dawniej, większość z nas zasługiwała na epitet materialistów i egocentryków. Zwykle bowiem myśli i aspiracje ludzi obracały się wokół zdobywania dóbr materialnych i w nich to upatrywano podstawy dobrego życia. Tyle, że dziś, w bogatych społeczeństwach, więcej osób ubiega się o większe dobra. Dawniej chodziło głównie o żywność i ubranie. Ale „konsumpcjonizm” był tym samym może nawet większy.

Na szczęście wszystko jest w kwestii wychowania dość proste i mieści się w raz już przytoczonym przeze mnie powiedzeniu: „niedaleko poda jabłko od jabłoni”. Ludzie dobrzy i kulturalni mają zwykle dobre i kulturalne dzieci, choć w wieku dojrzewania mogą mieć trudne przejścia. Ludzie trywialni i wulgarni wychowują potomstwo podobne do siebie. Sztuka wychowania polega w obu przypadkach na tym samym: na sprawieniu, by nasze dzieci były choć odrobinę lepszymi ludźmi niż my sami. Chwała każdemu, także temu gorszemu, gdy udaje mu się to osiągnąć. Przede wszystkim zaś chwała dziecku, które przewyższyło swoich rodziców. Byłbym szczęśliwy, gdyby moja córka mogła popatrzeć kiedyś na mnie z pobłażaniem, myśląc sobie „co ty wiesz o świecie, staruszku”.

jot@ka