|
Klonowanie? Czemu nie!
[Opublikowane w Gazecie Wyborczej z 29 marca 2002]
Czytając i słuchając wypowiedzi radykalnych przeciwników
eksperymentów genetycznych, a zwłaszcza eksprymentów na ludziach, odnoszę zwykle
wrażenie, że mam do czynienia bardziej z jakimiś rytualnymi pomstowaniami, niż z
wyrazami odpowiedzialności i troski moralnej, jak to bywa nam sugerowane. Czytam
i słucham więc o naruszaniu godności a nawet tożasmości ludzkiej, o pogwałceniu
prerogatyw samego Boga, o nieodpowiedzialnej ingerencji w naturę, o „cywilizacji
śmierci”. Językiem tym mówią duchowni niektórych wyznań oraz wielu innych
laików, którzy chętnie słuchają swoich religijnych przewodników, na
samodzielność się zbytnio nie siląc. Wśród specjalistów od tych spraw, czyli
samych genetyków, biotechnologów i lekarzy, jak również wśród specjalistów od
moralnych zagadnień zawiązanych z rozwojem technologii biomedycznych (czyli
bioetyków) język taki pojawa się sporadycznie, a radykalne i restrykcyjne
poglądy zdarzają się wśród tych kompetentnych osób nader rzadko. Czyżby w tym
osobliwym przypadku ogół specjalistów był w błędzie, a rację miały osoby
postronne?
Człowiek nie jest doskonały ani „naturalny”
Popularnymi poglądami, wobec których chciałbym tu zaoponować,
rządzi kilka całkiem fałszywych dogmatów. Jeden z nich powiada, że natura jest
doskonałym systemem równowagi, którego nie wolno zaburzać i w który nie można
bezkarnie ingerować. Natura - zgodnie z tym wyobrażeniem - sama „najlepiej wie”
co jest biologicznie dobre, prowadząc do eliminacji tworów nieudanych a
utrwalając tendencje korzystne. Otóż taka metafizyka dobrej i mądrej natury nie
ma żadnego uzasadnienia ani filozoficznego, ani naukowego. Jest to po prostu
jedna z wielu metafizycznych baśni - taka sobie właśnie „baśń o matce naturze”,
zresztą w gruncie rzeczy raczej pogańska i trudna do pogodzenia z duchem
judeochrześcjańskim. W istocie, „natura ożywiona” (czyli ogół roślin i zwierząt)
pełna jest najrozmaitszych „wynaturzeń”, nieudanych genetycznych „eksperymentów,
katastrof, wymierań, regresów i załamań, kiedy wszystko przestaje się samo
„regulować”, „dobierać naturalnie”, „ewoluować”, „przystosowywać” itd. Aktualnie
trwa właśnie wielkie wymieranie - tym razem spowodowane przez człowieka i jego
cywilizację - ale ten fakt nie oznacza, że pozostawiona „sama sobie” natura jest
idylliczna i zrównoważona. Ani trochę, niestety.
Drugim archaicznym dogmatem jest przekonanie, że człowiek
może i pochodzi od małpy, lecz jest swoistym „cudem natury”, cudownym
stworzeniem, które można tylko popsuć, cokolwiek się w nim zmieni. Cóż,
chciałoby się powiedzieć, że „pycha osobnicza” przechodzi tu w „pychę
gatunkową”. Otóż nasz gatunek nie znajduje się w dobrej kondycji biologicznej, i
to właśnie dlatego, że już dawno zaburzył - poprzez swe obyczaje i inne czynniki
kulturowe - „naturalne” (czyli zwierzęce) formy reprodukcji, dokonując na sobie,
w cakiem żywiołowy i niezamierzony sposób, manipulacji genetycznej, pod wieloma
względami niekorzystnej i wywołującej poważne ryzyko biologiczne dla całego
gatunku. Można nad tym ubolewać, ale to się już nie „odstanie” i nigdy już nie
będziemy mogli uważać się za czysty produkt mądrości (lub spontaniczności)
„natury”. W zdumiewająco krótkim czasie (zaledwie kilkunastu tysięcy pokoleń)
kulturowe ingerencje w zwierzęcą reproduktywność doprowadziły nie tylko do
zwiększenia objętości naszego mózgu, dostosowania budowy kręgosłupa do
poruszania się w pionie, usprawnienia ręki etc., ale również do utraty pokrywy
włosowej, osłabienia uzębienia, zmniejszenia odporności na infekcje,
ograniczenia płodności i do wielu innych ewidentnych uszkodzeń. To z kolei
pchnęło nas jeszcze głębiej w kulturę. Oto na przykład mając mniej sierści
musieliśmy zacząć się lepiej ubierać i ogrzewać. Lecz czym bardziej stawaliśmy
się zależni od swych kulturowych wytworów, tym bardziej też ingerowaliśmy w
„naturalną” reproduktywność. Tak na przykład ubieranie się zaburzyło nasz
seksualizm, a osadnictwo rolnicze (związane zresztą z dokonaną przez nas
ingerencją genetyczną - poprzez „nienaturalny dobór” - w niektóre gatunki traw i
wytworzenie z nich jadalnych zbóż) utrwaliło monogamię i również na swój sposób
przyczyniło się do stagnacji genetycznej rodu homo. Przy okazji
dokonaliśmy mniej czy bardziej zamierzonej manipulacji na rozmaitych gatunkach
zwierzęcych, dochowując się krów, świń, psów i innych niezdolnych do
„samodzielnego życia w naturze” stworów.
Rezultat naszej dotychczasowej twórczości genetycznej w
odniesieniu do nas samych jest dość opłakany i nie widać żadnych powodów do
przypuszczeń, aby od dawna degenerujący się rodzaj ludzki miał nagle się sam z
siebie poprawić pod tym względem; wręcz przeciwnie, dywersyfikacja genetyczna
gatunku homo jest niepokojąco niska, a jego płodność nierównomierna, co
poprawie zróżnicowania genetycznego dobrze nie wróży. A w dodatku czynniki
kulturowe przeszkadzają zbawiennemu biologicznie krzyżowaniu się ras (tak, tak -
wbrew przykazaniom poprawności „biopolitycznej” dzielimy się na rasy, a te rasy
niestety za mało się między sobą kochają). Polityka melioracji genetycznej,
czyli polityka eugeniczna, związana siłą rzeczy z ograniczeniem tej wolności
prokreacji, jaką cieszymy się dzisiaj, na pewno nie jest jeszcze pilną, choć
przykrą, koniecznością, ale może się taką stać w dalszej przyszłości.
Lubimy siebie takimi, jakim jesteśmy i mamy opory przed
poprawianiem swej puli genowej i swych cech fenotypowych (psychicznych i
fizycznych) za pomocą manipulacji i selekcji genetycznej. Mamy tu niedobre
skojarzenia polityczne i poczucie, że jeszcze za mało wiemy. Skojarzenia
jednakże kiedyś zbledną, a wiedzy przybędzie. Lepiej już dziś przeto uczyć się
wyważonego stosunku do zagadnień eugenicznych, niż opędzać się egzorcyzmami lub
udawać, że nie ma problemu. Jak na razie, nasze zwierzęta mają lepiej. Krowy i
konie możemy sobie bowiem bez przeszkód ulepszać - i czynimy to ze znakomitym
skutkiem od bardzo dawna, różnymi technikami: dotychczas przez zwykłe krzyżówki
i dobór reproduktorów, a za chwilę także dzięki technikom biologii molekularnej
i genetyki. Człowieka zaś tymczasem ulepszać nie wolno. To się jednak zmieni,
gdyż ludzką praktyką rządzi zasada, że jak coś się da zrobić, to się to w końcu
robi.
My nie zakraplaczem robieni!
Idźmy dalej tym tropem. Gierek zwrócił się kiedyś z uroczystą
inwokacją do Biura Politycznego PZPR: „Towarzysze, wy, że tak powiem, przecież
nie palcem jesteście robieni”. No właśnie. Ale czy człowiek palcami robiony w
laboratorium byłby jakiś gorszy? I pod jakimi względami? A gdyby był zdrowy,
inteligentny i piękny to też źle? A gdyby był zdrowszy i inteligentniejszy od
wszystkich innych to dalej źle? A może czym lepiej, tym gorzej, a doskonalsze
gorsze jest od mniej doskonałego, jeśli nie ma właściwego („naturalnego”)
rodowodu? Grząska to moralność. W istocie, uważam za moralnie wątpliwy pogląd,
że jest dopuszczalne, aby człowiek dobierał sobie męża czy żonę patrząc na
zdrowie i urodę i w ten sposób dążył do jak najlepszego potomstwa,
niedopuszczalne zaś by korzystał z bardziej subtelnych środków zapewnienia sobie
tego samego, np. poprzez badania genetyczne prognozujące ryzyko zaburzeń
genetycznych u potomstwa poddającej się badaniu pary.
Odraza do manipulacji genetycznych na człowieku jest pokrewna
magicznej bojaźni przed genetycznie modyfikowaną żywnością. Każde warzywo, które
jemy jest genetycznie modyfikowane, bo nasze kartofle ani pomidory w naturze nie
rosną. Póki te modyfikacje są uzyskiwane drogą tradycyjną lub nawet nowoczesną,
lecz taką, do której już się przyzwyczailiśmy, to wszystko jest dobrze. Gdy zaś
wchodzi do użytku nowa technologia dokonywania tego rodzaju zmian, zaczynamy się
kolejnych sztucznych i zmodyfikowanych odmian pomidorów i kartofli brzydzić. Tę
kompletnie irracjonalną awersję ubiera się w jakieś pozory argumentów, np.
powiadając, że nie znamy dalekosiężnych skutków spożywania transgenicznego ryżu.
A czy znamy dalekosiężne skutki spożywania nowych odmian uzyskiwanych innymi
technikami? Skutek zabobonu jest taki, że państwa wprowadzają embarga na import
transgeniczenej żywności, odbierając wielu biednym krajom szansę poprawienia
swej kondycji ekonomicznej. Analogiczna, lecz znacznie bardziej drastyczna, jest
sprawa AIDS i prezerwatyw, szokująca bioetyków od wielu lat. Wiadomo, że
istotnym czynnikiem ograniczającym epidemię AIDS jest stosowanie prezerwatyw.
Wysyłanie prezerwatyw do regionów Afryki, gdzie ludzie giną tysiącami od tej
strasznej choroby, jest najskuteczniejszym sposobem doraźnej pomocy (choć wcale
nie wystarczającym). Tymczasem zabobon, iż prezerwatywa jest niemoralna (a
zresztą, nawet jeśli tak, to co? mają umierać?) utrudnia prowadzenie tej
koniecznej dla ratowania życia ludzkiego akcji. Sytuacja w wielu regionach
poprawiła się w ostatnich latach, lecz dzisiaj trwa nowa batalia: trzeba
specjalnych małych prezerwatyw dla dzieci. I znów: kto to widział, prezerwatywy
dla dzieci, co za rozpusta! Wychowywać trzeba! No to mają umrzeć, zanim je
wychowacie?
Właśnie taki jest los ideologicznego radykalizmu - ten taran
napotyka na swej drodze oskarżycielski palec statystyki: Jest faktem, że karanie
za dokonywanie aborcji powoduje wzrost ilości aborcji i śmiertelności
okołoaborcyjnej, a edukacja seksualna w szkole i automaty z prezerwatywami
powodują zredukowanie zjawiska aborcji. A więc moralnie czy niemoralnie jest
żądać kar dla lekarzy dokonujących zabiegów aborcji i wykluczać wszelką prawną
możliwość legalizacji takich zabiegów w pewnych przypadkach oraz oświatę
seksualną w szkołach? I kto tu jest „cywilizacją śmierci”?
Komu szkodzi klon?
Jeśli coś jest w ludzkim postępowaniu złe, to znaczy albo że
powoduje czyjąś krzywdę, albo jest nieobyczajne. Źle jest kraść, bo krzywdzi się
właściciela i źle jest płodzić dzieci z obcymi kobietami, bo gwałci to nasze
obyczaje. Jako konserwatysta chętnie się z tymi tezami godzę. No więc, czy
klonowanie człowieka uczyni komuś krzywdę lub naruszy dobre obyczaje? To drugie
nie wchodzi w grę, bo obyczajów w sprawie klonów jak na razie nie mamy. Co do
tego pierwszego, to sprawa jest bardziej złożona. My po prostu nie wiemy, czy
ludzki klon nie będzie ciężko chorował i cierpiał, a poza tym jego stworzenie
wymagać będzie poświęcenia wielu mikroskopowych zarodków ludzkich. Ale przecież
ludzie chorzy zazwyczaj nie żałują, że jednak przyszli na świat. Pewnie więc
chorowity klon również nie będzie miał pretensji do tych, którzy go powołali do
życia. Ponadto ludzie bardzo często decydują się na powołanie do życia dziecka,
pomimo uzyskanej wiedzy o dużym ryzyku wystąpienia u niego wad genetycznych.
Lekarze często nawet sami pomagają takim parom w spłodzeniu potomstwa i raczej
nie uważa się tego za złe (jakkolwiek zdarza się i poniekąd odwrotnie, tj. że
przeprowadzenie genetycznych badań prenatalnych uzależnia się od uprzedniej
zgody na aborcję w przypadku wykrycia ciężkich uszkodzeń). Argument więc, że nie
wiadomo, czy klon będzie zdrowy i szczęśliwy, jest słuszny, lecz ci, którzy go
stosują, winni stokroć gorliwiej zająć się niezliczonymi przypadkami, kiedy do
reprodukcji dążą ludzie chorzy na choroby dziedziczne albo tak biedni, że
skazują swe dzieci na nędzę i głód. Co do kilkudziesięciokomórkowych embrionów
zaś, to trzeba wiedzieć, że „w naturze” i tak większość z nich się marnuje.
Jeśli są to „potencjalni ludzie”, to tak samo, jak są nimi same plemniki, które
w większości stają się drobinami kurzu lub piorą się w pralce, czy oocyty, które
w większości lądują na wysypiskach śmieci. Od połączonego z plemnikiem jaja do
embrionu implantowanego w macicy prowadzi długa droga, a od embrionu do czującej
i świadomej istoty istny kosmos przemian. Argument „z niszczenia embrionów” jest
więc wydumany, a w dodatku zagrożony jest tzw. „równią pochyłą” i stoczeniem się
po niej w absurd. Ujmowanie się za embrionami jako przyszłymi ludźmi prowadzi
logicznie do postulatu ochrony plemników i jajeczek, a wreszcie i kotletów
schabowych, które spożyte dostarczają budulca naszym życiodajnym komórkom
płciowym. Moralne napięcie wokół kwestii komórek macierzystych i losu negatywnie
wyselekcjonowanych embrionów o tyle zresztą słabnie, że najprawdopodobniej
komórki macierzyste, używane w procedurach genetycznych, będzie się uzyskiwać
nie z tkanek gonad, lecz np. z mięśni. Natomiast jeśli chodzi o sam argument z
„równi pochyłej”, to jest on po prostu niemoralny, będąc argumentem „ad personam”.
Mówiąc „dziś pozwolisz sobie na to, jutro posuniesz się dalej, pojutrze zaś
przekroczysz granice występku”, sugerujemy komuś, że jest co najmniej
nieroztropny, a może wręcz niemoralny i dlatego niezdolny do zachowania umiaru i
nie popadania w przesadę. Właśnie dlatego muszę odwołać swój powyższy argument
„z kotleta”, wszelako oczekuję w zamian, że i mnie nie będzie się więcej
epatować metaforą „równi pochyłej”.
Pojawiają się ponadto jeszcze argumenty
mistyczno-teologiczne. Powiada się, że klonowanie człowieka jest zawłaszczeniem
praw należnych jedynie Bogu. Cóż, gdybym był Bogiem, zapewne nie podobałoby mi
się, że jacyś faceci wydają wyroki, co jest moim prawem, a co wolno jeszcze
ludziom. Otóż Bogu wolno wszystko. Może np. powołać do życia człowieka na drodze
klonowania i jeśli takowy się urodzi, to będzie to widomy dowód na to, że Bóg
tak chciał. Poza tym, skoro wolno mi z całym rozmysłem i nieprzypadkowo
zaplanować ciążę ze swoją żoną, a więc zadecydować samemu „o życiu i śmierci”,
nie oglądając się na prerogatywy Boga, to dlaczego nie wolno mi niby z tym samym
rozmysłem podjąć decyzji o osiągnięciu tego samego celu, jakim jest powołanie do
życia nowego człowieka innym dostępnym sposobem, jakim jest klonowanie?
Na koniec jeszcze jeden argument: klonowanie może zostać
zastosowane w celach występnych. Nóż kuchenny również. Zakazać noży!
Ale nie chodzi wcale o klonowanie
Klonowanie reprodukcyjne jest ważne nie dlatego, że samo w
sobie jest potrzebne, lecz dlatego, że jest jakby sumą rozmaitych technik
molekularnych i genetycznych (np. związanych z zapłodnieniem pozaustrojowym i
diagnostyką preimplantacyjną), które mają zastosowania medyczne. To o te
techniki właśnie chodzi. Klonowanie pomaga je rozwijać. Potrzebujemy nowych
technik genetycznych ze względu na perspektwy terapii genowej, zastępowania
chorych organów i tkanek hodowlanymi transplantami, rozpoznawania wad
genetycznych u płodów i małych dzieci oraz ich leczenia, jak również ze względu
na nowe możliwości leczenia niepłodności.
Kwestie terapeutyczne są obecnie na pierwszym planie. W
przyszłości będą szanse na poprawienie genomu człowieka, zwłaszcza w zakresie
odporności na choroby, ale także pod takimi względami jak pamięć czy ostrość
zmysłów; do tego dojdą najpewniej urządzenia zintegrowane z ciałem, wspierające
i kontrolujące funkcje organiczne. Z pewnością zrodzą się na tym tle wielkie
problemy natury moralnej i politycznej. Szastanie zakazami jest tu jak chowanie
głowy w piasek: badań nie zatrzyma, a za to może przeszkodzić spokojnemu i
racjonalnemu poszukiwaniu rozwiązań niewątpliwie poważnych kłopotów, jakie
przyniesie ze sobą manipulacyjne opanowanie ludzkiego genomu. W tej chwili
przynajmniej mogę solennie wszystkich zapewnić, że świat czyni bardzo bardzo
dużo, by zagwarantować w dziedzinie badań genetycznych i związanych z nimi metod
terapii szczególnie wysokie standardy uczciwości i odpowiedzialności za skutki
prowadzonych eksperymentów i opracowywanych technik, a zajmuje się tym
profesjonalnie kilka tysięcy osób. Bioetycy są tu szczególnie uwrażliwieni na
kwestie związane z diagnostyką prenatalną (lub preimplantacyjną - w przypadku
stosowania technik zapłodnień in vitro), a zwłaszcza z kryteriami kwalifikacji
uszkodzonych genetycznie embrionów do aborcji. W Europie i USA dokonuje się
aborcji tylko w przypadku wykrycia ciężkich wad, a pytanie o to, jakie wady są
dość ciężkie, aby zabić embrion, rozważane jest zwykle z największą gorliwością.
Na obszarach, gdzie bioetyka jest znacznie mniej wpływowa, np. w wielu krajach
Azji, często dochodzi do eliminowania płodów ze względu na nie odpowiadającą
rodzicom płeć (zwykle żeńską), co jest praktyką zaiste przerażającą.
Z pewnością bioetycy, mający zwykle otwarte głowy i nieskorzy
do ideologicznych pomstowań, uczynili już bardzo wiele właśnie dla ograniczenia
wątpliwych moralnie praktyk - znacznie więcej, niż ci, którzy umieją tylko
ciskać gromy i rzucać kalumnie, bez żadnej znajomości rzeczy, arogancko i
pyszałkowato. Niestety, na razie bioetyków raczej nie słuchają politycy, którzy
zadowalają się zlecaniem swoim urzędnikom pisania rozmaitych deklaracji i
oświadczeń w zakresie bioetyki pod ich polityczne zamówienia, a następnie
przegłosowują te deklaracje w rozmaitych organizacjach międzynarodowych czy w
organach władz krajowych. Są to z reguły jeszcze amatorskie i koślawe teksty,
mało mające wspólnego z wiedzą bioetyczną i autentyczną praktyką nauki i
medycyny. Z czasem to się jednak pewnie zmieni, a polityk i duchowny przestaną
sądzić, że wolno im się wypowiadać autorytatywnie w tych kwestiach akurat
dlatego, że są politykami albo duchownymi. To może okropne, ale nawet bioetyka
jest czymś, na czym się trzeba znać, żeby o tym gadać. Na szczęście jednak
nikomu nie robi się przeszkód, aby z tymi sprawami się zapoznał; literatury (po
angielsku) nie brakuje.
|