Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Klonowanie? Czemu nie!

[Opublikowane w Gazecie Wyborczej z 29 marca 2002]

Czytając i słuchając wypowiedzi radykalnych przeciwników eksperymentów genetycznych, a zwłaszcza eksprymentów na ludziach, odnoszę zwykle wrażenie, że mam do czynienia bardziej z jakimiś rytualnymi pomstowaniami, niż z wyrazami odpowiedzialności i troski moralnej, jak to bywa nam sugerowane. Czytam i słucham więc o naruszaniu godności a nawet tożasmości ludzkiej, o pogwałceniu prerogatyw samego Boga, o nieodpowiedzialnej ingerencji w naturę, o „cywilizacji śmierci”. Językiem tym mówią duchowni niektórych wyznań oraz wielu innych laików, którzy chętnie słuchają swoich religijnych przewodników, na samodzielność się zbytnio nie siląc. Wśród specjalistów od tych spraw, czyli samych genetyków, biotechnologów i lekarzy, jak również wśród specjalistów od moralnych zagadnień zawiązanych z rozwojem technologii biomedycznych (czyli bioetyków) język taki pojawa się sporadycznie, a radykalne i restrykcyjne poglądy zdarzają się wśród tych kompetentnych osób nader rzadko. Czyżby w tym osobliwym przypadku ogół specjalistów był w błędzie, a rację miały osoby postronne?

Człowiek nie jest doskonały ani „naturalny”

Popularnymi poglądami, wobec których chciałbym tu zaoponować, rządzi kilka całkiem fałszywych dogmatów. Jeden z nich powiada, że natura jest doskonałym systemem równowagi, którego nie wolno zaburzać i w który nie można bezkarnie ingerować. Natura - zgodnie z tym wyobrażeniem - sama „najlepiej wie” co jest biologicznie dobre, prowadząc do eliminacji tworów nieudanych a utrwalając tendencje korzystne. Otóż taka metafizyka dobrej i mądrej natury nie ma żadnego uzasadnienia ani filozoficznego, ani naukowego. Jest to po prostu jedna z wielu metafizycznych baśni - taka sobie właśnie „baśń o matce naturze”, zresztą w gruncie rzeczy raczej pogańska i trudna do pogodzenia z duchem judeochrześcjańskim. W istocie, „natura ożywiona” (czyli ogół roślin i zwierząt) pełna jest najrozmaitszych „wynaturzeń”, nieudanych genetycznych „eksperymentów, katastrof, wymierań, regresów i załamań, kiedy wszystko przestaje się samo „regulować”, „dobierać naturalnie”, „ewoluować”, „przystosowywać” itd. Aktualnie trwa właśnie wielkie wymieranie - tym razem spowodowane przez człowieka i jego cywilizację - ale ten fakt nie oznacza, że pozostawiona „sama sobie” natura jest idylliczna i zrównoważona. Ani trochę, niestety.

Drugim archaicznym dogmatem jest przekonanie, że człowiek może i pochodzi od małpy, lecz jest swoistym „cudem natury”, cudownym stworzeniem, które można tylko popsuć, cokolwiek się w nim zmieni. Cóż, chciałoby się powiedzieć, że „pycha osobnicza” przechodzi tu w „pychę gatunkową”. Otóż nasz gatunek nie znajduje się w dobrej kondycji biologicznej, i to właśnie dlatego, że już dawno zaburzył - poprzez swe obyczaje i inne czynniki kulturowe - „naturalne” (czyli zwierzęce) formy reprodukcji, dokonując na sobie, w cakiem żywiołowy i niezamierzony sposób, manipulacji genetycznej, pod wieloma względami niekorzystnej i wywołującej poważne ryzyko biologiczne dla całego gatunku. Można nad tym ubolewać, ale to się już nie „odstanie” i nigdy już nie będziemy mogli uważać się za czysty produkt mądrości (lub spontaniczności) „natury”. W zdumiewająco krótkim czasie (zaledwie kilkunastu tysięcy pokoleń) kulturowe ingerencje w zwierzęcą reproduktywność doprowadziły nie tylko do zwiększenia objętości naszego mózgu, dostosowania budowy kręgosłupa do poruszania się w pionie, usprawnienia ręki etc., ale również do utraty pokrywy włosowej, osłabienia uzębienia, zmniejszenia odporności na infekcje, ograniczenia płodności i do wielu innych ewidentnych uszkodzeń. To z kolei pchnęło nas jeszcze głębiej w kulturę. Oto na przykład mając mniej sierści musieliśmy zacząć się lepiej ubierać i ogrzewać. Lecz czym bardziej stawaliśmy się zależni od swych kulturowych wytworów, tym bardziej też ingerowaliśmy w „naturalną” reproduktywność. Tak na przykład ubieranie się zaburzyło nasz seksualizm, a osadnictwo rolnicze (związane zresztą z dokonaną przez nas ingerencją genetyczną - poprzez „nienaturalny dobór” - w niektóre gatunki traw i wytworzenie z nich jadalnych zbóż) utrwaliło monogamię i również na swój sposób przyczyniło się do stagnacji genetycznej rodu homo. Przy okazji dokonaliśmy mniej czy bardziej zamierzonej manipulacji na rozmaitych gatunkach zwierzęcych, dochowując się krów, świń, psów i innych niezdolnych do „samodzielnego życia w naturze” stworów.

Rezultat naszej dotychczasowej twórczości genetycznej w odniesieniu do nas samych jest dość opłakany i nie widać żadnych powodów do przypuszczeń, aby od dawna degenerujący się rodzaj ludzki miał nagle się sam z siebie poprawić pod tym względem; wręcz przeciwnie, dywersyfikacja genetyczna gatunku homo jest niepokojąco niska, a jego płodność nierównomierna, co poprawie zróżnicowania genetycznego dobrze nie wróży. A w dodatku czynniki kulturowe przeszkadzają zbawiennemu biologicznie krzyżowaniu się ras (tak, tak - wbrew przykazaniom poprawności „biopolitycznej” dzielimy się na rasy, a te rasy niestety za mało się między sobą kochają). Polityka melioracji genetycznej, czyli polityka eugeniczna, związana siłą rzeczy z ograniczeniem tej wolności prokreacji, jaką cieszymy się dzisiaj, na pewno nie jest jeszcze pilną, choć przykrą, koniecznością, ale może się taką stać w dalszej przyszłości.

Lubimy siebie takimi, jakim jesteśmy i mamy opory przed poprawianiem swej puli genowej i swych cech fenotypowych (psychicznych i fizycznych) za pomocą manipulacji i selekcji genetycznej. Mamy tu niedobre skojarzenia polityczne i poczucie, że jeszcze za mało wiemy. Skojarzenia jednakże kiedyś zbledną, a wiedzy przybędzie. Lepiej już dziś przeto uczyć się wyważonego stosunku do zagadnień eugenicznych, niż opędzać się egzorcyzmami lub udawać, że nie ma problemu. Jak na razie, nasze zwierzęta mają lepiej. Krowy i konie możemy sobie bowiem bez przeszkód ulepszać - i czynimy to ze znakomitym skutkiem od bardzo dawna, różnymi technikami: dotychczas przez zwykłe krzyżówki i dobór reproduktorów, a za chwilę także dzięki technikom biologii molekularnej i genetyki. Człowieka zaś tymczasem ulepszać nie wolno. To się jednak zmieni, gdyż ludzką praktyką rządzi zasada, że jak coś się da zrobić, to się to w końcu robi.

My nie zakraplaczem robieni!

Idźmy dalej tym tropem. Gierek zwrócił się kiedyś z uroczystą inwokacją do Biura Politycznego PZPR: „Towarzysze, wy, że tak powiem, przecież nie palcem jesteście robieni”. No właśnie. Ale czy człowiek palcami robiony w laboratorium byłby jakiś gorszy? I pod jakimi względami? A gdyby był zdrowy, inteligentny i piękny to też źle? A gdyby był zdrowszy i inteligentniejszy od wszystkich innych to dalej źle? A może czym lepiej, tym gorzej, a doskonalsze gorsze jest od mniej doskonałego, jeśli nie ma właściwego („naturalnego”) rodowodu? Grząska to moralność. W istocie, uważam za moralnie wątpliwy pogląd, że jest dopuszczalne, aby człowiek dobierał sobie męża czy żonę patrząc na zdrowie i urodę i w ten sposób dążył do jak najlepszego potomstwa, niedopuszczalne zaś by korzystał z bardziej subtelnych środków zapewnienia sobie tego samego, np. poprzez badania genetyczne prognozujące ryzyko zaburzeń genetycznych u potomstwa poddającej się badaniu pary.

Odraza do manipulacji genetycznych na człowieku jest pokrewna magicznej bojaźni przed genetycznie modyfikowaną żywnością. Każde warzywo, które jemy jest genetycznie modyfikowane, bo nasze kartofle ani pomidory w naturze nie rosną. Póki te modyfikacje są uzyskiwane drogą tradycyjną lub nawet nowoczesną, lecz taką, do której już się przyzwyczailiśmy, to wszystko jest dobrze. Gdy zaś wchodzi do użytku nowa technologia dokonywania tego rodzaju zmian, zaczynamy się kolejnych sztucznych i zmodyfikowanych odmian pomidorów i kartofli brzydzić. Tę kompletnie irracjonalną awersję ubiera się w jakieś pozory argumentów, np. powiadając, że nie znamy dalekosiężnych skutków spożywania transgenicznego ryżu. A czy znamy dalekosiężne skutki spożywania nowych odmian uzyskiwanych innymi technikami? Skutek zabobonu jest taki, że państwa wprowadzają embarga na import transgeniczenej żywności, odbierając wielu biednym krajom szansę poprawienia swej kondycji ekonomicznej. Analogiczna, lecz znacznie bardziej drastyczna, jest sprawa AIDS i prezerwatyw, szokująca bioetyków od wielu lat. Wiadomo, że istotnym czynnikiem ograniczającym epidemię AIDS jest stosowanie prezerwatyw. Wysyłanie prezerwatyw do regionów Afryki, gdzie ludzie giną tysiącami od tej strasznej choroby, jest najskuteczniejszym sposobem doraźnej pomocy (choć wcale nie wystarczającym). Tymczasem zabobon, iż prezerwatywa jest niemoralna (a zresztą, nawet jeśli tak, to co? mają umierać?) utrudnia prowadzenie tej koniecznej dla ratowania życia ludzkiego akcji. Sytuacja w wielu regionach poprawiła się w ostatnich latach, lecz dzisiaj trwa nowa batalia: trzeba specjalnych małych prezerwatyw dla dzieci. I znów: kto to widział, prezerwatywy dla dzieci, co za rozpusta! Wychowywać trzeba! No to mają umrzeć, zanim je wychowacie?

Właśnie taki jest los ideologicznego radykalizmu - ten taran napotyka na swej drodze oskarżycielski palec statystyki: Jest faktem, że karanie za dokonywanie aborcji powoduje wzrost ilości aborcji i śmiertelności okołoaborcyjnej, a edukacja seksualna w szkole i automaty z prezerwatywami powodują zredukowanie zjawiska aborcji. A więc moralnie czy niemoralnie jest żądać kar dla lekarzy dokonujących zabiegów aborcji i wykluczać wszelką prawną możliwość legalizacji takich zabiegów w pewnych przypadkach oraz oświatę seksualną w szkołach? I kto tu jest „cywilizacją śmierci”?

 

Komu szkodzi klon?

Jeśli coś jest w ludzkim postępowaniu złe, to znaczy albo że powoduje czyjąś krzywdę, albo jest nieobyczajne. Źle jest kraść, bo krzywdzi się właściciela i źle jest płodzić dzieci z obcymi kobietami, bo gwałci to nasze obyczaje. Jako konserwatysta chętnie się z tymi tezami godzę. No więc, czy klonowanie człowieka uczyni komuś krzywdę lub naruszy dobre obyczaje? To drugie nie wchodzi w grę, bo obyczajów w sprawie klonów jak na razie nie mamy. Co do tego pierwszego, to sprawa jest bardziej złożona. My po prostu nie wiemy, czy ludzki klon nie będzie ciężko chorował i cierpiał, a poza tym jego stworzenie wymagać będzie poświęcenia wielu mikroskopowych zarodków ludzkich. Ale przecież ludzie chorzy zazwyczaj nie żałują, że jednak przyszli na świat. Pewnie więc chorowity klon również nie będzie miał pretensji do tych, którzy go powołali do życia. Ponadto ludzie bardzo często decydują się na powołanie do życia dziecka, pomimo uzyskanej wiedzy o dużym ryzyku wystąpienia u niego wad genetycznych. Lekarze często nawet sami pomagają takim parom w spłodzeniu potomstwa i raczej nie uważa się tego za złe (jakkolwiek zdarza się i poniekąd odwrotnie, tj. że przeprowadzenie genetycznych badań prenatalnych uzależnia się od uprzedniej zgody na aborcję w przypadku wykrycia ciężkich uszkodzeń). Argument więc, że nie wiadomo, czy klon będzie zdrowy i szczęśliwy, jest słuszny, lecz ci, którzy go stosują, winni stokroć gorliwiej zająć się niezliczonymi przypadkami, kiedy do reprodukcji dążą ludzie chorzy na choroby dziedziczne albo tak biedni, że skazują swe dzieci na nędzę i głód. Co do kilkudziesięciokomórkowych embrionów zaś, to trzeba wiedzieć, że „w naturze” i tak większość z nich się marnuje. Jeśli są to „potencjalni ludzie”, to tak samo, jak są nimi same plemniki, które w większości stają się drobinami kurzu lub piorą się w pralce, czy oocyty, które w większości lądują na wysypiskach śmieci. Od połączonego z plemnikiem jaja do embrionu implantowanego w macicy prowadzi długa droga, a od embrionu do czującej i świadomej istoty istny kosmos przemian. Argument „z niszczenia embrionów” jest więc wydumany, a w dodatku zagrożony jest tzw. „równią pochyłą” i stoczeniem się po niej w absurd. Ujmowanie się za embrionami jako przyszłymi ludźmi prowadzi logicznie do postulatu ochrony plemników i jajeczek, a wreszcie i kotletów schabowych, które spożyte dostarczają budulca naszym życiodajnym komórkom płciowym. Moralne napięcie wokół kwestii komórek macierzystych i losu negatywnie wyselekcjonowanych embrionów o tyle zresztą słabnie, że najprawdopodobniej komórki macierzyste, używane w procedurach genetycznych, będzie się uzyskiwać nie z tkanek gonad, lecz np. z mięśni. Natomiast jeśli chodzi o sam argument z „równi pochyłej”, to jest on po prostu niemoralny, będąc argumentem „ad personam”. Mówiąc „dziś pozwolisz sobie na to, jutro posuniesz się dalej, pojutrze zaś przekroczysz granice występku”, sugerujemy komuś, że jest co najmniej nieroztropny, a może wręcz niemoralny i dlatego niezdolny do zachowania umiaru i nie popadania w przesadę. Właśnie dlatego muszę odwołać swój powyższy argument „z kotleta”, wszelako oczekuję w zamian, że i mnie nie będzie się więcej epatować metaforą „równi pochyłej”.

Pojawiają się ponadto jeszcze argumenty mistyczno-teologiczne. Powiada się, że klonowanie człowieka jest zawłaszczeniem praw należnych jedynie Bogu. Cóż, gdybym był Bogiem, zapewne nie podobałoby mi się, że jacyś faceci wydają wyroki, co jest moim prawem, a co wolno jeszcze ludziom. Otóż Bogu wolno wszystko. Może np. powołać do życia człowieka na drodze klonowania i jeśli takowy się urodzi, to będzie to widomy dowód na to, że Bóg tak chciał. Poza tym, skoro wolno mi z całym rozmysłem i nieprzypadkowo zaplanować ciążę ze swoją żoną, a więc zadecydować samemu „o życiu i śmierci”, nie oglądając się na prerogatywy Boga, to dlaczego nie wolno mi niby z tym samym rozmysłem podjąć decyzji o osiągnięciu tego samego celu, jakim jest powołanie do życia nowego człowieka innym dostępnym sposobem, jakim jest klonowanie?

Na koniec jeszcze jeden argument: klonowanie może zostać zastosowane w celach występnych. Nóż kuchenny również. Zakazać noży!

 

Ale nie chodzi wcale o klonowanie

Klonowanie reprodukcyjne jest ważne nie dlatego, że samo w sobie jest potrzebne, lecz dlatego, że jest jakby sumą rozmaitych technik molekularnych i genetycznych (np. związanych z zapłodnieniem pozaustrojowym i diagnostyką preimplantacyjną), które mają zastosowania medyczne. To o te techniki właśnie chodzi. Klonowanie pomaga je rozwijać. Potrzebujemy nowych technik genetycznych ze względu na perspektwy terapii genowej, zastępowania chorych organów i tkanek hodowlanymi transplantami, rozpoznawania wad genetycznych u płodów i małych dzieci oraz ich leczenia, jak również ze względu na nowe możliwości leczenia niepłodności.

Kwestie terapeutyczne są obecnie na pierwszym planie. W przyszłości będą szanse na poprawienie genomu człowieka, zwłaszcza w zakresie odporności na choroby, ale także pod takimi względami jak pamięć czy ostrość zmysłów; do tego dojdą najpewniej urządzenia zintegrowane z ciałem, wspierające i kontrolujące funkcje organiczne. Z pewnością zrodzą się na tym tle wielkie problemy natury moralnej i politycznej. Szastanie zakazami jest tu jak chowanie głowy w piasek: badań nie zatrzyma, a za to może przeszkodzić spokojnemu i racjonalnemu poszukiwaniu rozwiązań niewątpliwie poważnych kłopotów, jakie przyniesie ze sobą manipulacyjne opanowanie ludzkiego genomu. W tej chwili przynajmniej mogę solennie wszystkich zapewnić, że świat czyni bardzo bardzo dużo, by zagwarantować w dziedzinie badań genetycznych i związanych z nimi metod terapii szczególnie wysokie standardy uczciwości i odpowiedzialności za skutki prowadzonych eksperymentów i opracowywanych technik, a zajmuje się tym profesjonalnie kilka tysięcy osób. Bioetycy są tu szczególnie uwrażliwieni na kwestie związane z diagnostyką prenatalną (lub preimplantacyjną - w przypadku stosowania technik zapłodnień in vitro), a zwłaszcza z kryteriami kwalifikacji uszkodzonych genetycznie embrionów do aborcji. W Europie i USA dokonuje się aborcji tylko w przypadku wykrycia ciężkich wad, a pytanie o to, jakie wady są dość ciężkie, aby zabić embrion, rozważane jest zwykle z największą gorliwością. Na obszarach, gdzie bioetyka jest znacznie mniej wpływowa, np. w wielu krajach Azji, często dochodzi do eliminowania płodów ze względu na nie odpowiadającą rodzicom płeć (zwykle żeńską), co jest praktyką zaiste przerażającą.

Z pewnością bioetycy, mający zwykle otwarte głowy i nieskorzy do ideologicznych pomstowań, uczynili już bardzo wiele właśnie dla ograniczenia wątpliwych moralnie praktyk - znacznie więcej, niż ci, którzy umieją tylko ciskać gromy i rzucać kalumnie, bez żadnej znajomości rzeczy, arogancko i pyszałkowato. Niestety, na razie bioetyków raczej nie słuchają politycy, którzy zadowalają się zlecaniem swoim urzędnikom pisania rozmaitych deklaracji i oświadczeń w zakresie bioetyki pod ich polityczne zamówienia, a następnie przegłosowują te deklaracje w rozmaitych organizacjach międzynarodowych czy w organach władz krajowych. Są to z reguły jeszcze amatorskie i koślawe teksty, mało mające wspólnego z wiedzą bioetyczną i autentyczną praktyką nauki i medycyny. Z czasem to się jednak pewnie zmieni, a polityk i duchowny przestaną sądzić, że wolno im się wypowiadać autorytatywnie w tych kwestiach akurat dlatego, że są politykami albo duchownymi. To może okropne, ale nawet bioetyka jest czymś, na czym się trzeba znać, żeby o tym gadać. Na szczęście jednak nikomu nie robi się przeszkód, aby z tymi sprawami się zapoznał; literatury (po angielsku) nie brakuje.

jot@ka