Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

Komórka jako składnik ciała

 

Komórka – jak mało romatycznie brzmi nazwa tego cudownego urządzenia, tego pudełka pełnego marzeń i obietnic. Może ktoś zadzwoni, może przyśle smsa? Czuwające, wrażliwe elektroniczne serce czeka na sygnał. Nie wiadomo, co się może zdarzyć... I nie wiadomo jeszcze tak naprawdę, czym jest i czym jeszcze może stać się dla nas to nasze drugie, elektroniczne ja i ten świat zamknięty w pudełku, przytulony do serca. Nasze myślenie o telefonie zdeterminowane jest przez rozeznanie w aktulanych możliwościach technicznych i konkretnych prognozach rozwojowych oraz związane z nimi wyzwania marketingowe. Jest to wszelako perspektywa płaska i krótkookresowa. Aby zrozumieć, czym może być telekomunikacja w przyszłości, trzeba dodatkowo wysilić wyobraźnię i poniekąd zignorować obecne ograniczenia technologiczne, a więc oddać się „kontrolowanym marzeniom”. W czasach, gdy coraz mniej rzeczy jest zasadniczo i trwale „technicznie niemożliwych” to całkiem racjonalna strategia poznawcza! Jakże tymczasowe i efemeryczne są przecież nasze aktualne przekonania o tym, co jest, a co nie jest technicznie dopuszczalne...

Nasza marzycielska metodologia o tyle jest adekwatna do swego przedmiotu, o ile telefon komórkowy sam jest nośnikiem i medium marzeń. A właśnie jest. Rozpatrywanie ekonomicznych i funkcjonalnych aspektów tego urządzenia w kategoriach czysto ulitarnych, z założeniem, że rozwój branży określony jest przez „faktyczne” (czyli nie wymyślone, nie irracjoalne, nieemocjonalne) potrzeby użytkowników, utwierdza nas w racjonalistycznym złudzeniu. Otóż z telefonu zwykle nie korzystamy z potrzeby. Owszem, pobudzenia emocjonalne, marzenia, lęki, namiętności, które manifestujemy za pomocą telefonu, również mogą zostać nazwane potrzebami – potrzebami serca czy potrzebami emocjonalnymi. Ale takie potrzeby w gruncie rzeczy są właśnie czymś odwrotnym niż potrzeby praktyczne, poddające się łatwo obrachunkowi ekonomicznemu. Oto telefon istnieje i rozwija się przede wszystkim bez potrzeby, a więc nieutylitarnie. Tym samym zaś, w pewnej mierze przynajmniej, nieprzewidywalnie.

Nasze obsesyjne dotykanie telefonu, manipulowanie nim, generujące zysk firmy telekomunikacyjnej lub nie, nie poddaje się obliczalnemu sterowaniu. Jak każda obsesja poddaje się jednak stymulacji. I taki jest właśnie interes firm telekomunikacyjnych: podsycać zachowania obsesyjne, oparte na powtórzeniach natrętnych gestów – gestów związanych z uruchamianiem usług telekomunikacyjnych – czyli wykorzystać wielki potencjał neurotyczny społeczeństwa. Czy skupienie energii natręctw na telefonie jest terapeutycznie korzystne, czy może degradujące? Sądzę, że jednak korzystne, pod warunkiem, że wyraźna większość interakcji telefonicznych będzie satysfakcjonująca...

Jako przedmiot manipulacji telefon jest przedłużeniem organu ciała. Neurotyczna manipulacja dotyczy bowiem pierwotnie własnego ciała, będąc aktem walki z jego urzeczowieniem w percepcji własnej i cudzej, a zarazem dodatkowym urzeczowieniem, skoro to, czym manipulujemy, z natury staje się dla nas rzeczą. Nie wdając się w tę infantylną dialektykę i psychologię neurotycznej manipulacji ciałem i małymi przedmiotami, pragnę zauważyć jedynie, iż do jej istoty należy dążność do wchłonięcia obiektu manipulacji, a więc jego integracji z ciałem. Wynika stąd prosty wniosek dotyczący logiki naszego obcowania z telefonem: będziemy zmierzać do tego, by telefon stał się w możliwie największym stopniu częścią nas samych i by stawał się nam dostępny we wszystkich możliwych aspektach swej funkcjonalności poprzez wszystkie zmysły. Musi więc być nasz, uwewnętrzniony nie tylko przez dźwięk, jaki się z niego dobywa, ale i przez obraz oraz czucie. Z czysto technicznego punktu widzenia oznacza to dwa wyznaczniki przyszłych innowacji technicznych:

– telefon będzie coraz bardziej interaktywnym urządzeniem, komunikującym nam, bardziej czy mniej selektywnie, pobudzające dla nas treści – poprzez dźwięk, obraz, wibrację i ciepło.

– telefon, aby stać się w największym możliwie stopniu przedłużeniem ciała, paraorganem, musi utracić swą sztywność i poddać się częściowej inkorporacji. Choć zapewne nie może cały znaleźć się wewnątrz ciała, to jednak może być z nim intymnie i trwale związany, jak to dzisiaj dzieje się z zegrakiem, a wewnątrz ciała może znaleźć się przynajmniej współpracujący z nim chip.

Pamiętając o tych wyznacznikach można pokusić się nawet o bardziej szczegółowe wyobrażenie sobie linii rozwojowej telekomunikacji komórkowej, wyobrażenie nie oparte na antycypacjach wynikających z wiedzy inżynieryjnej lub marketingowej (obie, jako empiryczne, operują w wąskim horyznocie czasowym), lecz na pojmowaniu psycho-logiki obcowania z telefonem, a zwłaszcza jego emocjonalnych funkcji. W gruncie rzeczy chodzi wszelako o kombinację obu punktów widzenia. Można bowiem powiedzieć tak: wszelkie rozsądne usługi, mające znaczenie praktyczne, prędzej czy później (po pokonaniu barier technologicznych i ekonomicznych) zostaną wprowadzone – wiedza szczegółowa może nam pomóc przewidzieć kolejność ich wejścia na rynek, cenę i stopnień rozpowszechnienia; tym, co musimy sobie jednak przedstawić na innej niż jedynie technologiczno-ekonomiczna podstawie, jest ogólniejsza sfera konotacji i kontekst społeczno emocjonalny, a więc to, „czym będzie dla nas w przyszłości telefon”. Musimy bowiem serio brać pod uwagę mozliwość, że będzie czymś innym, czymś więcej, niż dzisiaj. Oto jak może wyglądać taka kombinowana, aprioryczna poniekąd, lecz może raczej intuicyjna prognoza.

W punkcie wyjścia mamy rozbudowane, wielofunkcyjne urządzenia, smartfony, zbliżające się funkcjonalnie do palmtopów. Możemy zakładać, że proces integracji urządzeń i ich rozwój posunie się tak daleko, że zrezygnujemy z noszenia kilku wyspecjalizowanych jednostek, wybierając „kombajn”. Przemawiają za tym zarówno względy praktyczne, jak i emocjonalne. Czym bardziej potentny będzie mój komunikator, tym większą rolę będzie mógł odgrywać w moim życiu emocjonalnym, stając się w niektórych przypadkach moim protetycznym alter ego, a na co dzień inteligentną zabawką, nad którą będę mógł rozciągać swe manipulacyjne władztwo, z właściwą psychiczną satysfakcją. Inaczej mówiąc, czym więcej funkcji ma telefon, tym więcej mam powodów, aby go dotykać, a to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej.

To jest, jak powiadam, punkt wyjścia. Teraz należy zadać sobie pytanie, jakie funkcje telefonu mogą być szczególnie atrakcyjne, zwłaszcza z psychologicznego punktu widzenia. Należy się bowiem spodziewać, że one właśnie będą rozwijać się szczególnie bujnie. Otóż twierdzę, że telefon jako medium marzeń jest dziś urządzeniem frustrującym, gdyż możemy oczekiwać od niego głównie takich ofert, jakie sami sobie wypracowaliśmy, na jakie sami niejako zasłużyliśmy. Nie dostaniemy smsa od Claudii Shiffer ani Leonardo di Caprio, a co najwyżej od koleżanki lub kolegi. Tymczasem marzeniem naszym jest, byśmy nie tylko pozostawali w kontakcie ze znajomymi i przyjaciółmi, lecz by przybywało nam ekscytujacych kontaktów. Jednocześnie wszelako nie chcemy być niepokojeni przez nachalną reklamę. Czego nam więc potrzeba? Tego, by telefon generował nowe znajomości, a nie wyłącznie podtrzymywał stare, a także by nadawał nam komunikaty takie, jakich sobie życzymy. Aby te cele mogły być osiągnięte, a nowa funkcja psychologiczna telefonu zrealizowana, potrzebujemy technologii oraz formatu usług, zapewniającego selektywność i lokalizację komunikacji. Takim formatem i zasadą technologiczną jest blue tooth.

Sprawne funkcjonowanie selektywnej komunikacji radiowej wymaga pewnego publicznego konsensusu i wykształcenia się odpowiedniego publicznego kodu i kodeksu. Kodu pozwalającego rozpoznawać „swój swego”w odpowiednich kręgach zainteresowań, a kodeksu dobrych obyczajów, by ograniczyć uciążliwe oszustwa i manipulacje. Sądzę, że za kilka, kilkanaście lat każda firma i instytucja będzie stale nadawać mikrokomunikat radiowy na swój temat, działający podobnie jak szyld. Osoby zainteresowane danym typem komunikatu będą zaś miały selektywnie zaprogramowane telefony, tak aby odnierać takie komunikaty, które chcieliby otrzymywać. Elementarne komunikaty będą natury lokalizacyjnej: GPS, informacja o dostępnych w pobliżu usługach czy środkach komunikacji miejskiej. Osoba zainteresowana piwem będzie odbierała sygnały z knajp, książkami – z księgarń itd. Zmiana jakościowa to komunikaty o obecności w pobliżu naszych znajomych, rewolucja zaś i rewelacja to wymiana komunikatów pomiędzy obcymi sobie jeszcze, nieznającymi się osobami, zainteresowanymi nazwiązaniem kontaktu. Oto będą się rozpoznawać na ulicy fani tego samego zespołu, miłośnicy podobnych rozrywek i ogólnie – chętni do tego samego i gotowi do kontaktu. Technika ta, w gruncie rzeczy już dostępna, dzięki funkcji blue tooth, pozwoli na przełamanie frustrującego ograniczenia funkcji komunikacji personalnej do kręgu osób już znanych i zrobienie kroku w stronę realizacji największego marzenia, które uczyniło telefon komórkowy czymś ekscytującym. Jeśli stały dostęp do internetu, ów „absolut skomunikowania”, do którego zdajemy się już dochodzić, można nazwać „onlajnizacją”, to selektywne skomunikowanie radiowe nazwałbym „mikroonlajnizacją”. Z pewnością używanie tej funkcji będzie wymagało pewnej odwagi i nie wszyscy się na to zdobędą. Nie ma tu już bowiem tej bezpiecznej anonimowości, którą daje internet. Oto chodzę po ulicy nadając komunikat „filozofia transcendentalna”. Po roku na plaży w Sopocie odzywa się w mojej komórce dżingel „filozofia transcendnetalna”, rozglądam się, a tu młoda filozofka, całkiem sama. Ale może raczej emeryt... Albo też na egzotycznej wycieczce włączę sobie „Polak”, a tu wołać mnie będą jakieś pijane typy. Ryzyko jest spore. Ale kto nie gra, ten nie wygrywa. Więc grających nie zabraknie. Mikrooonlajnizacja, pomimo ograniczonej użyteczności (potrzeby praktyczne bowiem i pożytki nie są określane przez to, czego jeszcze nie znamy), ma szanse stać się tak samo ważna jak onlajnizacja globalna.

Blue tooth, dziś raczej technika zdalnego sterowania niż komunikator, umocni wkrótce nasze nadzieje, że telefon odmieni nasze życie. A nadzieja to już połowa sukcesu. Wierzę jednak, że faktycznie dzięki tej funkcji dla niejednego telefon stać się może naprawdę czarodziejskim pudełkiem, spełniającym marzenia, a więc czymś jak szklanka alkoholu, która nie tylko obiecuje chwilę przyjemności, odurzenia i zapomnienia, ale także faktycznie ją daje. Emocjonalne znaczenie naszego cudownego urządzenia wzrośnie niepomiernie, gdy będzie ono faktycznie czuwać za nas, by nie przepuścić żadnej ekscytującej okazji, gdy będzie już nie tylko naszym wielkim uchem, naszym telewizjerem, ale także naszym drugim sercem, żyjącym nadzieją. Może nie jest łatwo zarobić na tym firmom telekomunikacyjnym, ale producentom sprzętu na pewno.

Potrzeba stałego skomunikowania i związana z tym ekscytacja ma charakter neurotycznego uzależnienia, czyli natręctwa. Cały rynek alkoholu, snacków, papierosów, a nawet sprzętu sportowego oraz rynek leków zależą od uzależnień. Również rynek telekomunikacyjny jest edyktywny. W odróżnienieu jednakże od niektórych innych dziedzin, w dziedzinie telefonii nagroda za powtórzenie czynności natrętnej często ma wartość terapeutyczną. Tym bowiem, co nas leczy, są dobre relacje i dobre kontakty z ludźmi. Jeśli intensywnie używamy telefonu, nasze poczucie osamotnienia jest tymczasowo kojone, a jednocześnie nabierając biegłości w sztuce rozmowy telefonicznej, czynimy te kontakty coraz bardziej satysfakcjonującymi. Zauważmy, że chorym na depresję terapeuci zwykle odradzają wyłączanie telefonu...

Jednak natręctwo dotyczy nie tylko powtarzania aktów komunikacji telefonicznej i smsowej, gdyż pierwotna postać edyktywności polega na manipulacji ciałem i małymi przedmiotami, proporcjonalnymi do organów ciała. Nie sądzę, żeby telefon miał stać się gryzaczkiem, niemniej jednak mamy jeszcze ogromne rezerwy czasu i energii, które chcielibyśmy spożytkować na manipulowanie telefonem, czego dowodem są niezliczone akty pustych, natrętnych dotknięć urządzenia, pod pozorem sprawdzenia, czy nie było do nas telefonu lub smsa. Chcemy dotykać urządzenia więcej i mieć po temu pretekst. Sprawdzanie, co nam niesie blue tooth, zaangażuje nas już dość mocno. Sądzę jednak, że odpowiedzią na tę psychiczną potrzebę, jakże zresztą pragmatyczną odpowiedzią, będzie również intregracja telefonu z urządzeniem typu Radio Frequency ID, czyli, powiedzmy, jego rafidacja. Urządzenia RFID nie używają własnej energii, lecz są ropoznawane przez nadajnik radiowy. Używamy ich zwykle do otwierania samochodu czy bramy na odległość, ale przewiduje się, że zastosowania tej techniki będą lawinowo narastać. Rzecz w tym, iż dzięki niej można zautomatyzować identyfikację i autoryzację odbiorców usług masowych oraz osoby upoważnione do korzystania z określonej infrastruktury. Przez bramkę metra czy bramę zakładu pracy albo biblioteki można będzie przejść nie fatygując się z wkładaniem karty do czytnika, bo RFID odczytuje nasze uprawnienie i skasuje należność na odległość. W stołówce nie będzie trzeba oddawać bloczka, a w pociągu pokazywać biletu. Konduktor sam znajdzie osoby bez urządzenia i bez biletu. Żeby jednak móc tak wszechstronnie używać naszego RFID, będziemy musieli pobierać kody i dokonywać opłat, za pośrednictwem usług telekomunikacyjnych. A to oznacza prowizję dla dostawcy tych usług. Proszę sobie wyobrazić, że 50% biletów komunikacji miejskiej w Warszawie kupowano by przez telefon, z prowizją średnio 1 grosz za osobo-przejazd. Daje to kwotę rzędu 10000 zł dziennie, czyli ze 2% dziennego utargu takiej Ery na terenie stolicy. A podobnych zastosowań jest wiele.

Urządzenia RFID zwie się zbliżeniowymi. Niewinna, przypadkowa perwersja tego zwrotu oddaje istotę rzeczy. Telefon ma zbliżać i przez telefon mamy się zbliżać do innych ludzi oraz do naszych celów emocjonalnych i praktycznych. Realne zbliżanie telefonu do czegoś wzmacnia tę metaforę. Będziemy więc chętnie zbliżać, wystawiać, nastawiać, obracać się telefonem we właściwą stronę. Potrzeby związane z RFID są jeszcze jednym bodźcem dla intymizacji telefonu, która już obecnie jest wyraźnie zbyt mała. Nie mamy jeszcze możliwości całkiem dyskretnego korzystania z aparatu i jest on wciąż zbyt sztywny i zbyt oddalony od naszych ciał, zważywszy intymny charakter jego użytkowania. To gorączkowe wyłącznie dzwonka, to obracanie się i odchodzenie, by odbyć rozmowę, to poszukiwanie aparatu w torebce... Nieporadne gesty świadczą o tym, że mamy jeszcze coś do zrobienia, że musimy bardziej niż dotychczas oswoić i przyswoić urządzenie, z którym wchodzimy w taką zażyłość i które tyle dla nas znaczy. W PRL majtki dla mężczyzm miały rozporek w formie dziesięciocentymetrowego wąskiego tunelu. Cóż, nie jest łatwo sformatować urządzenie w sposób odpowiadający potrzebom ciała. Z pewnością jednak decydujące jest odsztywnienie i uelastycznienie, wspomniane już na początku. Aby połączyć się z ciałem, telefon musi być pod pewnymi względami do niego podobny. Może będzie na nim opasany, jak frotka na przgubie, może podzieli się na kilka fragmentów? Wydaje się to prawdopodobne z racji wymogów bezpieczeństwa – element będący nośnikiem kodów autoryzacyjnych i personalizujący urządzenie musi być szczególnie zabezpieczony przed kradzieżą; lepiej, żeby nie był wyciągany na wierzch, wraz z całym aparatem. Pamięć zewnętrzna i lock drogiego urządzenia mogłaby być ukryta nawet wewnątrz ciała. Również możliwość cichego mówienia wymaga fragmentacji telefonu. Wypadałoby bowiem mieć mikrofon w ustach lub na krtani, słuchawkę zaś w uchu. Nie wdając się dalej w te fantazje, chciałbym zauważyć, że odsztywnienie telefonu zależy przede wszystkim od pokonania przeszkody technologicznej, jaką jest obecnie produkcja taniego papieru czy folii elektronicznej, mogącej zastąpić sztywny wyświetlacz. Jeśli uda się pokonać tę barierę, również pozostałe elementy elektroniczne będą mogły zostać zatopione w gumie, a cały aparat przybrać dowolny praktycznie kształt. Nie mamy żadnych danych pozwalających przewidzieć, kiedy to nastąpi. Badania są oczywiście objęte tajemnicą. Nie możemy przeto wykluczyć, że są na ukończeniu...

Krótko mówiąc, telefonia rozwijać się będzie nie tylko wedle logiki utylitarnej, najłatwiej uchwytnej dla klasycznego racjonalistycznego marketingu. Nawet „język potrzeb psychicznych”, typowy dla analiz psychologii zachowań konsumenckich, nie jest zdolny dostrzec dalekich horyzontów rozwojowych w tej dziedzinie. Dopiero odsłonięcie irracjonalnej i emotywnej energii psychicznej, uwalnianej w aktach manipulowania aparatem telefonicznym, bardzo pierwotnych a zarazem neurotycznych zachowań związanych z tym przedmiotem, pozwoli docenić jego znaczenie i wielki potencjał. Jak wszystko, co w życiu psychicznym pierwotne i anachroniczne, również na wpół świadoma gestykulacja i manipulacja, której rekwizytem jest aparat telefoniczny, zakłada i dąży do symbolicznej przynajmniej inkorporacji, wchłonięcia owego rekwizytu, tak aby mógł się on stać quasiorganem ciała. Potrzeba dotykania telefonu, związana z nim nerwica natręctw, obiecuje wielkie zyski firmom telekomunikacyjnym, jeśli tylko każde dotknięcie uczyni się bezpośrdenio lub pośrednio zyskodajnym. Jako że telefon jest obiektem, z którym wiążemy neurotyczną nadzieję na uzyskanie akceptacji otoczenia, telefonia musi pójść w stronę ułatwiania klientom zawierania nowych znajomości, z osobami należącymi do takich czy innych, interesujących dla nich kategorii. Telefon musi spełniać marzenia oraz stać się miękki i przytulny – tak podumowałbym swoje credo telefoniczne w dwóch słowach.

Wysłuchaliście Państwo „kontrolowanych marzeń” zagorzałego i entuzjastycznego użytkownika telefonu. Nie był to głos teoretyka ani eksperta. Bynajmniej. Był to głos z drugiej strony, głos konsumenckiego ludu – a ten przecież dla badaczy rynku waży najwięcej.

jot@ka