|
Jan Hartman
Komórka jako składnik ciała
Komórka – jak mało romatycznie brzmi nazwa tego cudownego
urządzenia, tego pudełka pełnego marzeń i obietnic. Może ktoś zadzwoni, może
przyśle smsa? Czuwające, wrażliwe elektroniczne serce czeka na sygnał. Nie
wiadomo, co się może zdarzyć... I nie wiadomo jeszcze tak naprawdę, czym jest i
czym jeszcze może stać się dla nas to nasze drugie, elektroniczne ja i ten świat
zamknięty w pudełku, przytulony do serca. Nasze myślenie o telefonie
zdeterminowane jest przez rozeznanie w aktulanych możliwościach technicznych i
konkretnych prognozach rozwojowych oraz związane z nimi wyzwania marketingowe.
Jest to wszelako perspektywa płaska i krótkookresowa. Aby zrozumieć, czym może
być telekomunikacja w przyszłości, trzeba dodatkowo wysilić wyobraźnię i
poniekąd zignorować obecne ograniczenia technologiczne, a więc oddać się
„kontrolowanym marzeniom”. W czasach, gdy coraz mniej rzeczy jest zasadniczo i
trwale „technicznie niemożliwych” to całkiem racjonalna strategia poznawcza!
Jakże tymczasowe i efemeryczne są przecież nasze aktualne przekonania o tym, co
jest, a co nie jest technicznie dopuszczalne...
Nasza marzycielska metodologia o tyle jest adekwatna do swego
przedmiotu, o ile telefon komórkowy sam jest nośnikiem i medium marzeń. A
właśnie jest. Rozpatrywanie ekonomicznych i funkcjonalnych aspektów tego
urządzenia w kategoriach czysto ulitarnych, z założeniem, że rozwój branży
określony jest przez „faktyczne” (czyli nie wymyślone, nie irracjoalne,
nieemocjonalne) potrzeby użytkowników, utwierdza nas w racjonalistycznym
złudzeniu. Otóż z telefonu zwykle nie korzystamy z potrzeby. Owszem,
pobudzenia emocjonalne, marzenia, lęki, namiętności, które manifestujemy za
pomocą telefonu, również mogą zostać nazwane potrzebami – potrzebami serca czy
potrzebami emocjonalnymi. Ale takie potrzeby w gruncie rzeczy są właśnie czymś
odwrotnym niż potrzeby praktyczne, poddające się łatwo obrachunkowi
ekonomicznemu. Oto telefon istnieje i rozwija się przede wszystkim bez
potrzeby, a więc nieutylitarnie. Tym samym zaś, w pewnej mierze
przynajmniej, nieprzewidywalnie.
Nasze obsesyjne dotykanie telefonu, manipulowanie nim,
generujące zysk firmy telekomunikacyjnej lub nie, nie poddaje się obliczalnemu
sterowaniu. Jak każda obsesja poddaje się jednak stymulacji. I taki jest właśnie
interes firm telekomunikacyjnych: podsycać zachowania obsesyjne, oparte na
powtórzeniach natrętnych gestów – gestów związanych z uruchamianiem usług
telekomunikacyjnych – czyli wykorzystać wielki potencjał neurotyczny
społeczeństwa. Czy skupienie energii natręctw na telefonie jest terapeutycznie
korzystne, czy może degradujące? Sądzę, że jednak korzystne, pod warunkiem, że
wyraźna większość interakcji telefonicznych będzie satysfakcjonująca...
Jako przedmiot manipulacji telefon jest przedłużeniem organu
ciała. Neurotyczna manipulacja dotyczy bowiem pierwotnie własnego ciała, będąc
aktem walki z jego urzeczowieniem w percepcji własnej i cudzej, a zarazem
dodatkowym urzeczowieniem, skoro to, czym manipulujemy, z natury staje się dla
nas rzeczą. Nie wdając się w tę infantylną dialektykę i psychologię
neurotycznej manipulacji ciałem i małymi przedmiotami, pragnę zauważyć jedynie,
iż do jej istoty należy dążność do wchłonięcia obiektu manipulacji, a więc jego
integracji z ciałem. Wynika stąd prosty wniosek dotyczący logiki naszego
obcowania z telefonem: będziemy zmierzać do tego, by telefon stał się w możliwie
największym stopniu częścią nas samych i by stawał się nam dostępny we
wszystkich możliwych aspektach swej funkcjonalności poprzez wszystkie zmysły.
Musi więc być nasz, uwewnętrzniony nie tylko przez dźwięk, jaki się z
niego dobywa, ale i przez obraz oraz czucie. Z czysto technicznego punktu
widzenia oznacza to dwa wyznaczniki przyszłych innowacji technicznych:
– telefon będzie coraz bardziej interaktywnym
urządzeniem, komunikującym nam, bardziej czy mniej selektywnie,
pobudzające dla nas treści – poprzez dźwięk, obraz, wibrację i ciepło.
– telefon, aby stać się w największym możliwie
stopniu przedłużeniem ciała, paraorganem, musi utracić swą sztywność i
poddać się częściowej inkorporacji. Choć zapewne nie może cały znaleźć
się wewnątrz ciała, to jednak może być z nim intymnie i trwale związany,
jak to dzisiaj dzieje się z zegrakiem, a wewnątrz ciała może znaleźć się
przynajmniej współpracujący z nim chip.
Pamiętając o tych wyznacznikach można pokusić się nawet o
bardziej szczegółowe wyobrażenie sobie linii rozwojowej telekomunikacji
komórkowej, wyobrażenie nie oparte na antycypacjach wynikających z wiedzy
inżynieryjnej lub marketingowej (obie, jako empiryczne, operują w wąskim
horyznocie czasowym), lecz na pojmowaniu psycho-logiki obcowania z telefonem, a
zwłaszcza jego emocjonalnych funkcji. W gruncie rzeczy chodzi wszelako o
kombinację obu punktów widzenia. Można bowiem powiedzieć tak: wszelkie rozsądne
usługi, mające znaczenie praktyczne, prędzej czy później (po pokonaniu barier
technologicznych i ekonomicznych) zostaną wprowadzone – wiedza szczegółowa może
nam pomóc przewidzieć kolejność ich wejścia na rynek, cenę i stopnień
rozpowszechnienia; tym, co musimy sobie jednak przedstawić na innej niż jedynie
technologiczno-ekonomiczna podstawie, jest ogólniejsza sfera konotacji i
kontekst społeczno emocjonalny, a więc to, „czym będzie dla nas w
przyszłości telefon”. Musimy bowiem serio brać pod uwagę mozliwość, że będzie
czymś innym, czymś więcej, niż dzisiaj. Oto jak może wyglądać taka kombinowana,
aprioryczna poniekąd, lecz może raczej intuicyjna prognoza.
W punkcie wyjścia mamy rozbudowane, wielofunkcyjne
urządzenia, smartfony, zbliżające się funkcjonalnie do palmtopów. Możemy
zakładać, że proces integracji urządzeń i ich rozwój posunie się tak daleko, że
zrezygnujemy z noszenia kilku wyspecjalizowanych jednostek, wybierając
„kombajn”. Przemawiają za tym zarówno względy praktyczne, jak i emocjonalne.
Czym bardziej potentny będzie mój komunikator, tym większą rolę będzie mógł
odgrywać w moim życiu emocjonalnym, stając się w niektórych przypadkach moim
protetycznym alter ego, a na co dzień inteligentną zabawką, nad
którą będę mógł rozciągać swe manipulacyjne władztwo, z właściwą psychiczną
satysfakcją. Inaczej mówiąc, czym więcej funkcji ma telefon, tym więcej mam
powodów, aby go dotykać, a to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej.
To jest, jak powiadam, punkt wyjścia. Teraz należy zadać
sobie pytanie, jakie funkcje telefonu mogą być szczególnie atrakcyjne, zwłaszcza
z psychologicznego punktu widzenia. Należy się bowiem spodziewać, że one właśnie
będą rozwijać się szczególnie bujnie. Otóż twierdzę, że telefon jako medium
marzeń jest dziś urządzeniem frustrującym, gdyż możemy oczekiwać od niego
głównie takich ofert, jakie sami sobie wypracowaliśmy, na jakie sami niejako
zasłużyliśmy. Nie dostaniemy smsa od Claudii Shiffer ani Leonardo di Caprio, a
co najwyżej od koleżanki lub kolegi. Tymczasem marzeniem naszym jest, byśmy nie
tylko pozostawali w kontakcie ze znajomymi i przyjaciółmi, lecz by przybywało
nam ekscytujacych kontaktów. Jednocześnie wszelako nie chcemy być niepokojeni
przez nachalną reklamę. Czego nam więc potrzeba? Tego, by telefon generował nowe
znajomości, a nie wyłącznie podtrzymywał stare, a także by nadawał nam
komunikaty takie, jakich sobie życzymy. Aby te cele mogły być osiągnięte, a nowa
funkcja psychologiczna telefonu zrealizowana, potrzebujemy technologii oraz
formatu usług, zapewniającego selektywność i lokalizację komunikacji. Takim
formatem i zasadą technologiczną jest blue tooth.
Sprawne funkcjonowanie selektywnej komunikacji radiowej
wymaga pewnego publicznego konsensusu i wykształcenia się odpowiedniego
publicznego kodu i kodeksu. Kodu pozwalającego rozpoznawać „swój swego”w
odpowiednich kręgach zainteresowań, a kodeksu dobrych obyczajów, by ograniczyć
uciążliwe oszustwa i manipulacje. Sądzę, że za kilka, kilkanaście lat każda
firma i instytucja będzie stale nadawać mikrokomunikat radiowy na swój temat,
działający podobnie jak szyld. Osoby zainteresowane danym typem komunikatu będą
zaś miały selektywnie zaprogramowane telefony, tak aby odnierać takie
komunikaty, które chcieliby otrzymywać. Elementarne komunikaty będą natury
lokalizacyjnej: GPS, informacja o dostępnych w pobliżu usługach czy środkach
komunikacji miejskiej. Osoba zainteresowana piwem będzie odbierała sygnały z
knajp, książkami – z księgarń itd. Zmiana jakościowa to komunikaty o obecności w
pobliżu naszych znajomych, rewolucja zaś i rewelacja to wymiana komunikatów
pomiędzy obcymi sobie jeszcze, nieznającymi się osobami, zainteresowanymi
nazwiązaniem kontaktu. Oto będą się rozpoznawać na ulicy fani tego samego
zespołu, miłośnicy podobnych rozrywek i ogólnie – chętni do tego samego i gotowi
do kontaktu. Technika ta, w gruncie rzeczy już dostępna, dzięki funkcji blue
tooth, pozwoli na przełamanie frustrującego ograniczenia funkcji komunikacji
personalnej do kręgu osób już znanych i zrobienie kroku w stronę realizacji
największego marzenia, które uczyniło telefon komórkowy czymś ekscytującym.
Jeśli stały dostęp do internetu, ów „absolut skomunikowania”, do którego zdajemy
się już dochodzić, można nazwać „onlajnizacją”, to selektywne skomunikowanie
radiowe nazwałbym „mikroonlajnizacją”. Z pewnością używanie tej funkcji będzie
wymagało pewnej odwagi i nie wszyscy się na to zdobędą. Nie ma tu już bowiem tej
bezpiecznej anonimowości, którą daje internet. Oto chodzę po ulicy nadając
komunikat „filozofia transcendentalna”. Po roku na plaży w Sopocie odzywa się w
mojej komórce dżingel „filozofia transcendnetalna”, rozglądam się, a tu młoda
filozofka, całkiem sama. Ale może raczej emeryt... Albo też na egzotycznej
wycieczce włączę sobie „Polak”, a tu wołać mnie będą jakieś pijane typy. Ryzyko
jest spore. Ale kto nie gra, ten nie wygrywa. Więc grających nie zabraknie.
Mikrooonlajnizacja, pomimo ograniczonej użyteczności (potrzeby praktyczne bowiem
i pożytki nie są określane przez to, czego jeszcze nie znamy), ma szanse stać
się tak samo ważna jak onlajnizacja globalna.
Blue tooth, dziś raczej technika zdalnego sterowania niż
komunikator, umocni wkrótce nasze nadzieje, że telefon odmieni nasze życie. A
nadzieja to już połowa sukcesu. Wierzę jednak, że faktycznie dzięki tej funkcji
dla niejednego telefon stać się może naprawdę czarodziejskim pudełkiem,
spełniającym marzenia, a więc czymś jak szklanka alkoholu, która nie tylko
obiecuje chwilę przyjemności, odurzenia i zapomnienia, ale także faktycznie ją
daje. Emocjonalne znaczenie naszego cudownego urządzenia wzrośnie niepomiernie,
gdy będzie ono faktycznie czuwać za nas, by nie przepuścić żadnej ekscytującej
okazji, gdy będzie już nie tylko naszym wielkim uchem, naszym telewizjerem, ale
także naszym drugim sercem, żyjącym nadzieją. Może nie jest łatwo zarobić na tym
firmom telekomunikacyjnym, ale producentom sprzętu na pewno.
Potrzeba stałego skomunikowania i związana z tym ekscytacja
ma charakter neurotycznego uzależnienia, czyli natręctwa. Cały rynek alkoholu,
snacków, papierosów, a nawet sprzętu sportowego oraz rynek leków zależą od
uzależnień. Również rynek telekomunikacyjny jest edyktywny. W odróżnienieu
jednakże od niektórych innych dziedzin, w dziedzinie telefonii nagroda za
powtórzenie czynności natrętnej często ma wartość terapeutyczną. Tym bowiem, co
nas leczy, są dobre relacje i dobre kontakty z ludźmi. Jeśli intensywnie używamy
telefonu, nasze poczucie osamotnienia jest tymczasowo kojone, a jednocześnie
nabierając biegłości w sztuce rozmowy telefonicznej, czynimy te kontakty coraz
bardziej satysfakcjonującymi. Zauważmy, że chorym na depresję terapeuci zwykle
odradzają wyłączanie telefonu...
Jednak natręctwo dotyczy nie tylko powtarzania aktów
komunikacji telefonicznej i smsowej, gdyż pierwotna postać edyktywności polega
na manipulacji ciałem i małymi przedmiotami, proporcjonalnymi do organów ciała.
Nie sądzę, żeby telefon miał stać się gryzaczkiem, niemniej jednak mamy jeszcze
ogromne rezerwy czasu i energii, które chcielibyśmy spożytkować na manipulowanie
telefonem, czego dowodem są niezliczone akty pustych, natrętnych dotknięć
urządzenia, pod pozorem sprawdzenia, czy nie było do nas telefonu lub smsa.
Chcemy dotykać urządzenia więcej i mieć po temu pretekst. Sprawdzanie, co nam
niesie blue tooth, zaangażuje nas już dość mocno. Sądzę jednak, że odpowiedzią
na tę psychiczną potrzebę, jakże zresztą pragmatyczną odpowiedzią, będzie
również intregracja telefonu z urządzeniem typu Radio Frequency ID, czyli,
powiedzmy, jego rafidacja. Urządzenia RFID nie używają własnej energii, lecz są
ropoznawane przez nadajnik radiowy. Używamy ich zwykle do otwierania samochodu
czy bramy na odległość, ale przewiduje się, że zastosowania tej techniki będą
lawinowo narastać. Rzecz w tym, iż dzięki niej można zautomatyzować
identyfikację i autoryzację odbiorców usług masowych oraz osoby upoważnione do
korzystania z określonej infrastruktury. Przez bramkę metra czy bramę zakładu
pracy albo biblioteki można będzie przejść nie fatygując się z wkładaniem karty
do czytnika, bo RFID odczytuje nasze uprawnienie i skasuje należność na
odległość. W stołówce nie będzie trzeba oddawać bloczka, a w pociągu pokazywać
biletu. Konduktor sam znajdzie osoby bez urządzenia i bez biletu. Żeby jednak
móc tak wszechstronnie używać naszego RFID, będziemy musieli pobierać kody i
dokonywać opłat, za pośrednictwem usług telekomunikacyjnych. A to oznacza
prowizję dla dostawcy tych usług. Proszę sobie wyobrazić, że 50% biletów
komunikacji miejskiej w Warszawie kupowano by przez telefon, z prowizją średnio
1 grosz za osobo-przejazd. Daje to kwotę rzędu 10000 zł dziennie, czyli ze 2%
dziennego utargu takiej Ery na terenie stolicy. A podobnych zastosowań jest
wiele.
Urządzenia RFID zwie się zbliżeniowymi. Niewinna, przypadkowa
perwersja tego zwrotu oddaje istotę rzeczy. Telefon ma zbliżać i przez telefon
mamy się zbliżać do innych ludzi oraz do naszych celów emocjonalnych i
praktycznych. Realne zbliżanie telefonu do czegoś wzmacnia tę metaforę. Będziemy
więc chętnie zbliżać, wystawiać, nastawiać, obracać się telefonem we właściwą
stronę. Potrzeby związane z RFID są jeszcze jednym bodźcem dla intymizacji
telefonu, która już obecnie jest wyraźnie zbyt mała. Nie mamy jeszcze możliwości
całkiem dyskretnego korzystania z aparatu i jest on wciąż zbyt sztywny i zbyt
oddalony od naszych ciał, zważywszy intymny charakter jego użytkowania. To
gorączkowe wyłącznie dzwonka, to obracanie się i odchodzenie, by odbyć rozmowę,
to poszukiwanie aparatu w torebce... Nieporadne gesty świadczą o tym, że mamy
jeszcze coś do zrobienia, że musimy bardziej niż dotychczas oswoić i przyswoić
urządzenie, z którym wchodzimy w taką zażyłość i które tyle dla nas znaczy. W
PRL majtki dla mężczyzm miały rozporek w formie dziesięciocentymetrowego
wąskiego tunelu. Cóż, nie jest łatwo sformatować urządzenie w sposób
odpowiadający potrzebom ciała. Z pewnością jednak decydujące jest odsztywnienie
i uelastycznienie, wspomniane już na początku. Aby połączyć się z ciałem,
telefon musi być pod pewnymi względami do niego podobny. Może będzie na nim
opasany, jak frotka na przgubie, może podzieli się na kilka fragmentów? Wydaje
się to prawdopodobne z racji wymogów bezpieczeństwa – element będący nośnikiem
kodów autoryzacyjnych i personalizujący urządzenie musi być szczególnie
zabezpieczony przed kradzieżą; lepiej, żeby nie był wyciągany na wierzch, wraz z
całym aparatem. Pamięć zewnętrzna i lock drogiego urządzenia mogłaby być ukryta
nawet wewnątrz ciała. Również możliwość cichego mówienia wymaga fragmentacji
telefonu. Wypadałoby bowiem mieć mikrofon w ustach lub na krtani, słuchawkę zaś
w uchu. Nie wdając się dalej w te fantazje, chciałbym zauważyć, że odsztywnienie
telefonu zależy przede wszystkim od pokonania przeszkody technologicznej, jaką
jest obecnie produkcja taniego papieru czy folii elektronicznej, mogącej
zastąpić sztywny wyświetlacz. Jeśli uda się pokonać tę barierę, również
pozostałe elementy elektroniczne będą mogły zostać zatopione w gumie, a cały
aparat przybrać dowolny praktycznie kształt. Nie mamy żadnych danych
pozwalających przewidzieć, kiedy to nastąpi. Badania są oczywiście objęte
tajemnicą. Nie możemy przeto wykluczyć, że są na ukończeniu...
Krótko mówiąc, telefonia rozwijać się będzie nie tylko wedle
logiki utylitarnej, najłatwiej uchwytnej dla klasycznego racjonalistycznego
marketingu. Nawet „język potrzeb psychicznych”, typowy dla analiz psychologii
zachowań konsumenckich, nie jest zdolny dostrzec dalekich horyzontów rozwojowych
w tej dziedzinie. Dopiero odsłonięcie irracjonalnej i emotywnej energii
psychicznej, uwalnianej w aktach manipulowania aparatem telefonicznym, bardzo
pierwotnych a zarazem neurotycznych zachowań związanych z tym przedmiotem,
pozwoli docenić jego znaczenie i wielki potencjał. Jak wszystko, co w życiu
psychicznym pierwotne i anachroniczne, również na wpół świadoma gestykulacja i
manipulacja, której rekwizytem jest aparat telefoniczny, zakłada i dąży do
symbolicznej przynajmniej inkorporacji, wchłonięcia owego rekwizytu, tak aby
mógł się on stać quasiorganem ciała. Potrzeba dotykania telefonu, związana z nim
nerwica natręctw, obiecuje wielkie zyski firmom telekomunikacyjnym, jeśli tylko
każde dotknięcie uczyni się bezpośrdenio lub pośrednio zyskodajnym. Jako że
telefon jest obiektem, z którym wiążemy neurotyczną nadzieję na uzyskanie
akceptacji otoczenia, telefonia musi pójść w stronę ułatwiania klientom
zawierania nowych znajomości, z osobami należącymi do takich czy innych,
interesujących dla nich kategorii. Telefon musi spełniać marzenia oraz stać się
miękki i przytulny – tak podumowałbym swoje credo telefoniczne w dwóch słowach.
Wysłuchaliście Państwo „kontrolowanych marzeń” zagorzałego i
entuzjastycznego użytkownika telefonu. Nie był to głos teoretyka ani eksperta.
Bynajmniej. Był to głos z drugiej strony, głos konsumenckiego ludu – a ten
przecież dla badaczy rynku waży najwięcej.
|