|
Jan Hartman
Pisać, żyć i kochać - nie umiejąc. Kilka słów o szczerości w literaturze
Pisać, pisać, choć się nie umie. Przechytrzyć mowę i
nie kłamać. A więc pisać wbrew regułom literackiego samozakłamania. Czyli
prosto? Poniekąd poniżej własnych możliwości? A więc o czym? O
najważniejszym? Główniaka? (uwaga na aluzje, jakże są nieszczere, wychodząc spod
pióra fałszywego erudyty!). Poeta nie zna tej trudności. Sztuczność i kłamstwo
kompozycji, dobierania słówek, leży bodaj w naturze samego języka, jego prawda
zaś jest przecież wewnętrzną prawdą poezji, alibi dla poetyckiego kłamstwa.
Prawdą poezji jest jej własne piękno, które nie musi się z niczego tłumaczyć,
nawet ze swej sztuczności. A proza? Proza pisana przez mędrka, nie daj Boże
krytyka literatury albo filozofa? Czy również ona może skorzystać z tego alibi,
z dyspensy na fałsz? Fałsz uczuć i myśli? Mniej, chyba.
W tak zwanych tekstach nurzamy się w elegancko
miarkującej się pretensjonalności i zasłaniamy erudycją. Ale na koktailach
gromadzących ludzi słowa dawno już nie mówi się o poezji i duszy, ani nawet o
historii i narodzie. Mówi się o wydaniach, tłumaczeniach, chwali urodę zaocznych
dam i innych surogatów kultury salonów, w którą i tak przecież nikt nie wierzy.
Książki - zbiory cytatów, tyrady skojarzeń, ujęte lub nie w jakąś kompozycyjną
całość (po co?), podlane coraz już bardziej pospolitym sosem „późnomodernistycznej”
retoryki (całą tę wtórność usprawiedliwiającym), jakimś strukturalistycznym, a
jak kto woli, to psychoanalitycznym żargonem (inteligentniejszym, to prawda, od
swych poprzedników). Po co to komu? Po co dziś cała ta subtelność i kultura
literacka, z jej całą rutynową autoironią i nadświadomością siebie, kultura,
której z definicji nie da się już przewyższyć? Czyż nie powiedziano już
wszystkiego, co ważne? Czyż nie zagłuszyliśmy i nie pokonaliśmy zastępu klasyków
pisania o kulturze, my - zastępy autorów tak zdolnych i inteligentnych, że
właściwie dlaczego niby - w wybitniejszych przypadkach - nie im równych? Skoro
tak, to może wreszcie by odpocząć?
Po co tyle tej mądrości w księgarniach? Czy od
mądrości robimy się mądrzejsi? Czy robiąc się jednak mądrzejsi, z każdym rokiem
i z każdą książką, stajemy się kimś innym i lepszym? Kimś nowym? Gdy jeszcze
można było dzielić świat na ideowy i czysty oraz ten drugi - pretensjonalny,
zblazowany, nihilistyczny, zadufany w sobie - było łatwo. Pewne „narracje” i
„dyskursy” dawniej umiały mobilizować, przekonywać i przydawać wiary w
autentyczność (bo chyba nie samej autentyczności). W przypadku braku tej cnoty
można się było literacko kajać i uskarżać na brak talentu, wtórność i złe czasy.
Potem znieczulał nas postmodernistyczny nastrój, taki, co zostaje
po ironii albo po łzach. Dobrotliwy luz, lekki dryf przez kulturę i uczucia,
niewinne zawieszenie między kwietyzmem lub permanentną i zdeprawowaną grą a
szczerym, lecz naiwnym zaangażowaniem. Skakało się z kwiatka na kwiatek, z
książki na książkę, z małej fascynacyjki na inną, z kącika w kącik na literackim
party. Ale te „klimaty” już się skoczyły! Dziś dopadają nas konsekwencje tego,
że tak jest łatwo, że nie trzeba za dużo wiedzieć, aby dobrze się trzymać na
takim zluzowanym i demokratycznym salonie czy uniwersytecie. Jak wszędzie, i tu
odkryto, że „wszystko jest dla ludzi”.
A zresztą, jesteśmy już na tyle doświadczeni i
chytrzy, że wiemy, iż dawna kultura i wykształcenie to w połowie lipa, blichtr.
Nie ma szans na Bildung w świecie po stokroć obfitszym w idee i utwory
niż za czasów Goethego. Wiemy, ile mieści pamięć, ile da się przeczytać w ciągu
dnia, roku i życia. Ani wymowa, ani wiedza nas nie podnieca. I tak fachowca
żaden salonowy retor, choćby najbardziej olśniewający, nie przebije. Jaką drogę
przeszliśmy od XVIII w. opowiem Wam przez anegdotkę, anegdotkę o pani i
szarlotce. Prosto z krakowskiego salonu, zza stołu zasiedziałego krytykami
literatury. Siedzę więc przy tym stole, a obok mnie jakaś polsko-francuska młoda
piękność. Chodzą wokół ludzie i noszą z bufetu smakowite szarlotki. W najlepszym
stylu swej barokowej błazenady zwracam się do sąsiadki: „czy nie poczyta mi Pani
za natręctwo, jeśli udając się na podbój Charlotte, uwiodę ją i dla Pani?”.
Pani: „może być”. Wracam, szarlotkowy rycerzyk, tańczący arabski taniec z dwoma
talerzykami nad głową, wreszcie stawiam zdobycz przed panią, której oddałem swe
służby. A cóż ona? Pochyla się nad tym, kręci nosem, wreszcie odpycha na środek
stołu, w stronę siedzących naprzeciw profesorów literatury - „chcecie
szarlotkę?”. A cóż ja? Jaką obmyśliłem zemstę? Żadnej zemsty, ale decyzja
opisania wypadku, spożytkowania „dla literatury” zapadła natychmiast. Czy
nadając znaczenie czemuś znaczenia pozbawionemu, popełniam kolejną zdradę i
fałsz? Czy przeciwnie - tym nadaniem znaczenia posługuję się uczciwie, jako
narzędziem spełniania mego literackiego ideału - szczerości? I tak, i tak.
Pisanie zawsze ociera się o emocjonalny i logiczny kicz. Jego prawda jest
okupiona przez nie-prawdę. Tak jak gadanina kochanka.
W czym ratunek? W czym zatracić się można i gdzie
uwiarygodnić szaleństwem? Skoro nawet do więzienia zamknąć nas nie chcą! Jaka
przyszłość czeka kręgi literackie i humanistyczne, jeśli na żadną przyszłość już
się nie otwierają, nie żyją żadnym projektem? W czasie, gdy ani ironia, ani
cynizm, ani nawet autentyczność nie mogą się cieszyć przywilejami autentyzmu,
gdy sama kategoria szczerości nie ma żadnej wyróżnionej pozycji, w takich
czasach nie ma w ogóle przyszłości. Po prostu musimy czekać - aż zmiecie nas
życie, a raczej śmierć. Aż przestaną to jedni wydawać, a inni - czytać. I wtedy
może zrobi się miejsce dla nowych głów i serc gorących. A paplanina nowych
kochanków, zawstydzona banałem, znowu zmieni się w literaturę, nie oglądając się
już na sułtańską impotencję guru krytyki, nie czekając na jego hermeneutyczne
łaski dostrzeżenia i uznania.
Apeluję do piszących (ale nie „ludzi pióra”).
Zapomnijcie o nich jak najprędzej. Pozwólcie wymrzeć im śmiercią naturalną jak
najszybciej. Odmówicie im autorytetu. Wzgardźcie stępakowym młynem eseju i
krytyki, mielącym na papkę „tekst kultury”, garkuchnią brukającą w wielkim kotle
„wszystkiego ze wszystkim”, w mdłej i lepkiej Tagessuppe, wszelką
czystość i autentyczność. Nie idźcie za nimi! Nie szukajcie ich pochwał.
Słuchajcie głosu choćby w poruszeniach trzewi, szukajcie metafizyki
w zakochanych oczach, w delirium, gdzie chcecie, byle nie w inteligencji i
erudycji. Zostawcie rzemiosło Wielkiego Cytowania wyrobnikom zmurszałej akademii
literatury, uchodźcie przed syrenim śpiewem Eseju. Żyjcie i kochajcie najpierw.
Potem gadajcie. Bądźcie poetami, nawet w prozie. Bo inaczej zagadacie życie,
zakłamiecie miłość, zmądrzejecie ponad potrzebną miarę. I skończycie jak
filozof.
Bo życie nie służy mądrości, ani mądrość nie służy
sama sobie. Władcze plemię eseistów i krytyków mąci tę prawdę. I to w
najbardziej perfidny sposób. Cóż bowiem stoi na przeszkodzie, by „literat”,
„człowiek pióra” wypowiadał takie jak tu oto neoromantyczne tyrady? Bardzo
proszę - mamy wolność; wystarczy umieć dobrze pisać. „Nie gorączkuj się! My
wszystko wiemy, żadnej prawdy nie uronimy. A żyć i kochać też umiemy.” Od tej
przewrotności można tylko uciec - hommes des lettres są nie do
przegadania; nie przyłapiemy ich na żadnym „nie wiem”. Uciekajcie!
Ale swego apelu ja sam nie mogę podjąć. Za późno - za
mało Bożego daru, za dużo zepsucia. Moje marzenie o szczerości nie może już
spełnić się w sposób naturalny - przez miłość i talent. Wśród młynarzy tekstów
jestem u siebie. Mielą, mielą i pylą nieznośnie - „gdy się ich dłońmi chwyci,
pylą jak wory mączne” (Nietzsche). Jestem jednym z nich. Cóż więc z nami,
cieniami literatury i filozofii, pogrobowcami starczej hermeneutyki zwanej
kulturą literacką, sierotami po kryzysach, które dawno się znudziły? Ja wam, ja
nam powiem: pisać, pisać prawdziwą prozę, choć się nie umie. Przechytrzyć mowę i
nie kłamać. Pisać wbrew regułom literackiego samozakłamania. Pomimo wstydu.
Prosto. Poniekąd poniżej własnych możliwości. Pisać o najważniejszym. O życiu,
miłości i śmierci. Żeby się przekonać naprawdę, a nie tylko teoretycznie, że
nie umie się pisać, bo nie ma się nic do powiedzenia. I zapłakać nad tym
zakalcem. Bo czyż nie żyje się dla jednej chwili prawdy?
|