|
Jan Hartman
Marketing: nauka, sztuka czy magia?
[Marketing w Praktyce, 2006]
Nieprzewidywalność zdarzeń i biegu spraw, kto wie, czy nie będąca jedynie
złudzeniem ograniczonego umysłu, jest zasadniczym powodem, dla którego gotowi
jesteśmy przypisywać sobie wolną wolę i siłę sprawczą. Aby jednak coś w świecie
zmienić, musimy założyć, że w pewnej przynajmniej mierze uda nam się
nieprzewidywalne zamienić w przewidywalne, czyli zaplanować coś, a następnie to
wykonać. Dlatego, paradoksalnie, nieprzewidywalność jest również powodem, dla
którego cokolwiek staramy się przewidzieć. Gdyby bowiem wszystko było
przewidywalne, to tym samym byłoby ściśle zdeterminowane. Wiedząc to zaś nie
mielibyśmy żadnego powodu, by o cokolwiek się samodzielnie starać. Aby więc
jakiekolwiek nasze działanie było możliwe, musimy wierzyć, że jesteśmy wolni i
zdolni do planowania i realizowania swych zamiarów. A tym samym niezbędne jest
nam przekonanie (lub iluzja), że nie wszystko jednak jest zdeterminowane i
przewidywalne.
Opisany tu paradoks lub, jeśli kto woli, dialektyka, określa istotę
racjonalności nauk ekonomicznych. Wiedza marketingowa jest zaś w szczególny
sposób zależna od tego schematu: aby przewidywać i wpływać na rzeczywistość (np.
na rynek), musimy założyć, że jest w niej jakaś doza niezdetrminowania i
nieprzewidywalności. Tym samym, cała nauka ekonomii, a wraz z nią również
marketing, oparte są na paradoksie. Oznacza to, że podstawowy schemat
metodologiczny ekonomii musi zawierać jakieś rozwiązanie tego paradoksu.
W istocie są da sposoby radzenia sobie z paradoksem nieprzewidywalności /
przewidywalności oraz determinizmu / wolności. Pierwszy zakłada, że można mówić
o tak czy inaczej rozumianej częściowości lub względności naszych przewidywań.
Przeważnie sens tej względności określony jest matematycznie. Oto prawidłowości
mają charakter statystyczny i opierają się na pewnym rozkładzie
prawdopodobieństwa różnych zdarzeń lub miar danego zjawiska (np. ceny albo
popytu), przy określonych założeniach (lub danych) dotyczących wartości pewnych
zmiennych i warunków brzegowych. Cud twierdzeń statystycznych polega na tym, że
są absolutnie ścisłe (a nawet pretendują do pewności), ale za to ich moc
prognostyczna jest ograniczona, zaś empiryczna sprawdzalność względna. Nawet
najmniej prawdopodobne zdarzenie może przecież zaistnieć, bynajmniej nie
falsyfikując twierdzenia statystycznego. Drugi sposób polega na tym, że
przyjmuje się model, w którym na procesy obliczalne, które w obszarze
działalności człowieka nazywa się „racjonalnymi”, nakłada się zespół
uzupełniających uwarunkowań zaburzających, z zasady nieprzewidywalnych lub
przewidywalnych jedynie co do generalnej tendencji, a nie co do określonej miary
(nasilenia). Te uwarunkowania nazywa się dla odróżnienia irracjonalnymi albo
antropologicznymi (psychologicznymi, społecznymi). Przede wszystkim chodzi o to,
że prosty model racjonalnego podejmowania decyzji rynkowej, zakładający
maksymalizację efektywności, użyteczności i zysku, a więc zasadę związku
pomiędzy popytem, podażą a ceną, zasady związane z kumulacją i alokacją kapitału
i inne „zasady mechaniki” rynku, jest kontrfaktyczny (niezgodny z faktami),
wobec czego domaga się uzupełnień przez ów irracjonalny „pierwiastek ludzki”,
określany przez nauki społeczne czy też „humanistyczną część ekonomii”. Tak
skorygowana nauka ekonomii jest dalej w zasadzie obliczeniowa i nastawiona na
prognozy, lecz wykorzystuje badania nad człowiekiem – psychologiczne i
socjologiczne. Ma więc humanistyczną nadbudowę, a być może po prostu jest
metodologicznie niespójna.
Otóż oba sposoby radzenia sobie z paradoksem zbawiennej nieprzewidywalności i
niezdetrminowania zjawisk, które mimo wszystko chcielibyśmy przewidzieć, a nawet
wywołać, są nieskuteczne. Nadal nie wiadomo, czego właściwe oczekują nauki
ekonomiczne i dlaczego. Skoro przyszłości z zasady nie da się przewidzieć ani
wpłynąć na nią poprzez planowe i skuteczne działanie, to po co próbować? A jeśli
można to uczynić częściowo, proporcjonalnie do naszych starań i przemyślności,
ale przecież przynajmniej w tym samym stopniu dzięki szczęśliwemu zbiegowi
okoliczności i przypadkowi, to czy w ogóle można tu jeszcze mówić nauce? Te
wątpliwości dręczą ekonomistów, którzy przeto dzielą się z grubsza na tych,
którzy oddają się matematycznemu modelowaniu i statystyce, formułując, niejako
na marginesie swej podstawowej działalności, pewne prognozy (jako nieoficjalne
„zastosowania” opisowej nauki ekonomii) oraz tych, którzy opisują zależności
między zjawiskami społecznymi i politycznymi a zjawiskami ekonomicznymi. To
drugie podejście nazywało się dawniej ekonomią polityczną. Jedni chcą być
zimnymi matematykami, drudzy – gorącymi, zaangażowanymi humanistami. Następuje
więc polaryzacja ekonomii, odpowiednio do tego pęknięcia metodologicznego, które
jest grzechem pierworodnym nauki ekonomii w ogóle.
Żeby zrozumieć w pełni tę sytuację, trzeba uświadomić sobie warunki
intelektualne, w jakich powstała nowoczesna ekonomia w XIX w. Otóż powstanie
teorii ekonomii było częścią ogólnego trendu antymetafizycznego w życiu naukowym
oraz fascynacji naukami matematycznie ścisłymi. Ekonomia wyrosła z nadziei, że
zamiast uprawiać jakąś mało konkretną, a za to silnie retoryczną „naukę o duchu”
czy inną metafizykę społeczną, lepiej określić coś, co w życiu społecznym jest
racjonalne, poddaje się prawom, a nawet daje się obliczyć. Była to oczywiście
również pewna wiara metafizyczna, ale przynajmniej obiecująca konstruktywne i
sprawdzalne postępowanie naukowe. Jeśli bowiem „wolności” ani nawet „więzi
społecznej” nie da się zmierzyć, to w każdym razie można policzyć wydobycia
węgla, areał pól i pieniądz w obiegu. Założenia metafizyczne i polityczne
wydawały się zaś niegroźne, jak na przykład to, że ludzie zachowują się w
interesach racjonalnie albo że wzrost obrotów w gospodarce narodowej jest w
ostatecznym rozrachunku korzystny dla wszystkich, wobec czego stosunki liberalne
muszą uzyskać poparcie demokratyczne. Okazało się jednak, że tak nie jest. Rynek
nie działa jak maszyna, a polityczny produkt demokracji nie zawsze jest
gospodarczo najefektywniejszy. Ekonomia współczesna musiała więc rozstać się ze
swymi założycielskimi dogmatami, lecz niestety w ich miejsce nie mogła przyjąć
żadnych innych. Stała się dyscypliną bez dogmatów i bez założeń – dyscypliną
nieprzewidywalną. I dlatego istnieje...
Paradoksalnie, gdyby specjaliści od marketingu nie byli omylni i mieli
twarde, sprawdzalne teorie, oparte na matematycznie wyrażonych prawidłowościach
– w rodzaju zależności między liczbą lat edukacji konsumenta a optymalną
wielkością biustu dziewczyny na adresowanej do niego reklamie – w ogóle nie
byliby potrzebni. Wszyscy dysponowaliby bowiem tą samą, ścisłą wiedzą i ją
stosowali. Marketing istnieje tylko dlatego, że nie potrafi być tak skuteczny,
jak tego się oczekuje, przez co jest nadzieja, że intuicja i kunszt jednych
przedstawicieli tego zawodu jest większy niż innych, wobec czego elementem
konkurencji rynkowej staje się rywalizacja w zatrudnianiu najbardziej
charyzmatycznych marketingowców. Inaczej mówiąc, marketing zda się bardziej
kunsztem i sztuką niż wiedzą i nauką. Jest mistrzostwem intuicji i zgadywania
tego, co nieprzewidywalne, wzmacniania ledwie rysujących się tendencji,
wpływania (niechby tam – nawet tylko pozornego wpływania) na pewne czynniki
rynku, a wreszcie motywowania przedsiębiorców do pomnażania wysiłków.
Żeby wyrobić w sobie stosowne intuicje i zdolność odgadywania przyszłości i
(pozornego choćby) wpływania na nią, a więc dopracować się „nosa”, trzeba
ćwiczeń. Być może cała naukowa infrastruktura ekonomii i marketingu, jako
paradoksalna i metodologicznie niespójna (o ile taka jest rzeczywiście), służy
właśnie za takie ćwiczenie, wyrabiające intuicję, owo wyczucie rynku i
rozumienie człowieka w roli nabywcy dóbr, niezbędne dla skutecznego doradzania
zarządom przedsiębiorstw. Być może z marketingiem jest tak jak z astrologią i
homeopatią: nie ma prawa działać mocą swych własnych reguł, ale najważniejsze,
że działa.
Marketing, jak każda umiejętność prognostyczna, nie mogąc przewidzieć tego,
co nieprzewidywalne, stara się to „zaczarować”, czyli w jakimś sensie sprawić,
wywołać, antycypować. Dlatego od strony swej funkcji społecznej jest działaniem
obrzędowo-magicznym, jakkolwiek zanurzonym w retoryce racjonalnej, a dokładnie w
dwoistym dyskursie behawioralnym (psychologicznym lub socjologicznym) oraz
matematycznym (statystyczno-ekonomicznym). Czy jesteśmy w stanie przewidzieć
(sic!), co by się stało, gdyby mocą jakiejś przewrotnej, hiperracjonalnej (to
trzeba przyznać) zmowy przedsiębiorcy wszystkich krajów jednego dnia
zrezygnowali z usług swych działów marketingu? Czy działając na ślepo
osiągnęliby więcej? Czy efektywność makrostruktur ekonomicznych zmalałaby? Czy
rozkład przychodów firm i rezultat rywalizacji rynkowej zostałby istotnie
zmodyfikowany? Na czyją korzyść? Na szczęście nie ma odpowiedzi na te pytania,
bo eksperyment jest nie do przeprowadzenia ani nawet nie dałby się symulować.
Obrzędy marketingowe są więc niezagrożone a ich kapłani mogą spać spokojnie.
Przyszłość jest nieprzewidywalna i dlatego właśnie ktoś musi ją na przekór
wszystkiemu przewidywać – odmalować nam jej obraz, najlepiej piękny i budujący.
Marketing powiada: „będzie dobrze (jak zrobicie, co wam każemy)”. Czy bez tego
dałoby się żyć?
|