|
Jan Hartman
Poza „panem i sługą”, czyli demokratyczne myślenie o sprzedaży
[Tekst ukazał się w Marketingu w praktyce, 11/2004]
Było kiedyś takie hasło, relikt etosu kupieckiego z
dobrych czasów przedwojennych, na wpół oficjalnie, mocą sentymentu zachowane
przez włodarzy PRL. Brzmiało „klient nasz pan”, a w wersji siermiężnej (choć i
lekko niepokojącej erotycznie) „frontem do klienta”. Choć w dobie kryzysu
gospodarczego, a może w ogóle w warunkach socjalistycznego „rynku producenta”
hasło to brzmiało jak kpina, to przecież tym bardziej jest godne uwagi, że się
utrzymało mimo wszystko. A utrzymało się pewnie dlatego, że w myśl doktryny
komunizmu, masy (a klienci stanowią masę) pełnią polityczną rolę dyktatorską -
tworząc mianowicie „dyktaturę proletariatu” stają się więc poniekąd panami.
Skoro tak, to masy konsumenckie miały poniekąd ideologiczne przyzwolenie na
występowanie w roli panów, chociaż kontekst tego „panowania” w danym przypadku
był cokolwiek dwuznaczny, bo kupowanie to jednak czynność raczej burżuazyjna.
Dlatego właśnie zwrot „klient nasz pan” nie był hasłem oficjalnym, ale jakby
trochę na bakier z oficjalnością, trochę na niby, podobnie jak nie całkiem na
serio wypadało traktować kampanie reklamowe czasów realnego socjalizmu,
propagujące jedynego dostępnego ubezpieczyciela albo jedyny ogólnokrajowy bank.
Staromodna kupiecka dewiza „klient nasz pan” odwołuje
się do modelu uniżonego XIX-wiecznego subiekta, kłaniającego się w pas kapryśnej
a zamożnej klienteli i zachwalającego towar tyleż entuzjastycznie, co
dyskretnie, a nawet poufale. Co zaś sobie tam sprzedawca myślał to już jego
rzecz. Nawet jak myślał o kliencie źle, to i tak w końcu wierzył przecież w etos
sprzedawcy-sługi. Sprzedawanie było więc udawaniem w dobrej wierze, czyli grą,
która toczyła się na zdrowej moralnie podstawie, a mianowicie na podstawie
obopólnie (przez sprzedawcę i klienta) akceptowanej zasady, że sprzedawca
powinien odgrywać rolę życzliwego, usłużnego i wiarygodnego doradcy, a klient
udawać, że wierzy, iż chodzi tu o coś więcej niż sprzedanie możliwie najwięcej
towaru. Ten prosty układ zapewniał to, co w naszych czasach dają dopiero
skomplikowane strategie marketingowe. Żywiono przekonanie, że dobry towar obroni
się sam, a rzetelność i uczciwość kupiecka zagwarantuje wierność klienta swemu
dostawcy. Etos kupiecki był zresztą tak silny i szczery, że potrafił czasem
zwyciężyć z wielkim udawaniem, co oznacza, że sprzedawca wierzył w to, co mówi,
a klient wierzył sprzedawcy.
Wszystko zaczęło się psuć, gdy siła nabywcza
społeczeństwa rozłożyła się na wielkie rzesze średniozamożnych lub niezamożnych
klientów. Handel masowy i wzrost konkurencji wymusił zerwanie z sentymentami
kupieckiego etosu i wiarą, że klienci sami docenią dobry towar i uczciwego
handlowca. Trzeba było trochę tego klienta urobić, trochę nim pomanipulować. Aby
go utrzymać, trzeba było nad nim... zapanować. A więc już nie poczciwe „klient
nasz pan”, ale raczej „sprzedawca panem klienta”. To stopniowe odwrócenie ról, w
dobie rozwoju technokratycznej i socjotechnicznej kultury marketingowej,
doprowadziło do zantagonizowania świata klientów ze światem producentów i
sprzedawców. Antagonizm ten był na krótką metę szkodliwy. Masy dowiedziawszy
się, że reklama etc. nimi manipuluje (a więc, że producent i sprzedawca są im w
jakiś sposób wrodzy), utraciły swą niewinną łatwowierność i stały się bardziej
krytyczne jako „świadomi konsumenci”, w skutek czego sprzedawcy musieli, chcąc
nie chcąc, wejść na ścieżkę pokuty, a co najmniej pokory. W ostatecznym
rozrachunku jednak wzrost krytycyzmu konsumentów zadziałał mobilizująco na
biznes i przyczynił się do wzrostu jakości. Dziś sprzedawcy i klienci nie są już
rywalami, grającymi w kotka i myszkę - kto kogo przechytrzy. Wciąż jednak
brakuje nam chyba odwagi, a może właściwego języka, by ten nowy stan rzeczy
wyrazić. Jakżeby wyglądała bowiem wiedza o sprzedawaniu produktów, gdyby nie
zakładała, że sprzedawcy stoją naprzeciw swych klientów i chcą ich
przekonać do dokonania określonego wyboru? Tymczasem myślenie w kategoriach
„klient-pan - klient-przeciwnik” oraz „sprzedawca-sługa - sprzedawca-strateg” da
się przezwyciężyć, uzyskując bardziej adekwatny do współczesnych stosunków ogląd
relacji pomiędzy agentami wolnego rynku. Oczywiście nie sugeruję, że współczesna
wiedza marketingowa szeroko wykorzystuje figurę pan - sługa. Twierdzę tylko, że
trzyma się mocno pojęć klienta i sprzedawcy, producenta i konsumenta, a one
wszystkie, czy nam się to podoba, czy nie, zawierają w sobie pozostałości owych
przestarzałych treści.
Analogię można zaczerpnąć z filozofii społecznej.
Hegel przedstawił w swym wielkim dziele Fenomenologia ducha analizę
bardzo istotnej i bardzo ogólnej figury relacji społecznych, którą nazwał
relacją „pan - sługa”. Otóż w tradycyjnych społeczeństwach od zarania było tak,
że jedni byli panami a inni sługami, lecz w dziwny sposób jedni potrzebni byli
drugim i niejako wzajemnie trzymali się w szachu. Oto żeby być panem, trzeba
było nad kimś panować, a to znaczy, że „słudzy” czynili panów panami, stanowiąc
warunek ich „pańskiej” kondycji. Nie tylko sługa więc zależał od swego pana, ale
i odwrotnie - pan od sługi, podobnie jak producent i sprzedawca zależy od
klienta, nawet jeśli starają się go sobie podporządkować. Pomiędzy owymi panami
i sługami (a podobnie też pomiędzy producentami i konsumentami) zachodziła więc
dynamiczna więź, zwana czasem „dialektyczną”. Kiedyś jednak, a to mianowicie
wraz z powstaniem nowożytnego ustroju wolności, relacja pan - sługa zaczęła
zanikać na rzecz stosunków równych i wolnych ludzi, zawierających rozmaite
kontrakty społeczne, realizowane w prawie i polityce. Teraz, w czasach
liberalnej demokracji, figura pan - sługa znajduje coraz mniej zastosowań.
Musimy opisywać relacje społeczne w innych kategoriach. Czy nie odnosi się to
także do dziedziny rynku - relacji producentów, sprzedawców, konsumentów?
Demokracja ma to do siebie, że „panowie”, czyli
ludzie sprawujący władzę, tak naprawdę nie są żadnymi panami, lecz
przedstawicielami społeczeństwa, które niejako samo rządzi się za ich
pośrednictwem i to tylko przez pewien czas, dopóki nie zostaną ze swego mandatu
zwolnieni. W praktyce nie jest oczywiście tak pięknie, ale rzeczywistość bliższa
jest tego modelu niż modelu, powiedzmy, miachiavellicznego. Również praktyka
handlu nie przystaje w pełni do demokratycznego schematu otwartej komunikacji
wolnych, równych i krytycznych ludzi. Czyż jednak nie steruje powoli w tę stronę
i czyż nie powinna?
Jeśli przyjmiemy, że myślenie w kategoriach
dialektyki pana i sługi w odniesieniu do marketingu i sprzedaży jest już
przestarzałe, to zmianę podejścia powinniśmy przeprowadzić chyba w tym samym
duchu, który określił nowoczesne myślenie demokratyczne w innych sferach życia
społecznego. Znaczyłoby to, że podobnie jak rządzący i rządzeni są przede
wszystkim równymi sobie obywatelami, podlegającymi temu samemu prawu, tak też
klienci i sprzedawcy muszą zostać postawieni na jednej płaszczyźnie, na której
będą równi. Powiedzmy może tak, że wszyscy oni są właśnie „agentami rynku”,
podmiotującymi proces wolnego przepływu dóbr i pieniędzy. Kolejna analogia: tak
jak w polityce demokratycznej czasem jesteś rządzącym, a czasem rządzonym, tak
też w dziedzinie obrotu towarowo-pieniężnego, każdy może znaleźć się raz w roli
sprzedawcy a innym razem w roli klienta. Co więcej, wszyscy jesteśmy klientami,
tak jak w demokracji wszyscy czasami jesteśmy wyborcami. Nawet „marketingowiec”
i sprzedawca bywają co dzień klientami i myślą jak klienci.
I co z tego wynika? Wynika z tego, że zamiast
domyślać się „woli ludu” (czyli potrzeb i sposobów myślenia klientów) po to, by
nim sterować, wystarczy po prostu nie porzucać tych wszystkich ról „agenta
rynku”, w jakich de facto, będąc sprzedawcą czy pracownikiem działu
marketingu, się występuje - podmiotu siły nabywczej, podmiotu potrzeb, podmiotu
dokonującego wyboru, kupującego, doradzającego innym itd. Podobnie przecież i
dobry polityk nie przestaje być przede wszystkim obywatelem i wyborcą.
Zapomnijmy czym prędzej, że przygotowujemy towar oraz sprzedajemy go „onym”,
czyli nieposłusznej masie klientów, których musimy zagonić do naszej zagrody,
konkurując w tym z innymi producentami i sprzedawcami. No, może całkiem nie da
się o tym zapomnieć, ale do pewnego stopnia jednak tak. Gdyby reklamowanie i
sprzedawanie upodabnia się do demokratycznej działalności politycznej (a tak
przecież się już dzieje), wtedy staje się wydajniejsze, prowadząc do bardziej
racjonalnego rozkładu siły nabywczej, czyli rozkładu bardziej proporcjonalnego
do technologicznej wartości produktu i jego kosztu. Przecież w polityce
demokratycznej tak właśnie jest - mimo różnych wpadek, ogólnie zwyciężają
struktury stabilne i kompetentne. W zdemokratyzowanym handlu kłamstwo ma krótkie
nogi, tak jak w demokratycznej polityce. Sprzedawca nie jest ani sługą, ani
panem, a podobnie też klient. Sprzedawca jest specjalistą, który zna się na
towarach i formach sprzedaży, a klient ma do dyspozycji nie tylko jego, ale i
niezależnych ekspertów, którzy pełnią w handlu tę samą rolę, która w polityce
przypada dziennikarzom.
Różnicę dzielącą tradycyjne od zdemokratyzowanych
stosunków pomiędzy sprzedającymi i kupującymi można dobrze sobie uprzytomnić na
przykładzie starego chwytu sprzedawców, którzy poufałe czy protekcjonalne
doradzając klientowi, udają, że wychodzą z roli sprzedawcy i zmieniają się w
osobistego sprzymierzeńca i doradcę. Poufały ton miał tu sugerować, że
sprzedawca poniekąd zdradza swego pracodawcę i sprzeniewierza się regułom swego
zawodu, czyniąc wyjątek dla tego oto wyjątkowego klienta. W układach
demokratycznych cała ta maskarada staje się zbędna. Tak jak w polityce
demokratycznej udział siły i poufałej dyplomacji zmniejsza się na rzecz
otwartych, publicznych form komunikacji, tak też w wytwarzaniu i sprzedawaniu
produktu zwycięża otwartość i jawność. Przynosi ona natychmiastową korzyść
biznesowi, który osiąga dzięki niej zupełnie nową jakość wiarygodności.
Ujawnianie zysków, upublicznianie elementów strategii biznesowej, przyznawanie
się do słabszych stron swej działalności, wygłaszanie obiektywnych i
sprawiedliwych opinii o konkurencji - cały ów demokratyczny „biały PR” wzmacnia
firmę i jej siłę rynkową. Światli klienci, tak jak światli obywatele, chcą
wiedzieć, ile i na czym dokładnie zarobi producent i sprzedawca towaru, który
kupują - chcą świadomie zaakceptować moralnie biznes, w który przecież
wchodzą, dokonując zakupu.
Najważniejszym bodaj procesem, w którym wyraża się to
zdrowe „demokratyczne upolitycznienie” rynku, jest awans moralny i intelektualny
firm handlowych. W ciągu kilku dekad przeszły one niebywałą ewolucję pod
względem zakresu swych funkcji i stopnia niezależności jako agenci rynku.
Obecnie silne firmy handlowe są inteligentnymi i selektywnymi pośrednikami,
porządkującymi rynek, a czasem nawet bywają autentycznymi powiernikami zaufania
zarówno ze strony producentów (wraz z ich działami sprzedaży), jak i
konsumentów. Handel staje się dziś wysokospecjalistyczną wiedzą o charakterze
technologicznym, ekonomicznym i społecznym - wiedzą używaną nie tylko dla
pomnożenia zysków firmy handlowej, ale z zasady udzielaną partnerom biznesu oraz
detalicznym klientom.
Wzrost autorytetu handlowców jako znawców towarów i
rynku oraz regulatorów biznesu jest gigantyczny. Niedługo „kupiec” będzie
brzmieć tak dumnie, jak w dawnych czasach, gdy to jeszcze producent był w
świadomości publicznej jakimś prostackim wyrobnikiem. Skończyły się już czasy,
gdy firma handlowa to była „hurtownia” - magazyn, wózki widłowe, drewniane
palety made in Poland i kantorek z jazgoczącą drukarką. W działalności
nowoczesnych firm handlowych spotyka się, czyli „zapośrednicza” aktywność
producentów, sprzedawców, finansistów i klientów. Każdy tu jest niejako klientem
każdego, każdy jest dla każdego partnerem, a zysk generowany jest na różnych
poziomach i zawsze w związku z jakąś formą biznesowego współdziałania. Nie ma
już miejsca na proste kategorie spod znaku „klienta i sprzedawcy” oraz „pana i
sługi”, a jawność przynosi więcej zysku niż tajemnica handlowa i zmowa.
Oczywiście te nowe stosunki nie są jeszcze dominujące, a już na pewno nie w
Polsce. Taki jest jednak kierunek rozwoju. Nasz sposób myślenia i nasz język
powinien za nim nadążać.
Zabawnie skomentował to twórca najnowszej reklamy
Castoramy. (Jako niezależny publicysta mogę sobie pozwolić na pochwałę spotu
reklamowego, więc skorzystam z tego miłego przywileju.) Oto chmara usłużnych
subiektów uwija się koło bardzo świadomej i asertywnej, a do tego urodziwej
klientki. Spot jest kontynuacją poprzedniego, który pokazuje klienta bezradnego
i nieracjonalnego, znajdującego się pod fachową opieką sprzedawców. Razem oba
filmy przekazują nam informację, że znakomita obsługa w nowoczesnej firmie
handlowej Castorama dostosowana jest do charakteru i wiedzy klienta, mogąc
przybierać bardziej paternalistyczne lub bardziej dyskretne formy. Przy okazji
dostaliśmy jednak uroczą satyrę na myślenie w kategoriach „klient - pan,
sprzedawca - sługa”. Pamiętacie końcówkę? Wysoka, elegancka klientka do
malutkiego subiekta w niebieskim kitlu: „A teraz przejdziemy do sypialni”.
„Aha”.
|