Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

Pokolenie konserwatywnych kosmopolitów

[Tekst ukazał się, a wersji skróconej, w Przeglądzie Politycznym 66/2004]

I znów dyskusja o moim „pokoleniu”! Tym razem w PP (66). Zamieszczona rozmowa wybitnie inteligentnych humanistów w wieku 35-40 natchnęła mnie do uwag i wspominków, którymi wypełnię ten esej, bez nadziei na ciekawe wnioski. Nie będzie wniosków, bo nie ma żadnego pokolenia. Co najwyżej „pokolonko”, pięciolatka, jakich można wykroić kilkanaście, pośród żyjącej populacji. Wykroić z takim samym skutkiem, jak w przypadku owych roczników 65-70 czy jakoś tak. Trzeba dopiero inteligencji i wyobraźni mitotwórczej humanisty, aby zrobić z takiej czy innej „kohorty wiekowej” (K. Kruszewski) pokolenie. Uczciwość tegoż humanisty każe mu jednakże odwołać świeżo ogłoszony mit i dlatego też dyskusje o „pokoleniu” kończą się niczym. Są po prostu wspominkami. Tyle samo warta jest i moja wypowiedź. Przebywszy pół drogi życia o statystycznie przeciętnej długości nabywam może prawo, żeby sobie po raz pierwszy to i owo powspominać i poopowiadać. Dla mnie to chrzest - nigdy niczego takiego jeszcze nie robiłem! Równie wielką ochotę mam jednak i na to, by skomentować pewne ciekawe wypowiedzi szanownych rówieśników, a więc przyłączyć się do ich rozmowy.

Otóż nie wiem, jak z Wami, Panowie (swoją drogą, czemu to Redakcja nie zaprosiła ani jednej dziewczyny?), ale ze mną sprawa jest całkiem prosta. Wychowałem się w PRL i w PRL doszedłem dorosłości. W związku z tym byłem odpowiednio zacofany i głupi, całkiem tak samo, jak reszta. Potem przyszła wolność i zacząłem się otrzaskiwać, unowocześniać, wyzbywać ciemnoty. Młodemu idzie to chyżej niż staremu, więc dziś jestem pewnie trochę sprawniejszy od większości swoich zawodowych czy społecznych odpowiedników z łysiejszą glacą. Dość młody i dość sprawny, czuję jednak na karku oddech obrzydliwie przystojnych młodzieńców, jakichś doktorantów o nieznanych jeszcze nazwiskach, strzaskanych na brąz w jakichś abstrakcyjnych Oxfordach i czytających po dwie książki dziennie. Nie mam z nimi szans na dłuższą metę. Muszę więc uciec do przodu, zanim się całkiem nie skapują, że nie jestem im do niczego potrzebny i nie stratują. Pracujemy nad tym. Spokojnie. Ale po kolei.

Wychowałem się w wielkiej mydlanej bańce iluzji, lewitującej w stratosferze, skąd do dziś nie mogę porządnie spaść na ziemię. W moim domu, we Wrocławiu, począwszy od roku 76, uprawiano dość nieprofesjonalną konspirę, udatnie zwącą się „Klubem Pickwicka”. Był też „Uniwersytet Latający”, bibuła i różne doraźne akcje zbierania podpisów, przekazywania pieniędzy itp. Wszystko to było dość ryzykowne, choć ojciec jako międzynarodowy profesor matematyki miał jako taki immunitet. Szykany jednak były - aresztowania na cztery osiem, rewizje, raz jakiś kocioł (SB w czarnych skórach i w czarnych okularach, jak na filmie), czasem odmowy paszportu i publikacji, wreszcie internowanie w stanie wojennym. (Najlepsze było, jak na rewizji znaleźli u nas (cholera wie, skąd to) jakiegoś lajtowego świerszczyka. Niezły był obciach, zwłaszcza przed sąsiadem-świadkiem.) W 68, kiedy ojciec stanął za studentami, wyrzucili go z uniwersytetu i wsadzili do PAN. Jako Żyda chcieli wykurzyć z kraju, ale powiedział, że wróci; no to dla odmiany nie dali paszportu w ogóle. W ten sposób nie zostałem Kanadyjczykiem (ech...). Zresztą siostra i szwagier narażali się więcej (SKS, okolice Novej i Mirka Chojeckiego; szwagra wywalili w uczelni, z wielką stratą dla socjologii). Zasługi starych, i słusznie, sławi się jednak więcej. Ojciec doczekał się nawet (z czego jestem osobiście dumny) własnego hasła w pierwszym tomie Słownika opozycji, ze zdjęciem, na którym czyta Le Monde (będącego wtedy jeszcze przyzwoitą gazetą). Taki był. Przedwojenny, z wolnościowymi narowami. Jakieś mądy, szpigle, hotele w Zurychu i kawiarnie w Paryżu. Nawet nie wiedział, że to jest właśnie wolność. A za to w domu, na kultowym Biskupinie we Wrocławiu, wszystko jak Niemiec zostawił... Jedno dziadostwo. Ale tego się nie widziało. Jakoś tak niepostrzeżenie zaczęliśmy w latach 80 biednieć, linieć, może nawet trochę śmiesznieć. Poniemieckie pstryczki-elektryczki zaczęły się psuć itd. Dziś, zda się, to karłowaty świat. Ale wtedy, ci profesorowie-korowcy (tytuł „korowca” nosił każdy członek „demokratycznej opozycji” jakoś tam współpracujący z KOR) mieli jakąś moc przemieniania. Komunał głoszący, że bez opozycji lat 70 nie byłoby Solidarności, a bez Solidarności nie byłoby roku 89, choć zaściankowo nieskromny i rażąco niesprawdzalny, coś jednak w sobie ma. Jakieś ścieżki tu biegną.

Iluzja, w której żyłem, dotyczyła właśnie doniosłości tego, co się wokół mnie odbywało. Zebrania starszych panów i pań, debatujących o „sytuacji” i planujących zbieranie „podpisów” uważałem za centralny ośrodek oporu przeciw czerwonemu. Myślałem Bóg wie co, że tu się manowicie dzieje historia i tu, w tej elicie, żyje godność uciemiężonego i ogłupiałego narodu. (Bo naród kochał, po prostu kochał Gierka, aż do bonu na cukier w 76, a potem lubił, po prostu lubił. „Towarzysze po dysze, Towarzyszki po dwie dyszki, Rodacy!”; było w sumie całkiem fajnie.) Takie tam więc sobie myślałem. Nazwiska Kuronia i Michnika znaczyły dla mnie tyle, co dla starych Piłsudski. Nie wyobrażałem sobie nawet, że można nie czcić, nie podziwiać, a już na pewno - że można w ogóle nie znać. Dlatego właśnie pierwszą nauczką polityczną, którą dostałem, było zderzenie moich wyobrażeń o sławie opozycji z rzeczywistością. Kiedyś bowiem, wiosną roku 80, a byłem wtedy w ósmej klasie, odwiedził nas Kuroń z żoną. Miał złoty sygnet, chrapliwy głos, był strasznie kudłaty i wypalił dwie paczki Gitanów. Nie przestawał gadać. Mówił o radach robotniczych itp. Jako że byłem wyjątkowo bezczelnym smarkaczem, porosiłem Kuronia, aby ten sprokurował mi dwadzieścia autografów na sprzedaż. Byłem pewien, że zrobię interes, sprzedając paski papieru kredowego z podpisem Jacka Kuronia po 20 zł za sztukę. Kuroń miał dość poczucia humoru, aby spełnić moją prośbę, nie pytając nawet o własne zyski (wiadomo, zawsze był altruistą). Gdy nazajutrz zaniosłem 20 pasków do szkoły, okazało się, że nikt nie chce ich ode mnie kupić! A wtedy akurat urządzałem klasowy bojkot lekcji rosyjskiego i wydawało mi się, że wszyscy jesteśmy politycznie uświadomieni (choć bezpośrednie powody protestu były innej natury). Taki był właśnie początek mojego otrząsania się z iluzji. Trwało to jednak jeszcze bardzo długo.

Latem 80 pojechaliśmy do Wiednia. Słuchaliśmy o strajkach, o lokomotywie w Świdniku. Ojciec powiedział, że jak wejdą Rosjanie, to zostajemy w Austrii. Biegałem jak oszalały po tym Wiedniu, czekając z sercem w gardle, żeby już te Ruskie wreszcie weszły. A tu nic.

Że będzie stan wojenny, to gadali w szkole (a chodziłem do XIV LO we Wrocławiu, takiego trendziastego, z olimpijczykami i dobrymi jointami) już kilka tygodni wcześniej. Ale jak przyszedł, nie byłem w stanie przyjąć tego do wiadomości. Zawód był proporcjonalny do chorobliwego uniesienia, z jakim przeżywałem sierpień. Roiłem, że za tydzień, za dwa wszystko wróci do stanu poprzedniego, czyli przedwojennego. 13 grudnia byłem sam w domu. Rodzice wyjechali do Krakowa. Gdy wrócili, byłem zawiedziony, że mój ojciec najwyraźniej nie znalazł się na pierwszej liście do aresztowań. Na szczęście po miesiącu przyszli i po niego. Przyjechała cała suka zomoli. Wydaje mi się, że z dziesięciu ich było. Jak się władowali nam do chałupy, nie wiadomo było, gdzie się podziać. Matka, widząc całe to towarzystwo i kompletnie nie wiedząc, co z tym począć... zaproponowała gościom herbaty. To był najlepszy surreal, jaki widziałem. Ojciec bał się tak strasznie, że był zdolny myśleć jedynie o szczoteczce do zębów. Podczas wojny siedział na Pawiaku, w celi śmierci; przesłuchania, bicie. Do czegoś takiego człowiek się nie przyzwyczaja. Powyżej pewnego progu represje nie hartują. Wręcz przeciwnie. Stąd ten strach. Ale w internacie (w Nysie) było w sumie fajnie. Wykłady, śpiewy, paczki, widzenia. Tylko nie wiedziało się, kiedy się wyjdzie i czy w razie pogorszenia sytuacji nie wywiozą. Na szczęście szybko go wypuścili (dobiegał już siedemdziesiątki). Częścią tego wypuszczania była symulacja choroby kolana. Jak na widzeniu ojciec ciężko nieogolony (pierwszy raz widziałem go nieogolonego) zaczął coś nienaturalnie głośno uskarżać się na kolano, to myślałem, że ma coś z głową. To była scena jak z tej komedii o francuskich partyzantach. Do dziś się śmieję na to wspomnienie.

Stan wojenny przebiegł podniośle. Gdybym tylko nie miał takiego pietra. Milczące przerwy były jeszcze OK. Pani od polskiego latała od jednego do drugiego ponurego młodzieńca podpierającego ścianę, pokrzykując „no, powiedz coś!”, „dlaczego nic nie mówisz!”. To było nawet zabawne. Ale tak przejść od szkoły do domu z opornikiem w swetrze to już był dla mnie horror. Milicji bałem się wprost panicznie. Do dziś mam problem, jak widzę policjanta. Dzień, w którym wydrukowałem na dziecięcej drukarence ulotkę o własnoręcznej treści „PRONcie WRONy stanie wam w gardle OKONem” i rozrzuciłem na pętli tramwajowej na Biskupinie pamiętam brzuchem i nogami, które wówczas odmawiały mi posłuszeństwa. Było takich okazji więcej. Na przykład jak w godzinę policyjną chodziłem z kolegą malować „Wrona skona” na ścianie XI LO. Albo w ten straszny wojenny dzień 31 sierpnia 82, kiedy rozszalałe i naćpane ZOMO lało na oślep i strzelało petardami, a nad miastem latały złowrogie helikoptery. Nie, nie byłem na demonstracji. Daleko, daleko za mało odwagi, choć zawsze tak bardzo chciałem posłuchać wezwania z pieśni: „Przeżyj to sam!” (a może ten nasz hymn jest nieco późniejszy?). Zbliżyłem się tylko na kilkaset metrów do placu Grunwaldzkiego. Byłem z dwoma kolegami. Zatrzymali. „Pokazać łapy!”. Były czyste, więc puścili. Bałem się ich tak strasznie, że byłbym chyba wszystko zrobił, żeby nie dostać. Nie mogę pojąć, po prostu nie mogę pojąć, jak ci ludzie z opozycji, czasem tylko trochę starsi ode mnie, mogli narażać się na więzienie i w tych więzieniach faktycznie siedzieć. Chyba jestem strasznym tchórzem. Żeby trochę zmężnieć nawet się przez kilka lat wspinałem. Najważniejsze wspomnienie z gór - strach, czyli „psycha mi siada”. Przypadek nieuleczalny. Chociaż, gdy urządziłem w klasie maturalnej kilkutygodniowy bojkot lekcji „Nauki o społeczeństwie socjalistycznym” i gdy czułem za sobą całą klasę, bałem się jakby mniej.

Ostatnia odsłona mojej praktycznej edukacji politycznej to KUL, lata 85-90. W 87 była dwumiesięczna praca w „Kontakcie”, u Mirka Chojeckiego w Paryżu. Wielki facet, niedoceniany. Jakaś bibuła, nawiedzona, ale kto by tam wtedy na to patrzył - bibuła to bibuła, trzeba kolportować. Potem to wrzenie w 88. Poczucie, że to powtórka z 68 było niezwykle silne. Demonstracje pod znakiem „urodziliśmy się w 1968”, jakieś listy w sprawie wolności akademickiej, zebrania, wiece, wizyty Moczulskiego i Kaczyńskiego, ale i Bujaka, wreszcie reaktywacja NZS. Miałem 21 lat i z różnych powodów, także osobistych, wydoroślałem wtedy na dobre.

Władze KUL zgodziły się na użytkowanie przez zrewoltowaną młodzież z NZS niewielkiego pokoiku w piwnicy. Powstała tam, w 88, redakcja gazety studenckiej BiS, w której zostałem sekretarzem redakcji. To była pierwsza próba działania „normalnego”. Gazeta była już legalna, sprzedawała się w kioskach Ruch, mieliśmy legitymacje dziennikarskie. Nakład 2000. To było spore środowisko, mocno prawicowe. Źle się tam czułem. Dokuczał mi bałagan, kult Wałęsy, połączony z pogardą dla ROAD (mój ojciec to z kolegami zakładał) i to, że był szef tego interesu. Nigdy potem tak naprawdę nie miałem szefa. Ten szef interesu nazywał się Przemysław Omieczyński i potem został biznesmenem. Nidy nie wiedziałem, czy żartuje, czy mówi serio; dziewczyny za nim szalały. Paru innych z tej kanciapy też się wybiło. Darek Wójcik, zadymiarz z KPN, został pampersem i objął wkrótce stanowisko wicemarszałka sejmu. Piotr Semka i Jacek Łęski zostali znanymi dziennikarzami prawicowymi. Kręcił się tam czasami i Ryszard Czarnecki, nadzieja Samoobrony i Parlamentu Europejskiego. Opowiadał jak tam w Londynie ZChN zakładał. Prosiłem, żeby mi z tego Londynu załatwił pieniądze na drugi tom czasopisma filozoficznego Principia, które właśnie założyliśmy (legalnie, w 89, ze stemplem z Mysiej!). Nie załatwił. Pojechałem do Warszawy prosić przewodniczącego NZS, Janusza Piskorskiego, ale też nie dał. Dał filozof na stanowisku wiceministra, prof. Stefan Amsterdamski. Starszy człowiek nas uratował, młodzi już się nie solidaryzowali ze sobą. Nie było dobrej atmosfery. Wspaniały był rok 89, ale my, młodzież, jakoś byliśmy mniej wspaniali. Mam silne podejrzenie, że w 68 też nie było wcale tak słodko.

Na tym skończyła się rachityczna praktyka (naprawdę same drobiazgi, w porównaniu ze starszymi kolegami). Niby bardzo chciałem działać, byłem czas jakiś w krakowskiej UW, zapatrzony w Rokitę, ale jakoś nic z tego; zawsze mówili: masz pomysł, świetnie, więc zrób to sam. A robić, to robota nie dla mnie. Przeszedłem więc na razie do teorii. Zająłem się filozofią polityczną (jak dotąd z miernym skutkiem). Ten werbalny temperament sprawia właśnie, że chciałbym troszę poteoretyzować (ale bez przesady) na marginesie debaty Kolegów o naszym „pokoleniu”.

Więc w dyskusji Kolegów dominuje nastrój nieokreśloności. Jakaś ta pięciolatka rówieśnicza nijaka, przechodnia, nieoznaczona, a przecież mimo to wyraźnie inna od młodszych i od starszych. Pięciolatka urodzonych za późno na poważne działania przeciwko komunie a za wcześnie, aby bez obciążeń i kompleksów wchodzić w nowe, kapitalistyczne i wolne życie. „Notoryczne spóźnianie się - tak w latach osiemdziesiątych, jak dziewięćdziesiątych - jest naszą skazą, której już się nie pozbędziemy”.

To niezdefiniowanie i osobliwość „stanu przejściowego” przywodzi nas do nastrojów ogólnego niezadowolenia i resentymentu. Okazuje się więc, że pokolonko 65/70 jest w sumie mało sympatyczne, mało udane, żeby nie powiedzieć przegrane. Śpiewa fałszywym głosem w polityce, w życiu religijnym, na uniwersytecie. W gruncie rzeczy wcale go nie ma - jest „kohortą wiekową”, „nie mającą żadnych wspólnych interesów i wartości, które czyniłby z [niego] pokolenie w mocnym, symbolicznym sensie” (P. Dunin-Wąsowicz). Wszystko to prawda.

Resentymentalny charakter ma też typowy dla elit tej grupy wiekowej konserwatyzm. Diagnoza psychologicznego podłoża naszego konserwatyzmu, jaka wyłania się z dyskusji opublikowanej na łamach PP, diagnoza wspólnie postawiona przez kilku uczestników, wydaje się i odkrywcza, i trafna. Nie odmówię sobie jeszcze kilku cytatów. J. Ostrowski pisze: „Czuliśmy się oszukani przez dawnych idoli, takich jak Adam Michnik i Jacek Kuroń, i wplątaliśmy się [...] w rozgrywki dawnej Solidarności, przekształcając się z dnia na dzień w prawicowców, ale ten nasz konserwatyzm był tylko substytutem, nawet nie wiagrą pokoleniowej potencji”. Z superego, którym jest podmiot konserwatywny chcieliśmy uczynić, pisze Ostrowski, „formę przejawiania się libido”. Jednakże „te nużące zabawy z pojęciem konserwatyzmu, z którego chcieliśmy uczynić coś bardziej postępowego i nowoczesnego niż sama nowoczesna idea postępu, wskazują, że stanowił on gorset, jaki na siebie bezwiednie założyliśmy”. P. Graczyk podejmuje ten wątek, wskazując na agersywny ładunek frustracyjnego konserwatyzmu: „Konserwatyzm to nie tylko superego, nie tylko zakazy, konserwatyzm zawsze w historii miał dużą siłę o charakterze, rzecz można, libidinalnym - i była to siła linczu. [...] Konserwatyzm jest o tyle sexy, o ile jest siłą pozwalającą na linczowanie”.

Rzeczywiście, zdaje się, że wykształceni ludzie w naszej grupie wiekowej często odznaczają się gniewnym nieco moralizem i konserwatyzmem. Zawiedzeni życiem publicznym, w którym również ich reprezentanci mieli udział dość dwuznaczny, odarci z uniesień i wzruszeń politycznych znaczących ich młodość, są jakby przedwcześnie zgorzkniali i poirytowani. Wszystko się zgadza. To jakby o mnie. A więc nie jestem sam! Skoro tak, to może jednak jakoś tam się w naszym pokolonku rozumiemy, jakiś wspólny przenika nas dreszczyk, nawet jeśli nie jest to dreszcz sympatii.

Powolny proces otrząsania się z iluzji i dojrzewania do warunków nowoczesnego i kosmopolitycznego życia nie jest pasmem odkryć i zwycięstw moralnych, lecz raczej małych i większych rozczarowań. Te największe zranienia duszne już się chyba dobrze zabliźniły. Że Solidarność i Wałęsa zmienili się w klerykalną, populistyczną groteskę, że państwo słabe i tchórzliwe, wodzone na postrąku przez warchołów i cwaniaków, że nikt nas, Polaków - apostołów wolności, na rękach po świecie nie nosi - to już mężnie znieśliśmy. Roczarowaniom jednak nie ma końca, a co gorsze dotyczą one nas samych. Może, żeby nikogo nie obrazić, znowu zacznę mówić o sobie samym, a więc o tym, jak sam zostałem sfrustrowanym konserwatystą i jak boleśnie przebiega moje oświecenie polityczne.

W PRL łatwo było być mądrym. Jak to arcytrafnie ujął P. Graczyk, „to, że wiedzieliśmy, kto jest przeciwnikiem, było raczej naszą słabością niż siłą; są takie rodzaje wiedzy, które ogłupiają, bo są za łatwe” (bardziej już tylko podobała mi się wspomniana w rozmowie dziewczyna, która mówiła, że dziś nie ma takich potrzeb, które nie byłyby zaspokojone - jakoś to podstępnie godzi w moją męską dumę). Ale bądźmy choć przez chwilę poważni (mówiąc o sobie?). No więc, w PRL było się tak mądrym, że w ogóle się nie myślało. Wszystko, co czerwone, z natury było żałosne i godne pogardy. Wszystko, co mówili w telewizji, było prostacką propagadną albo kłamstwem. Państwo zdawało się propagandową atrapą, pozbawioną nie tylko wszelkiego majestatu, ale i powagi. Czerwony nie był nawet groźny. Groźny był Breżniew. (Pamiętam, że gdy umarł, ktoś wpadł do klasy zakomunikować nam tę wieść - wybiegliśmy w eforii przed szkołę.) Na tym się z grubsza świadomość polityczna kończyła. Wielkie życie duchowo-polityczne uświadomionego narodu kwitło na widowniach kabaretów, rechoczących przy każdej, najbardziej nawet prostackiej „aluzji politycznej”. Mądrości polityczne w rodzaju „w socjalizmie satyra ma się szczególnie dobrze, bo tak wielką rolę odgrywa tu aluzja” wtórowały mądrościom gospodarczym w rodzaju „w kapitalizmie jest lepiej, bo majątek ma gospodarza, a jak wiadomo pańskie oko konia tuczy”. Takich kawałków dałoby się wypisać kilkanaście. Potem, po sierpniu, historia dopisała jeszcze kilka. Że jesteśmy początkiem rewolucji, że u nas kolebka wolności i że to dzięki nam padł berliński mur, a nawet zawaliły się Sowiety. To, że Polska jest najważniejszym miejscem na świecie, a „jesień ludów” największym wydarzeniem historycznym od czasu wojny, było tak oczywiste, że niemal nieartykułowalne. Te transparentne oczywistości i głębinne refleksje utwierdzały nas dodatkowo w przekonaniu, że jesteśmy ze wszystkich demoludów najbardziej obeznani ze światem, najbliżsi Zachodu i w dodatku niezbędnie potrzebni światu jako znawcy komunizmu i ZSRR. Wszystko to myślałem ja sam osobiście, wespół w zespół z rzeszami starszych ode mnie rodaków „po studiach”. Pochlebiam sobie wszelako, że nie powielałem tej dobrej nowiny z kolejki po mięso, że „komunizm to piękna idea, tylko nieziszczalna” ani „socjalizm tak - wypaczenia nie”.

W ogólności jednak dno. Jak w ogóle można było od tego dna się odbić? Byłem tam jeszcze 14 lat temu, a dziś ośmielam się mienić filozofem polityki! Ceną, którą musiałem zapłacić za ekspres do niejakiej wiedzy o polityce, był ów resentymentalny konserwatyzm, który stał się głównym przedmiotem rozmowy znakomitych Kolegów. Chodzi po prostu o to, że trzeba było jakoś pogodzić się czy polubić tego głupka, którym się było, bo minimum intelektualnej samooakceptacji było warunkiem tego, żeby jeszcze chcieć się rozwijać. I to, co tak autoterapeutycznie zaakceptowałem w sobie, to właśnie ogólny tępawy zarys tego peerelowskiego, zaściankowego młodzieniaszka. Polubić chłopa - sól ziemi, polubić arystokratę - przetrwalnik starych dobrych czasów, polubić porządnego, nie zepsutego przez zbytnią łatwość konsumpcyjnego życia młodzieńca peerelowskiego - oto różne wersje „potrzeby konserwatywnej”. Moja najżywsza nienawiść do populizmu dzikiej demokracji, do bezmyślnej nieobyczajności, do bezczelnej lub właśnie niewinnej ignorancji, jest wyrazem solidarności z tym ograniczonym i zaściankowym typem peerelowskim, który choć głupi i pyszałkowaty, to jednak wolny od skaz moralnych młodzieży „okresu transformacji”. Jest to więc konserwatyzm gderliwy, sarkający na miejską młodzież i wiejską gawiedź na równi, tym śmieszniejszy, że podszyty zazdrością o szanse życiowe ludzi ledwie 10 czy 15 lat młodszych. To nie jest najszlachetniejszy gatunek konserwatyzmu. Ale bez niego trzeba by być błaznem, udającym bardziej nowoczesnego i młodzieżowego niż chłopaki z klubów.

Reedukacja młodego i zakompleksionego konserwatysty in spe przebiegała jednak nadzwyczajnie gładko. Najpierw trzeba było się dowiedzieć, że naprawdę istnieją inne kraje, inne społeczeństwa, dalekie strony, dla których my jesteśmy dalekimi stronami. Wprawdzie nadal, gdy widzę cudzoziemca nie mogę wyjść z zachwytu, że to też gada i że to też jest człowiek (do końca nie uwierzę w to nigdy), ale już nauczyłem się, że tam, za granicą, też są jakieś przepisy, szczegóły, rzeczy wątpliwe albo niefortunne, tragedie i inne sprawy zastrzeżone dotąd dla jedynej realnej realności, czyli dla Polski. Potem trzeba było rozstać się z aroganckimi kliszami i mesjańskimi mądrościami Narodu Wybranego, jedna po drugiej. Na przykład z taką, którą epatowaliśmy naszych zachodnich rozmówców, mówiąc „wiem, że macie problemy - bezrobocie czy co tam jeszcze. Chcielibyśmy mieć takie problemy jak wy!”.

Potem trzeba było zauważyć, jakie są proporcje, nauczyć się spoglądać na mapę świata z Ameryką na środku, z Rosją na środku itd. Dowiedzieć, że są dziesiątki krajów, gdzie były jakieś czerwce i grudnie, KORy a nawet Solidarności. Że są inne światy, wielkie procesy, gigantyczne społeczeństwa. Jakieś „Azje i Pacyfiki”, a w nich te same lub o wiele gorsze więzienia i pałki, dzielni bohaterowie i dyktatorzy z gębami pełnymi lewackich czy prawackich frazesów.

Dalej przyszła kolej na demitologizację historii. Starej i nowej. Poznawanie historii, jaką mają do pamiętania i opowiadania Niemcy, Ukraińcy, Litwini. Pogodzenie się z tym. Było to trudne i ciągle trwa... Ale jeszcze trudniejsze było zajrzenie poza fasadę PRL i dostrzeżenie, że tam również było prawdziwe życie. Prawdziwi ludzie, prawdziwe sprawy, także państwowe. Jaką pogardę budziło w nas nieustanne gadanie o planach produkcyjnych i ich wykonywaniu! Do głowy nam nawet nie przychodziło, że w kapitalizmie także się planuje, i to jak! I że problem nie w tym, że głupie komuchy wyliczają potrzeby i planują produkcję, tylko w tym, że było to niewykonalne przy takiej skali, przy takich metodach zarządzania itd. A to tylko jeden przykład. Jako że byłem wtedy dzieckiem i młodzieńcem, z natury rzeczy mało mającym do czynienia z poważnymi sprawami, z instytucjami, w mojej świadomości fasadowość ustroju i propagandy spotykała się z abstrakcyjną, ubogą wiedzą i szczątkowym doświadczeniem instutytucjonalnym, związanym z PRL. Jedno jakby potwierdzało się w drugim - śmieszność propagandowego PRL i moja własna ignorancja polityczna.

Sądzę, że dotyczy to całego pokolonka. Niby znamy PRL z autopsji, ale była to autopsja uboga i bardzo ograniczona. PRL nam się w pamięci odrealnia, tracimy go jako kontekst naszej osobistej historii, na rzecz zmitologizowanej śmieszności Polski gierkowskiej. To jest nasz problem - PRL nie jest naszym domem duchowym, choć tam zakwitła nasza młodość. W reultacie nie możemy powiązać naszej młodości z żadnym państwem, choćby wstrętnym i represyjnym, bo nam to państwo zaraz zniknęło jak niebieski balonik, prysło jak mydlana bańka, w 1989. Wyalienowaliśmy się politycznie, straciliśmy grunt pod nogami. Nie załapujemy się już na sentyment do czasów komuny, typowy dla większości ludzi starszych od nas, ale lat młodzieńczych na swobodzie, w kraju wolnym też nam los poskąpił. Dlatego nie mieliśmy też okazji naprawdę polubić i uznać za własne tego nowego świata, III RP, podobnie jak nie polubili jej starsi od nas. Dlatego czujemy się jakby trochę pokrzywdzeni. I dlatego jesteśmy sfrustrowani. W rezultacie - konserwatywni. Pokolonko konserwatywnych kosmopolitów.

jot@ka