Jan Hartman
j.hartman@iphils.uj.edu.pl
Principia, 31-044 Kraków, ul. Grodzka 52
 
    back
   
Teksty,Texts,Texte  
  home

Jan Hartman

 

Córa demokracji

[Tekst ukazał się w Nowym Państwie, 9/2004]

 

Gniewam się trochę na telewizję publiczną. I to wcale nie dlatego, że jest taka zła, bo nie jest.

Gniewam się na to, że jest publiczna, a nie moja. Dla wszystkich i dla nikogo, tak jak Zaratustra, tylko bez powodu. A w gniewie, jak wiadomo, robi się różne rzeczy, których się potem żałuje - trzaska drzwiami, pisze do gazet...

Co będzie do udowodnienia

Matematyk zaczyna swe prace od słów „pokażę, że...”. No, może jeszcze wcześniej pisze: „niech to a to (tu jakiś znaczek) będzie tym a tym (tu więcej znaczków)”. Jako bardzo niedoszły matematyk pokażę, że sama idea telewizji publicznej jest anachroniczna i niekonsekwentna, obowiązkowy abonament zaś, ściśle z tą ideą związany, nieuzasadniony. Tyle jest do udowodnienia, czyli pokazania. Dodatkowo zgłaszam jeszcze postulat, aby rząd zapewniał sobie obecność w mediach produkując własne serwisy w postaci gotowych programów, a nie tylko oficjalnych komunikatów. Nie musi do tego posiadać żadnej stacji rządowej ani „ni takiej, ni siakiej”, czyli publicznej. A teraz definicja. Przez „media publiczne” rozumiem „nadawców elektronicznych będących własnością skarbu państwa, zarządzanych przez funkcjonariuszy niezależnych od administracji państwowej i organizacji politycznych, kontrolowanych przez demokratyczną instytucję zaufania publicznego o wysokim umocowaniu prawnym (np. konstytucyjnym), nadawców realizujących ponadto pewne ustawowe zadania w zakresie edukacji, upowszechniania kultury oraz zrównoważonej, możliwie bezstronnie sformułowanej i kompletnej informacji politycznej oraz kulturalnej prezentacji pełnego przekroju poglądów we wszelkich kwestiach istotnych dla opinii publicznej”. Jak powiada konkretnie nasza ustawa o radiofonii i telewizji, nadawcy publiczni mają m. in. popierać twórczość artystyczną, literacką i naukową, jak również „upowszechniać wiedzę o języku polskim”. Wedle tejże ustawy programy nadawców publicznych powinny odznaczać się odpowiedzialnością za słowo, rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk, sprzyjać „kształtowaniu się poglądów obywateli” i „formowaniu się opinii publicznej”, respektować chrześcijański system wartości, umacniać rodzinę i uwzględniać potrzeby mniejszości narodowych. No to najgorsze mamy już za sobą.

Ja oczywiście nie znam się na telewizji - być może wystarczający argument za tym, by Panowie z Telewizji przestali w tym miejscu mnie czytać. Ale jako leń, oglądam telewizji dużo. Rozkosz władania pilotem, w całym świecie namiętnie dyskutowana na ćwiczeniach przez studentów psychologii, jest mi znana lepiej, niż inne. Jako wyga-oglądacz, nawet niejednojęzyczny, powiem uczciwie, że polska telewizja publiczna i polskie publiczne radio są dobrymi stacjami. Czego się więc czepiam? Po pierwsze czepiam się dlatego, że lepsze jest wrogiem dobrego i gdyby sprywatyzowana telewizja miała być lepsza, to trzeba ją sprywatyzować, a po drugie dlatego, że media publiczne mają złe zamiary i nie robią nam wcale dobrze, nawet jeśli jest tam co oglądać. Są przecież i inne miejsca publiczne, gdzie jest co oglądać, a wcale ich sobie nie cenimy.

Opinia publiczna, czyli metafizyka stosowana

Gdy słuchałem z Głosu Ameryki formułki „program odzwierciedla stanowisko rządu Stanów Zjednoczonych”, to zawsze mróz mi szedł po plecach. Jaka to potęga i jaka to demokracja! Nie krzyczą „my, niezależni!” (jakby ta niezależność to już była prawie świętość), lecz godnie i spokojnie przyznają się, kim są. Zależni, owszem. Ale od kogo! Od majestatu rządu USA! To, co Głos Ameryki głosił, mówiło samo za siebie. Sądź sobie człowieku sam - my, rząd USA, nie mamy się czego wstydzić (a nawet, jak mamy, to się do tego przyznamy), nie potrzebny nam sztucznie wykreowany „niezależny obserwator”, który obiektywnie opowie o tym, co robimy. Sami umiemy o sobie opowiedzieć obiektywnie. Mamy na to dość honoru i dojrzałości. Oczywiście, możecie mieć na każdy temat inne zdanie. W tysiącu innych stacji możecie dać mu wyraz, a nawet nas tam gnębić i poniżać. Ale tu, „tu Głos Ameryki, z Waszyngtonu”.

Właściwie dlaczegóż to nie miałoby być tak i u nas? Niechby sobie talerzyki pobrzękiwały w radiu prywatnym. A w państwowym słyszelibyśmy: „nasz program odzwierciedla stanowisko rządu Rzeczypospolitej Polskiej” (oczywiście pod warunkiem, że rząd miałby jakieś stanowisko). Powiecie, że nikt nie chciałby tego słuchać. Niekoniecznie. To zależy, jaki by to był program. Jednak Głosu Ameryki słuchają miliony. Kto wie, może nawet polubilibyśmy rząd?

Zgoda, całej stacji rządowej byśmy pewnie nie znieśli. Zbyt długo wszystkie stacje były państwowe. Ale programy rządowe, czemu nie? Produkcje tego rodzaju zresztą się zdarzają i są bardzo dobre. Na przykład te o działalności sejmu. W nieco większej skali programy takie widać w TV Polonia. Czy jednak trzeba mieć zaraz całą „publiczną telewizję”, żeby takie programy - społeczne, polityczne, edukacyjne - móc emitować? I czyż rząd nie miałby lepszych stosunków z potężnymi stacjami prywatnymi, gdyby nie musiały one drzeć kotów z TVP, a za to robiły z tym rządem interesy?

Cóż takiego wielkiego kryje się za ową ideą „publiczności” telewizji? Bezstronność i rozwaga? Niezależność? Od bezstronności i niezależności też się można uzależnić. To, co wpierw wydaje się bezpośrednią realizacją wymogu uczciwości i sprawiedliwości, z czasem przeistacza się w utarty obyczaj, tzw. standard, a w istocie partykularny styl danej stacji. Nadawca wciąż myśli, że to nie żaden styl, lecz jakaś czysta forma sprawiedliwości. Na przykład: bezstronny moderator i każdej gębie po pięć minut. Jeśli ten styl jest wielki, jak w przypadku BBC, to jeszcze możemy to wytrzymać. Ale w kraju, gdzie ludzi wykształconych jest mało i nie tworzą oni żadną miarą „masowego odbiorcy”, styl ten będzie karykaturą dostojnego wzorca. Reguły w rodzaju „pokazywać wszystkich”, „unikać daleko posuniętych ocen”, „pozwolić wypowiedzieć się wszystkim stronom konfliktu” ani nie są tak kruche w swej niedościgłej szlachetności, żeby zaraz musiało je chronić specjalna ustawa i Wysoki Urząd, bo nikt inny poza mediami publicznymi nie będzie chciał i umiał się nimi kierować, ani też wcale nie są doskonałe i niepodważalne. Ścisłe stosowanie się do nich prowadzi do notorycznego pokazywania chamów, obłudnego powstrzymywania się od nazywania chamstwa chamstwem (a czasem nawet zbrodni zbrodnią!) oraz emitowania kłamliwych, haniebnych i bezczelnych wypowiedzi, jako rzekomo chronionych klauzulą „każdy ma prawo do własnego zdania i do wypowiedzi”. Prawo ma, tylko dlaczego za moje pieniądze? Niech gada bzdury i rzuca kalumnie za swoje czy na swoim.

Szczytne ideały i reguły publicznych mediów okazują się nie takie znowu szczytne, gdy przyjrzeć się temu, do czego nieuchronnie prowadzą. Prowadzą do oportunizmu, hipokryzji, robienia dobrej miny do złej gry, neutralności wobec zła pod pozorem bezstronności. A nakłada się na to niewiele słabsza niż w mediach prywatnych obsesja oglądalności, która prowadzi nie tylko do rugowania lub przenoszenia na pory nocne programów ambitnych, ale przede wszystkim do głupkowatego lizustostwa wobec widzów, łaszczenia się do gawiedzi, schlebiania jej gustom i jej ego. O zakulisowej grze mediów publicznych z partiami politycznymi już rozwodzić się nie będę.

Najwyższa powaga, którą ma być z punktu widzenia ideologii mediów publicznych opinia publiczna (którą należy z jednej strony „formować”, a z drugiej liczyć się z nią) to w istocie uogólniony Widz - statystyczne monstrum, które na szczęście w rzeczywistości nie istnieje, bo musiałoby być gigantomachiczną odmianą sporo pijącego gościa po zawodówce albo jego połowicy. Otóż ludzie są różni, różnie gadają, a z tego gadania nie wynika żadna jedność ani harmonia. Nie ma żadnego „publicznego wielogłosu”, polifonicznej, chóralnej „jedności w wielości”. Nie ma żadnej opinii publicznej! A skoro nie ma opinii publicznej, to nie potrzeba też dla niej żadnego forum ani tuby, ani platformy, ani sceny, ani żadnej innej metafory uzasadniającej formułę „telewizji publicznej”. Ci co wydumali sobie opinię publiczną, wydumali też publiczne media. Taka metafizyka stosowana.

Metafizyka jest też w dziedzinie własności. Wśród dziwotworów zwanych „jednoosobowymi spółkami skarbu państwa” TVP zajmuje miejsce bardzo honorowe. Czyje to-to właściwie jest, ta telewizja publiczna? Rządowa - nie, choć w zasadzie to państwowa. Ale też nie do końa. Więc może trochę prywatna? Nie. No to społeczna? Tak jak w socjalizmie? Nieee. Przecież żyjemy w kapitalizmie! No to czyja? Może jakiegoś „społeczeństwa obywatelskiego”? A które to obywatelskie? Ten wygolony z piwem, co ogląda mecz, to on też jest „społeczeństwo obywatelskie”? A jak nie, to już ta telewizja nie jego? No, jego też ta telewizja jest. Czyli jednak społeczna? Taka trochę państwowa, bo „skarbu państwa” i państwo ją pilnuje, żeby wszeteczeństw nie pokazywała, i żeby byle kto albo jaki partyjniak nią nie rządził, ale też trochę niepaństwowa, bo i zarobić musi sama na siebie (well, with a little help from abonament), i ministrom od niej wara. Teraz wyznaj się tu człowieku, jeśliś nie Sokratesem, jaka to idea. Lewicowa czy liberalna? A może to już żadna różnica? Tak czy owak, pewnie to jest jakaś idea demokratyczna. Ale jeśli tak, to ta telewizja publiczna miałaby nas w pewnym sensie reprezentować albo pomagać nam wpływać na rząd? Jakoś nigdy nie doświadczyłem tych łask z jej strony. A już na pewno nie bardziej niż ze strony nadawców prywatnych, wzgardliwie zwanych komercyjnymi.

Nasza władza chyba myśli, że demokracja to jest coś, na co ona musi chuchać i dmuchać, i uczyć nas jej, i opiekować się nią od rana do wieczora, żeby nam nie szczezła. TVP ma nas właśnie utrzymać w takiej dobrej obywatelskiej kondycji. Cóż, różnica w stosunku do PRL jest tu głównie taka, że tamci chętnie dzielili się z nami swą ideą „umacniania demokracji socjalistycznej”, a ci nasi dzisiaj, to się trochę więcej krygują. Ale i jedni, i drudzy, chcieliby nas trochę powychowywać. Te chłopaki ulizane, te dziewczyny apetyczne, te mordusie partyjne i brzusie - oni nas wszyscy wychowują! Podlizują się nam, merdają z okienka i wychowują. Gombrowiczu Witoldzie, Bobkowski Andrzeju, Kisielewski Stefanie - ratujcie, bo oni nas na śmierć rozśmieszą tym swoim demokratycznym wychowaniem!

Wszystko to jest trochę niepoważne, trochę dęte i podejrzaną ideologią podszyte. Ale przede wszystkim bardzo nienowoczesne. Telewizja jest tak złożoną strukturą, tak uwikłaną w konkurencję biznesową, że po prostu nie może być bez szkody dla swej skuteczności kontrolowana przez organy nadzorcze o charakterze urzędniczym. Sama idea łączenia celów biznesowych z celami społeczno-państwowymi już dawno okazała swoją niefortunność i jeśli formuła „mediów publicznych” ją kultywuje, to jest to tylko inercyjny anachronizm. Każdy, kto zna trochę oba te światy wie, że etos przedsiębiorstwa i etos państwa nie dają się ze sobą pogodzić, co nie znaczy, że nie mogą współistnieć w jednym kraju i społeczeństwie.

Abonament na seksmisję

Koronny argument za telewizją publiczną powiada, że prywatni nadawcy, goniący za zyskiem i mający swe polityczne upodobania oraz społeczne „targety”, nie są w stanie obiektywnie prezentować spraw polityki ani emitować ambitnych, kulturalnych i edukacyjnych programów, których oglądalność nie jest wysoka. Co do pierwszej części argumentu, to po prostu fakty mu przeczą - prywatni nadawcy mogą być nawet lepsi w pokazywaniu polityki od nadawcy publicznego. Co do drugiej części, to oczywiście telewizja publiczna również nie jest w stanie emitować ambitnych programów, w związku z czym trzeba jej za ich produkowanie i nadawanie płacić. Tylko dlaczego to niby prywatni nadawcy, gdyby im również za to płacić, nie mieli równie dobrze realizować tych zadań? Jeśli państwo decyduje się przeznaczać na takie cele jakieś środki, to dlaczego oferuje je jednemu tylko przedsiębiorstwu? Czy dlatego, że sprawuje nad nim kontrolę? Przecież często w końcu i tak to prywatne firmy produkują owe tak pożądane ambitne programy dla TVP, a KRRiT ocenia to ex post. Czyż nie mogłaby tego robić równie dobrze w odniesieniu do nadawców prywatnych, przyjmujących pewne zadania płatne ze środków publicznych? Jednym słowem, nie ma żadnego uzasadnienia nierówność w dostępie podmiotów do środków wydatkowanych przez państwo na kreowanie programów telewizyjnych i radiowych. A nie ulega kwestii, że TVP S.A. i PR S.A. są ostatecznie głównymi zarządcami i beneficjentami tych środków.

Dochodzimy w ten sposób do drażliwej sprawy abonamentu radiowo-telewizyjnego. Jest on daniną publiczną przeznaczoną na wspomniane cele kulturalne i edukacyjne, uzasadnioną ponadto politycznie - jako czynnik umacniania demokracji. O umacnianiu demokracji przez urzędy już się wypowiedzieliśmy. Czy jednak nie można by zachować abonamentu, gdyby z jego dobrodziejstw mogli korzystać sprawiedliwie wszyscy nadawcy gotowi podjąć się wyznaczonych ustawą zadań kulturalnych i edukacyjnych? Sądzę, że jest to do pomyślenia, bez jawnego gwałtu na poczuciu sprawiedliwości. To, co jest teraz, to bowiem jawna niesprawiedliwość. Każde dziecko wie, że nie można nikogo zmuszać, by płacił za coś, z czego nie korzysta. A przecież domniemanie, że każdy kto ma odbiornik radiowy i telewizyjny włącza publiczne rozgłośnie, dawno już przestało być zasadne! W wielu domach stale „leci” stacja prywatna. I wreszcie ostatni argument obrońców mediów publicznych i abonamentu dla nich jedynie przeznaczonego: media publiczne, otrzymując dotację z abonamnetu, są mniej zależne od reklam, mogą więc emitować ich mniej oraz odmawiać publikacji reklam z jakichś powodów rażących.

I w to mi graj! Bo jakoś nie widać żadnych starań, by nieprzyzwoite, kłamliwe lub żałosne reklamy nie ośmieszały tej bądź co bądź mocno państwowej instytucji, jaką jest TVP. Umocowanie tej tzw. „firmy” zaczyna się od samej konstytucji, a cóż nam ona w tym majestacie Rzeczypospolitej puszcza? Długie damskie ozory na długich lodach, orgiastyczne wycia użytkowniczki szamponu pod prysznicem, codzienną porcję anatomii ginekologicznej. A w filmach to samo. Nie jesteśmy świętoszek, bynajmniej, ale jak byliśmy mali, to się wstydziliśmy, jak pani była goła i coś nam z tego zostało do dziś. Wolelibyśmy więc, żeby takie rzeczy, jakkolwiek jesteśmy generalnie bardzo za, były jednak prywatne, a nie „publiczne”.

Ale czemu właściwie ów nadawca z „misją” tak świntuszy? Oczywiście dla pieniędzy. Czy przestanie, jak mu się zapłaci, żeby przestał? Na krótko, bo potem znów będzie chciał sobie na tym boczku, czy raczej spodku, dorobić. Lepiej więc może, żeby nie był publiczny. Państwo jest zbyt poważną instytucją, by tak blisko związana z nim instytucja jak telewizja publiczna mogła sobie pozwalać na nieprzyzwoitości oraz taniochę dla gawiedzi. Ale bez tego nie może być jednak przedsiębiorstwem uczestniczącym w rynku konkurencyjnym. Jak rozwiązać tę sprzeczność? Po prostu znieść nierealistyczną i niekonsekwentną formułę „telewizji publicznej”. Cóż by się takiego stało, gdyby powoli te „spółki” przestały spółkować same ze sobą i powoli zaczęły się trochę sprzedawać? Cóż, marzenie ściętej głowy, bo chyba trzeba by najpierw zmienić konstytucję. Ale gdyby tak przynajmniej tę „dwójkę” sprywatyzować?

Dobrym zwyczajem akademików, na koniec małe podsumowanie. Media publiczne są moralnie podejrzane i niewiarygodne. Ich formuła jest od strony ekonomicznej niespójna, abonament, z którego w połowie się utrzymuje, jest niesprawiedliwy, jeśli nie korzystają z niego inne stacje, a rola polityczno-wychowawcza uzurpatorska. Publiczna telewizja i radio w gruncie rzeczy rządzą się ideą oportunizmu. Pod pozorem sprawiedliwości, rozwagi i pluralizmu dba się głównie o to, aby kogoś nie urazić, kogoś nie pominąć, nie napytać sobie jakiej biedy, nie narazić się na zarzut sprzeniewierzenia się etosowi publicznych środków przekazu. W konsekwencji hołduje się bałamutnej interpretacji idei równości (mędrcowi i chamowi po równo czasu i uwagi) i bezstronności, która w tej karykaturalnej formie polega na uprzedzającej poprawności politycznej, zakazującej, na przykład, nazywania morderców mordercami a hołoty hołotą. Nadto, z powodu ogólnego oportunizmu, na który nakładają się jeszcze względy ekonomiczne, telewizja publiczna gorliwie schlebia wszelkim gustom występujacym w przyrodzie, jak gdyby nigdy nic serwując mieszankę kultury wyższej, kultury masowej, kultury prostaczej, seksu i... religii. Sprawia to ogólne wrażenie bezmyślności i infantylizmu. Ten stan rzeczy nie licuje z powagą państwa, które, tak czy inaczej, jest patronem nadawców publicznych. Co gorsza, autorytet państwa w jakiś sposób przenosi się na media publiczne, mające w dodatku przywilej starszeństwa w stosunku do reszty nadawców, przez co nadawcy prywatni spontanicznie naśladują złe wzorce „demokratycznej kultury medialnej”, które kultywuje wiecznie zadowolona z siebie TVP S.A.

 

[Byłoby pięknie, gdyby do tego tekstu p. Kapusta mógł narysować coś nawiązujacego do jego wspaniałej ilustracji zdobiącej mój tekst „Czy Polska jest sprawiedliwa”...]

 

jot@ka