|
Jan Hartman
Córa demokracji
[Tekst ukazał się w Nowym Państwie, 9/2004]
Gniewam się trochę na telewizję publiczną. I to wcale nie dlatego, że jest
taka zła, bo nie jest.
Gniewam się na to, że jest publiczna, a nie moja. Dla wszystkich i dla
nikogo, tak jak Zaratustra, tylko bez powodu. A w gniewie, jak wiadomo,
robi się różne rzeczy, których się potem żałuje - trzaska drzwiami, pisze do
gazet...
Co będzie do udowodnienia
Matematyk zaczyna swe prace od słów „pokażę, że...”.
No, może jeszcze wcześniej pisze: „niech to a to (tu jakiś znaczek) będzie tym a
tym (tu więcej znaczków)”. Jako bardzo niedoszły matematyk pokażę, że
sama idea telewizji publicznej jest anachroniczna i niekonsekwentna, obowiązkowy
abonament zaś, ściśle z tą ideą związany, nieuzasadniony. Tyle jest do
udowodnienia, czyli pokazania. Dodatkowo zgłaszam jeszcze postulat, aby rząd
zapewniał sobie obecność w mediach produkując własne serwisy w postaci gotowych
programów, a nie tylko oficjalnych komunikatów. Nie musi do tego posiadać żadnej
stacji rządowej ani „ni takiej, ni siakiej”, czyli publicznej. A teraz
definicja. Przez „media publiczne” rozumiem „nadawców elektronicznych będących
własnością skarbu państwa, zarządzanych przez funkcjonariuszy niezależnych od
administracji państwowej i organizacji politycznych, kontrolowanych przez
demokratyczną instytucję zaufania publicznego o wysokim umocowaniu prawnym (np.
konstytucyjnym), nadawców realizujących ponadto pewne ustawowe zadania w
zakresie edukacji, upowszechniania kultury oraz zrównoważonej, możliwie
bezstronnie sformułowanej i kompletnej informacji politycznej oraz kulturalnej
prezentacji pełnego przekroju poglądów we wszelkich kwestiach istotnych dla
opinii publicznej”. Jak powiada konkretnie nasza ustawa o radiofonii i
telewizji, nadawcy publiczni mają m. in. popierać twórczość artystyczną,
literacką i naukową, jak również „upowszechniać wiedzę o języku polskim”. Wedle
tejże ustawy programy nadawców publicznych powinny odznaczać się
odpowiedzialnością za słowo, rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i
zjawisk, sprzyjać „kształtowaniu się poglądów obywateli” i „formowaniu się
opinii publicznej”, respektować chrześcijański system wartości, umacniać rodzinę
i uwzględniać potrzeby mniejszości narodowych. No to najgorsze mamy już za sobą.
Ja oczywiście nie znam się na telewizji - być może
wystarczający argument za tym, by Panowie z Telewizji przestali w tym miejscu
mnie czytać. Ale jako leń, oglądam telewizji dużo. Rozkosz władania pilotem, w
całym świecie namiętnie dyskutowana na ćwiczeniach przez studentów psychologii,
jest mi znana lepiej, niż inne. Jako wyga-oglądacz, nawet niejednojęzyczny,
powiem uczciwie, że polska telewizja publiczna i polskie publiczne radio są
dobrymi stacjami. Czego się więc czepiam? Po pierwsze czepiam się dlatego, że
lepsze jest wrogiem dobrego i gdyby sprywatyzowana telewizja miała być lepsza,
to trzeba ją sprywatyzować, a po drugie dlatego, że media publiczne mają złe
zamiary i nie robią nam wcale dobrze, nawet jeśli jest tam co oglądać. Są
przecież i inne miejsca publiczne, gdzie jest co oglądać, a wcale ich sobie nie
cenimy.
Opinia publiczna, czyli metafizyka stosowana
Gdy słuchałem z Głosu Ameryki formułki „program
odzwierciedla stanowisko rządu Stanów Zjednoczonych”, to zawsze mróz mi szedł po
plecach. Jaka to potęga i jaka to demokracja! Nie krzyczą „my, niezależni!”
(jakby ta niezależność to już była prawie świętość), lecz godnie i spokojnie
przyznają się, kim są. Zależni, owszem. Ale od kogo! Od majestatu rządu USA! To,
co Głos Ameryki głosił, mówiło samo za siebie. Sądź sobie człowieku sam - my,
rząd USA, nie mamy się czego wstydzić (a nawet, jak mamy, to się do tego
przyznamy), nie potrzebny nam sztucznie wykreowany „niezależny obserwator”,
który obiektywnie opowie o tym, co robimy. Sami umiemy o sobie opowiedzieć
obiektywnie. Mamy na to dość honoru i dojrzałości. Oczywiście, możecie mieć na
każdy temat inne zdanie. W tysiącu innych stacji możecie dać mu wyraz, a nawet
nas tam gnębić i poniżać. Ale tu, „tu Głos Ameryki, z Waszyngtonu”.
Właściwie dlaczegóż to nie miałoby być tak i u nas?
Niechby sobie talerzyki pobrzękiwały w radiu prywatnym. A w państwowym
słyszelibyśmy: „nasz program odzwierciedla stanowisko rządu Rzeczypospolitej
Polskiej” (oczywiście pod warunkiem, że rząd miałby jakieś stanowisko).
Powiecie, że nikt nie chciałby tego słuchać. Niekoniecznie. To zależy, jaki by
to był program. Jednak Głosu Ameryki słuchają miliony. Kto wie, może nawet
polubilibyśmy rząd?
Zgoda, całej stacji rządowej byśmy pewnie nie
znieśli. Zbyt długo wszystkie stacje były państwowe. Ale programy rządowe, czemu
nie? Produkcje tego rodzaju zresztą się zdarzają i są bardzo dobre. Na przykład
te o działalności sejmu. W nieco większej skali programy takie widać w TV
Polonia. Czy jednak trzeba mieć zaraz całą „publiczną telewizję”, żeby takie
programy - społeczne, polityczne, edukacyjne - móc emitować? I czyż rząd nie
miałby lepszych stosunków z potężnymi stacjami prywatnymi, gdyby nie musiały one
drzeć kotów z TVP, a za to robiły z tym rządem interesy?
Cóż takiego wielkiego kryje się za ową ideą
„publiczności” telewizji? Bezstronność i rozwaga? Niezależność? Od bezstronności
i niezależności też się można uzależnić. To, co wpierw wydaje się bezpośrednią
realizacją wymogu uczciwości i sprawiedliwości, z czasem przeistacza się w
utarty obyczaj, tzw. standard, a w istocie partykularny styl danej stacji.
Nadawca wciąż myśli, że to nie żaden styl, lecz jakaś czysta forma
sprawiedliwości. Na przykład: bezstronny moderator i każdej gębie po pięć minut.
Jeśli ten styl jest wielki, jak w przypadku BBC, to jeszcze możemy to wytrzymać.
Ale w kraju, gdzie ludzi wykształconych jest mało i nie tworzą oni żadną miarą
„masowego odbiorcy”, styl ten będzie karykaturą dostojnego wzorca. Reguły w
rodzaju „pokazywać wszystkich”, „unikać daleko posuniętych ocen”, „pozwolić
wypowiedzieć się wszystkim stronom konfliktu” ani nie są tak kruche w swej
niedościgłej szlachetności, żeby zaraz musiało je chronić specjalna ustawa i
Wysoki Urząd, bo nikt inny poza mediami publicznymi nie będzie chciał i umiał
się nimi kierować, ani też wcale nie są doskonałe i niepodważalne. Ścisłe
stosowanie się do nich prowadzi do notorycznego pokazywania chamów, obłudnego
powstrzymywania się od nazywania chamstwa chamstwem (a czasem nawet zbrodni
zbrodnią!) oraz emitowania kłamliwych, haniebnych i bezczelnych wypowiedzi, jako
rzekomo chronionych klauzulą „każdy ma prawo do własnego zdania i do
wypowiedzi”. Prawo ma, tylko dlaczego za moje pieniądze? Niech gada bzdury i
rzuca kalumnie za swoje czy na swoim.
Szczytne ideały i reguły publicznych mediów okazują
się nie takie znowu szczytne, gdy przyjrzeć się temu, do czego nieuchronnie
prowadzą. Prowadzą do oportunizmu, hipokryzji, robienia dobrej miny do złej gry,
neutralności wobec zła pod pozorem bezstronności. A nakłada się na to niewiele
słabsza niż w mediach prywatnych obsesja oglądalności, która prowadzi nie tylko
do rugowania lub przenoszenia na pory nocne programów ambitnych, ale przede
wszystkim do głupkowatego lizustostwa wobec widzów, łaszczenia się do gawiedzi,
schlebiania jej gustom i jej ego. O zakulisowej grze mediów publicznych z
partiami politycznymi już rozwodzić się nie będę.
Najwyższa powaga, którą ma być z punktu widzenia
ideologii mediów publicznych opinia publiczna (którą należy z jednej
strony „formować”, a z drugiej liczyć się z nią) to w istocie uogólniony Widz -
statystyczne monstrum, które na szczęście w rzeczywistości nie istnieje, bo
musiałoby być gigantomachiczną odmianą sporo pijącego gościa po zawodówce albo
jego połowicy. Otóż ludzie są różni, różnie gadają, a z tego gadania nie wynika
żadna jedność ani harmonia. Nie ma żadnego „publicznego wielogłosu”,
polifonicznej, chóralnej „jedności w wielości”. Nie ma żadnej opinii publicznej!
A skoro nie ma opinii publicznej, to nie potrzeba też dla niej żadnego forum ani
tuby, ani platformy, ani sceny, ani żadnej innej metafory uzasadniającej formułę
„telewizji publicznej”. Ci co wydumali sobie opinię publiczną, wydumali też
publiczne media. Taka metafizyka stosowana.
Metafizyka jest też w dziedzinie własności. Wśród
dziwotworów zwanych „jednoosobowymi spółkami skarbu państwa” TVP zajmuje miejsce
bardzo honorowe. Czyje to-to właściwie jest, ta telewizja publiczna? Rządowa -
nie, choć w zasadzie to państwowa. Ale też nie do końa. Więc może trochę
prywatna? Nie. No to społeczna? Tak jak w socjalizmie? Nieee. Przecież żyjemy w
kapitalizmie! No to czyja? Może jakiegoś „społeczeństwa obywatelskiego”? A które
to obywatelskie? Ten wygolony z piwem, co ogląda mecz, to on też jest
„społeczeństwo obywatelskie”? A jak nie, to już ta telewizja nie jego? No, jego
też ta telewizja jest. Czyli jednak społeczna? Taka trochę państwowa, bo „skarbu
państwa” i państwo ją pilnuje, żeby wszeteczeństw nie pokazywała, i żeby byle
kto albo jaki partyjniak nią nie rządził, ale też trochę niepaństwowa, bo i
zarobić musi sama na siebie (well, with a little help from abonament), i
ministrom od niej wara. Teraz wyznaj się tu człowieku, jeśliś nie Sokratesem,
jaka to idea. Lewicowa czy liberalna? A może to już żadna różnica? Tak czy owak,
pewnie to jest jakaś idea demokratyczna. Ale jeśli tak, to ta telewizja
publiczna miałaby nas w pewnym sensie reprezentować albo pomagać nam wpływać na
rząd? Jakoś nigdy nie doświadczyłem tych łask z jej strony. A już na pewno nie
bardziej niż ze strony nadawców prywatnych, wzgardliwie zwanych komercyjnymi.
Nasza władza chyba myśli, że demokracja to jest coś,
na co ona musi chuchać i dmuchać, i uczyć nas jej, i opiekować się nią od rana
do wieczora, żeby nam nie szczezła. TVP ma nas właśnie utrzymać w takiej dobrej
obywatelskiej kondycji. Cóż, różnica w stosunku do PRL jest tu głównie taka, że
tamci chętnie dzielili się z nami swą ideą „umacniania demokracji
socjalistycznej”, a ci nasi dzisiaj, to się trochę więcej krygują. Ale i jedni,
i drudzy, chcieliby nas trochę powychowywać. Te chłopaki ulizane, te dziewczyny
apetyczne, te mordusie partyjne i brzusie - oni nas wszyscy wychowują! Podlizują
się nam, merdają z okienka i wychowują. Gombrowiczu Witoldzie, Bobkowski
Andrzeju, Kisielewski Stefanie - ratujcie, bo oni nas na śmierć rozśmieszą tym
swoim demokratycznym wychowaniem!
Wszystko to jest trochę niepoważne, trochę dęte i
podejrzaną ideologią podszyte. Ale przede wszystkim bardzo nienowoczesne.
Telewizja jest tak złożoną strukturą, tak uwikłaną w konkurencję biznesową, że
po prostu nie może być bez szkody dla swej skuteczności kontrolowana przez
organy nadzorcze o charakterze urzędniczym. Sama idea łączenia celów biznesowych
z celami społeczno-państwowymi już dawno okazała swoją niefortunność i jeśli
formuła „mediów publicznych” ją kultywuje, to jest to tylko inercyjny
anachronizm. Każdy, kto zna trochę oba te światy wie, że etos przedsiębiorstwa i
etos państwa nie dają się ze sobą pogodzić, co nie znaczy, że nie mogą
współistnieć w jednym kraju i społeczeństwie.
Abonament na seksmisję
Koronny argument za telewizją publiczną powiada, że
prywatni nadawcy, goniący za zyskiem i mający swe polityczne upodobania oraz
społeczne „targety”, nie są w stanie obiektywnie prezentować spraw polityki ani
emitować ambitnych, kulturalnych i edukacyjnych programów, których oglądalność
nie jest wysoka. Co do pierwszej części argumentu, to po prostu fakty mu
przeczą - prywatni nadawcy mogą być nawet lepsi w pokazywaniu polityki od
nadawcy publicznego. Co do drugiej części, to oczywiście telewizja publiczna
również nie jest w stanie emitować ambitnych programów, w związku z czym trzeba
jej za ich produkowanie i nadawanie płacić. Tylko dlaczego to niby prywatni
nadawcy, gdyby im również za to płacić, nie mieli równie dobrze realizować tych
zadań? Jeśli państwo decyduje się przeznaczać na takie cele jakieś środki, to
dlaczego oferuje je jednemu tylko przedsiębiorstwu? Czy dlatego, że sprawuje nad
nim kontrolę? Przecież często w końcu i tak to prywatne firmy produkują owe tak
pożądane ambitne programy dla TVP, a KRRiT ocenia to ex post. Czyż nie
mogłaby tego robić równie dobrze w odniesieniu do nadawców prywatnych,
przyjmujących pewne zadania płatne ze środków publicznych? Jednym słowem, nie ma
żadnego uzasadnienia nierówność w dostępie podmiotów do środków wydatkowanych
przez państwo na kreowanie programów telewizyjnych i radiowych. A nie ulega
kwestii, że TVP S.A. i PR S.A. są ostatecznie głównymi zarządcami i
beneficjentami tych środków.
Dochodzimy w ten sposób do drażliwej sprawy
abonamentu radiowo-telewizyjnego. Jest on daniną publiczną przeznaczoną na
wspomniane cele kulturalne i edukacyjne, uzasadnioną ponadto politycznie - jako
czynnik umacniania demokracji. O umacnianiu demokracji przez urzędy już się
wypowiedzieliśmy. Czy jednak nie można by zachować abonamentu, gdyby z jego
dobrodziejstw mogli korzystać sprawiedliwie wszyscy nadawcy gotowi podjąć się
wyznaczonych ustawą zadań kulturalnych i edukacyjnych? Sądzę, że jest to do
pomyślenia, bez jawnego gwałtu na poczuciu sprawiedliwości. To, co jest teraz,
to bowiem jawna niesprawiedliwość. Każde dziecko wie, że nie można nikogo
zmuszać, by płacił za coś, z czego nie korzysta. A przecież domniemanie, że
każdy kto ma odbiornik radiowy i telewizyjny włącza publiczne rozgłośnie, dawno
już przestało być zasadne! W wielu domach stale „leci” stacja prywatna. I
wreszcie ostatni argument obrońców mediów publicznych i abonamentu dla nich
jedynie przeznaczonego: media publiczne, otrzymując dotację z abonamnetu, są
mniej zależne od reklam, mogą więc emitować ich mniej oraz odmawiać publikacji
reklam z jakichś powodów rażących.
I w to mi graj! Bo jakoś nie widać żadnych starań, by
nieprzyzwoite, kłamliwe lub żałosne reklamy nie ośmieszały tej bądź co bądź
mocno państwowej instytucji, jaką jest TVP. Umocowanie tej tzw. „firmy” zaczyna
się od samej konstytucji, a cóż nam ona w tym majestacie Rzeczypospolitej
puszcza? Długie damskie ozory na długich lodach, orgiastyczne wycia
użytkowniczki szamponu pod prysznicem, codzienną porcję anatomii
ginekologicznej. A w filmach to samo. Nie jesteśmy świętoszek, bynajmniej, ale
jak byliśmy mali, to się wstydziliśmy, jak pani była goła i coś nam z tego
zostało do dziś. Wolelibyśmy więc, żeby takie rzeczy, jakkolwiek jesteśmy
generalnie bardzo za, były jednak prywatne, a nie „publiczne”.
Ale czemu właściwie ów nadawca z „misją” tak
świntuszy? Oczywiście dla pieniędzy. Czy przestanie, jak mu się zapłaci, żeby
przestał? Na krótko, bo potem znów będzie chciał sobie na tym boczku, czy raczej
spodku, dorobić. Lepiej więc może, żeby nie był publiczny. Państwo jest zbyt
poważną instytucją, by tak blisko związana z nim instytucja jak telewizja
publiczna mogła sobie pozwalać na nieprzyzwoitości oraz taniochę dla gawiedzi.
Ale bez tego nie może być jednak przedsiębiorstwem uczestniczącym w rynku
konkurencyjnym. Jak rozwiązać tę sprzeczność? Po prostu znieść nierealistyczną i
niekonsekwentną formułę „telewizji publicznej”. Cóż by się takiego stało, gdyby
powoli te „spółki” przestały spółkować same ze sobą i powoli zaczęły się trochę
sprzedawać? Cóż, marzenie ściętej głowy, bo chyba trzeba by najpierw zmienić
konstytucję. Ale gdyby tak przynajmniej tę „dwójkę” sprywatyzować?
Dobrym zwyczajem akademików, na koniec małe
podsumowanie. Media publiczne są moralnie podejrzane i niewiarygodne. Ich
formuła jest od strony ekonomicznej niespójna, abonament, z którego w połowie
się utrzymuje, jest niesprawiedliwy, jeśli nie korzystają z niego inne stacje, a
rola polityczno-wychowawcza uzurpatorska. Publiczna telewizja i radio w gruncie
rzeczy rządzą się ideą oportunizmu. Pod pozorem sprawiedliwości, rozwagi i
pluralizmu dba się głównie o to, aby kogoś nie urazić, kogoś nie pominąć, nie
napytać sobie jakiej biedy, nie narazić się na zarzut sprzeniewierzenia się
etosowi publicznych środków przekazu. W konsekwencji hołduje się bałamutnej
interpretacji idei równości (mędrcowi i chamowi po równo czasu i uwagi) i
bezstronności, która w tej karykaturalnej formie polega na uprzedzającej
poprawności politycznej, zakazującej, na przykład, nazywania morderców
mordercami a hołoty hołotą. Nadto, z powodu ogólnego oportunizmu, na który
nakładają się jeszcze względy ekonomiczne, telewizja publiczna gorliwie schlebia
wszelkim gustom występujacym w przyrodzie, jak gdyby nigdy nic serwując
mieszankę kultury wyższej, kultury masowej, kultury prostaczej, seksu i...
religii. Sprawia to ogólne wrażenie bezmyślności i infantylizmu. Ten stan rzeczy
nie licuje z powagą państwa, które, tak czy inaczej, jest patronem nadawców
publicznych. Co gorsza, autorytet państwa w jakiś sposób przenosi się na media
publiczne, mające w dodatku przywilej starszeństwa w stosunku do reszty
nadawców, przez co nadawcy prywatni spontanicznie naśladują złe wzorce
„demokratycznej kultury medialnej”, które kultywuje wiecznie zadowolona z siebie
TVP S.A.
[Byłoby pięknie, gdyby do tego tekstu p. Kapusta mógł narysować coś
nawiązujacego do jego wspaniałej ilustracji zdobiącej mój tekst „Czy Polska jest
sprawiedliwa”...]
|